Lenin w wesołym miasteczku

Sylwia Skalska
31-10-2003, 00:00

Góry schodzące do morza, urwiste plaże, smak dojrzałych arbuzów, zielono-złote stepy, nieskażona natura... Marzenia o spotkaniu z Orientem. Tego spodziewamy się po Krymie. Po to tam wyruszamy.

Grecy z Konstantynopola, gdy poszukiwali nowych kolonii, Morze Czarne nazwali Niegościnnym — Pontos Aksinos. Teraz ciągną ku niemu tłumy. Bilet na pociąg z Lwowa do Symferopola trzeba kupić tydzień przed odjazdem!

Krym dla mas zaczyna się od Jałty — greckiego jałos, czyli brzeg. Trafiona nazwa: tzw. Wielka Jałta — centrum regionu turystycznego — obejmuje miejscowości ciągnące się plażą przez 72 km. Trudno uwierzyć, że jeszcze w XV wieku była to wioska rybacka z 13 domami! A dziś? Trzeba przywyknąć do ścisku, przeciskania się przez tłum — „uroki sezonu”. Spacer po wyludnionej plaży tylko w sferze wyobrażeń.

Co tu tak przyciąga? Palmy, plaże (kamieniste — można puszczać kaczki), ciepłe morze, owoce ustawione na straganach jak piramidy... I komfort za niską cenę: płatne sektory wydzielone na plażach, białe firmowe ręczniki, leżaki w rzędach, tysiące kolorowych parasoli, ekskluzywne hotele z przygotowanym pod turystę zapleczem...

Na spacerowym bulwarze trwa niewzruszenie Lenin, lecz dzieli miejsce z McDonaldem. Ten zawsze mocno oblegany. Bez względu na porę dnia, pogodę itp. okoliczności. Królestwo ciągłej kolejki: do jedzenia i toalet, których brakuje. Zawalone firmowym plastikiem kosze, zaśmiecone plaże... Konsumpcjonizm w każdym calu.

Goście zostawiają w kurorcie mnóstwo forsy, bawiąc się do rana na dyskotekach, jedząc i pijąc w rozmaitych knajpkach. Strumieniami płynie tani alkohol. W sklepach zaopatrzenie jak w centrum Europy. Wszystko da się kupić, supermarkety czynne całą dobę. A kiedyś trzeba było zabierać ze sobą cały wikt!

Mnóstwo turystycznych atrakcji. Na dzieci czekają wesołe miasteczka z karuzelami, zjeżdżalnie, skocznie, kolorowe kolejki, samochody wyścigowe, aquaparki i tony badziewnych pamiątek. Dorośli znajdą bilard, loty balonem, skoki spadochronem, paralotnie — czego dusza zapragnie! W porcie czekają statki wycieczkowe. Kiedy się płynie jednym z nich, wyraźnie widać od strony morza, że kurort to swoisty tort architektoniczny. Straszące ruiną, ogromem i pustką socrealistyczne budowle z betonu — niegdysiejsze hotele i sanatoria dla najważniejszych przywódców państwowych, członków partii i sportowców — mieszają się z ekskluzywnymi ośrodkami na modłę europejską.

Brak składu i ładu, wszystko się zlewa i przenika.

Na tym kiczowatym tle wyróżnia się budowla malowniczo wisząca nad przepaścią. Z morza wygląda niesamowicie. Jaskółcze Gniazdo — tak się nazywa — przypomina średniowieczny zamek rycerski, choć to willa całkiem współczesna — z 1911 r. Pałacyk otwarto dla zwiedzających. Na progu restauracji kelnerzy zachęcają: zachaditie k nam! Na Krymie mówi się głównie po rosyjsku — Rosjanie zawsze odpoczywali nad Morzem Czarnym, a Krym był, jest i pewnie będzie ich oczkiem w głowie.

Na parkingu przed wejściem do wąwozu Wielki Kanion — kolejnej atrakcji Krymu — mnóstwo rosyjskich autokarów. Rosjanki suną w kostiumach kąpielowych i klapeczkach lub na obcasach i w miniówkach. Faceci — obowiązkowo! — z reklamówkami, piwem i papierosami. Głośno, ciasno, wyścigowo...

Kolejny zgrzyt — wyobrażenia o nieskażonej, dziewiczej naturze biorą w łeb. Choć gdy na chwilę przymknąć oko na tę tandetną otoczkę, można dostrzec, jak ładne, kolorowe i czyste jest dno wąwozu. Woda przeźroczyście przepływa po skałach — od zbiorniczka do zbiorniczka — żłobiąc w podłożu ciekawe formy wanien, rynienek, kotłów, zagłębień... Kolejno łapiemy poślizg na mokrych skałach i lądujemy w wodzie — bardzo zimna! Dalej pójść się nie da, robi się tak wąsko, że korytarzami przeciska się tylko potok. Przewężenie zamyka wielki banior. Ktoś zbudował przebieralnię z drągów i czarnej folii. Ludzie chlapią się w wodzie i skaczą do zbiornika zwanego Wanną Młodości. Kąpiel ma zapewnić drugą młodość.

Od tłumu i cywilizacji udaje się uwolnić dopiero w górach. W Dolinie Przywidzeń, w masywie Demerdży, zmęczeni marszem padamy na wygrzaną trawę. Wokół grzyby, mnichy, słupy, maczugi, czapki, sfinksy ze skał. Pełno tego tam sterczy. Zaczynamy drzemać — brzuchate skały przybierają niebezpiecznie realne ludzkie kształty. Dziwaczne... Może dlatego, że słuchamy makabrycznej legendy o wielkiej kuźni. Głosi ona, że mityczny kowal — dowódca wojska — wykuwał pod skałą broń dla żołnierzy. Od bijącego gorąca wysychały źródła i marły winnice. Wojsko siało śmierć w okolicy. Kres nieszczęściom nastał, gdy przyszła dziewczyna z prośbą o łaskę dla wsi. Okrutny kowal śmiał się z jej odwagi. Góra zadrżała w posadach i zwaliła się na kuźnię. Stąd pochodzi nazwa góry — Demerdży w języku Tatarów krymskich oznacza kowala. Dobry pomysł poczytać tu sobie krymskie legendy, choć czasem robi się nieswojo!

Spotkanie z magią zdarzy się jeszcze w Bakczysaraju, ale wcale nie chodzi o pałac chanów krymskich. Ten rozczarowuje. Orientalnie brzmią tylko nazwy: wielki meczet, sala dywanu, dziedziniec fontann, harem. Nawet jeśli coś egzotycznie wygląda, nie da się tego obejrzeć. Koszmarny tłok, szkoda kupować bilet. Ciekawie jest... na cmentarzu. Przyglądając się sakrofagom, doceniamy kunszt tatarskich rzeźbiarzy. Część postumentów pokrywają cytaty z Koranu. Na wierzchołku każdego nagrobka kamienny turban, przypominający czaszę kielicha. Kobiece turbany mają w środku zagłębienie na wodę — to wabi ptaki, które modlą się do Allaha w imieniu zmarłych. Bo według Koranu, samej kobiecie nie wolno się modlić o zbawienie duszy.

Wieczorem rozgwieżdżone Miasto Ogrodów (w języku tureckim nazwa Bakczysaraju) cyka owadami, których pełno tu w sadach, warzywnych ogródkach i bujnie rosnących kwiatach. Kręte uliczki wybrukowane kocimi łbami zachęcają do spacerów...

Włócząc się w nocy po mieście, trafiamy na nabożeństwo w Monastyrze Uspieńskim. W sercu skały — w nocy, przy blasku świec — tłoczą się grupki pielgrzymów. Dochodzą ucha niskie śpiewy miejscowych mnichów. Bardzo urokliwe — ani głębokie, ani głośne, tylko jakoś tak przytłumione. Niesamowita akustyka. Aż ciarki przechodzą. Fragment prawosławnej mszy robi na nas wielkie wrażenie. Pop — wielkie, barczyste chłopisko z obrączką na palcu — i wierni, robią rzeczy tylko powierzchownie podobne do znanych nam z katolickich kościołów. Przydałby się praktyczny poradnik liturgiczny! Z uwagą przyglądamy się wschodnim pokłonom — swoisty religijny aerobik.

Zanocować można w jednej z grot Czufut-Kale — skalnego miasta w górnej części Bakczysaraju. Polecam! Samo miasto warto obejrzeć w dzień, ze względu na groty oraz kenasy — domy modlitewne karaimów (grupa religijna i wyznaniowa zbliżona do judaizmu). Jaskinie są naturalnie wielokondygnacyjne i podpiwniczone, choć trochę w nich kuto.

Ostatni cel naszej wycieczki — Krasne Piecziery. Ponoć w prehistorii zamieszkiwane. Teraz po wybetonowanych chodnikach przechadzają się zwykłe wycieczki, podziwiając nieliczne stalaktyty i stalagmity. Są i grupy specjalne — w przedpotopowych strojach płetwonurków przemierzają jaskinię podwodnym korytarzem. Zdaje się, że to nieoficjalna działalność... W kasie zapytali tylko, skąd o tym wiemy. Powiedzieliśmy, że od znajomych. Podwodne, sportowe zwiedzanie Czerwonych Jaskiń kosztuje nas 140 hrywien od łebka i... sporo emocji. Najlepiej odda je relacja z dziennika podróży uczestnika wyprawy:

„Z początku szliśmy wybetonowaną ścieżką dla zwykłych turystów, potem zeszliśmy w zimną wodę. Kombinezony ciasno opięły biodra i tułów. Przewodnik kazał spuścić powietrze, żeby nie przeszkadzało w nurkowaniu. Trzeba było odchylić ciasną gumę kaptura przy uchu i zanurzyć się w wodzie po szyję. Dotarliśmy do linek. Pierwsze wrażenie straszne: ciemność, cienki sznurek... Przewodnik wydał parę poleceń i popłynął pierwszy. Nie tak źle — tego dnia poziom wody był na tyle niski, że dało się przepłynąć przez syfon bez nurkowania. W najniższym miejscu syfonu — warstewka powietrza między wodą a skałą. Przepłynęliśmy więc na plecach, bez zanurzania twarzy. Jeszcze kilkanaście metrów po czarnej wodzie i stajemy. Marsz w głąb jaskini. Przez trzy godziny łaziliśmy po podziemnych strumieniach, wodospadach, gołoborzach, jaskiniach, wzgórzach i pieczarach. Bywało, że wspinaliśmy się po linkach albo sznurowanych drabinkach. Chwilami musieliśmy się czołgać w wodzie ciasnymi kanałami. Kaski stukały o zbyt niskie skały. Bywało niebezpiecznie — parę osób prawie się topiło. Przewodnik zatrzymywał się co jakiś czas i czekał na ogony, ale szedł zbyt szybko. Formy skalne niesamowite. Zobaczyliśmy nacieki w kształcie mamuta, pterodaktyla, jabłka... Niektóre pieczary wyglądały jak indyjskie świątynie z zewnątrz. Inne skały miały postać organów. A nawet — przy uderzeniu — wydawały dźwięki o różnych tonach! Szliśmy cały czas wzdłuż biegu podziemnej rzeki, która później wypływała ze zbocza w postaci wodospadu Dżur-Dżur”.

Opuszczamy Krym. Sporo zostało do zobaczenia. Przecież przez półwysep przewijało się tak wiele kultur — grecka, rzymska, bizantyjska, tatarska, rosyjska, ukraińska — i ludów... Każdy pozostawił po sobie inną architekturę i sztukę.

Na asfalcie farbą ktoś wypisał po rosyjsku: „Krym — duchowe centrum planety”, „Dolina pokoju i zgodności”, „Dolina religii świata”, „Dolina echa świata”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Skalska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Lenin w wesołym miasteczku