Lek na kompleksy

Jacek Zalewski
22-10-2007, 00:00

Po dramatycznej czerwcowej nocy w Brukseli sukces szczytu Rady Europejskiej w Lizbonie był przesądzony. Prezydenci i premierzy po prostu musieli przekazać swoim społeczeństwom sygnał, że Unia Europejska jest zdolna do podreperowania kiepskiej ostatnio reputacji. Historia jednak uczy, że im głośniejsze fanfary rozbrzmiewają po wynegocjowaniu czy podpisaniu traktatu — tym większy potem wstyd, gdy w krótkim czasie okazuje się on bękartem. Przykładem ekstremalnym był podpisany z ogromnym zadęciem trzy lata temu na rzymskim Kapitolu traktat konstytucyjny, ale przecież niewiele lepszy los spotkał reformatorski traktat zawarty w 2000 r. w Nicei.

Opiewanie wyższości traktatu reformującego nad konstytucyjnym jest ogromnym zakłamaniem. Przecież lwia część ustaleń z Rzymu została przeniesiona do Lizbony! Zmieniły się głównie symbole — wycofano się ze źle kojarzonej nazwy „konstytucji” oraz upodmiotowienia flagi z dwunastoma złotymi gwiazdami. Ale wprowadzona zostaje instytucja kadencyjnego przewodniczącego UE, co zmarginalizuje przekazywane co pół roku prezydencje poszczególnych państw członkowskich — w tym naszą w 2011 r. — i zmieni zasady prowadzenia polityki międzynarodowej Unii traktowanej jako całość.

Prawdziwa wartość traktatu lizbońskiego wyjdzie, gdy przebrnie on proces ratyfikacyjny we wszystkich 27 państwach. Czasu nie pozostało wiele, skoro ma wejść w życie 1 stycznia 2009 r., a najpóźniej w czerwcu tegoż roku, razem z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Prezydent Sarkozy już zadeklarował, że Francja chciałaby zatwierdzić traktat jako pierwsze państwo UE, aby zdjąć ratyfikacyjną hańbę — oczywiście uchwałą Parlamentu. Ale na przykład Irlandia referendum nie odpuści, co już teraz stawia losy niepodpisanego jeszcze traktatu lizbońskiego (ceremonię zaplanowano na 13 grudnia) pod znakiem zapytania.

Prezydent Lech Kaczyński ogłosił triumf z powodu dołączenia do traktatu legendarnej Joaniny, czyli odkurzonego przepisu z wewnętrznego regulaminu Rady UE, pozwalającego odłożyć „na rozsądny czas” podejmowanie technicznych decyzji, jeśli jedno lub grupa państw się sprzeciwia, a nie zdoła zebrać większości blokującej. Polski postulat przeszedł w Lizbonie nadspodziewanie gładko, albowiem Joanina została przez największe państwa zmarginalizowana. Nasi teoretycy wyliczyli, że dzięki obniżeniu progu do 19 proc. ludności UE wystarczy porozumienie się Polski z którymś z największych państw (w domyśle — w jednych sprawach z Wielką Brytanią, a w innych z Francją), aby Joanina stała się narzędziem realizacji mocarstwowych ambicji budowniczych IV RP. A przecież Niemcy będą mogli wykorzystywać ten sam mechanizm praktycznie samodzielnie.

Państwem, które osiągnęło w Lizbonie wymierny i dostrzegalny przez każdego obywatela sukces, nie jest Polska, nie są też Włochy wyrywające mandat w Parlamencie Europejskim, nie jest Wielka Bry-

tania — lecz Bułgaria. Unia zgodziła się pi-

sać nazwę „euro” w cyrylicy jako „ewro” — na razie tylko w dokumentach, ale przyjdzie czas także na banknoty. Gdyby kiedyś do wspólnoty przystąpiła Ukraina, a może nawet Rosją — będzie jak znalazł…

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Lek na kompleksy