Zaczynamy nowy tydzień w mieszanych nastrojach. Piątkowa sesja w USA była negatywna, szczególnie ze względu na przełamanie średniej 50-sesyjnej przez indeks S&P 500. Jednak wolumen był mały, więc i przebicie nie było znaczące. Nie zmienia to jednak faktu, że znowu indeks zawisł tuż nad dolnym ograniczeniem kanału trendu horyzontalnego.
Katalizatorem spadków na rynku akcji może być rynek obligacji. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy pękł balon spekulacyjny i ruszy lawina, a banki inwestycyjne będą w popłochu sprzedawały obligacje, czy też uda się panikę zatrzymać. Problemem jest nie to, czy banki będą miały mniejsze zyski, tylko czy ożywienie gospodarcze nie zakończy się tak szybko jak się zaczęło, bo wysokie rynkowe stopy procentowe je zatrzymają.
Teoretycznie kapitał powinien przechodzić teraz z obligacji w akcje, ale powstał węzeł gordyjski: wyprzedaż obligacji podnosi rynkowe stopy procentowe, a to wywołuje obawy o trwałość ożywienia gospodarczego. Wszystko jest przygotowane do piątego etapu (według Pringa), w którym to, jak mówi międzyrynkowa analiza techniczna, spadają zarówno ceny obligacji jak i kursy akcji. Jednak nie można założyć, że Fed będzie się spokojnie przyglądał temu, co dzieje się na rynkach obligacji. Zapewne zagrozi skupem obligacji długoterminowych. Po tak ostrej przecenia obligacji wystarczy parę zdecydowanych zdań, żeby rozpoczęło się mocne odbicie. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, żeby trend boczny na rynku akcji z tego powodu szybko się skończył.
W Eurolandzie też istnieje problem obligacji, ale jest traktowany nieco inaczej niż w USA, bo w mniejszym stopniu wpływa na gospodarkę. Rano pomogły bykom wyniki HSBC, ale indeksy rosły przy bardzo leniwym handlu. Dzisiaj wyniki spółek i dane makro mogą nieco rynkami poruszyć. Przed sesją w Eurolandzie wyniki podaje Credit Suisse i to ustawi koniunkturę w sektorze bankowym. Po sesji w USA wyniki podaje Cisco i to pokaże kierunek indeksów na dzień następny.
Tuż przed 10.00 dowiemy się, jak wyglądał w Eurolandzie sektor usług (PMI). O 12.00 dowiemy się, jaka była sprzedaż detaliczna w strefie euro w maju (prognoza: minus 0,7 proc. m/m i 0,6 proc r/r). O tej samej porze dotrze na rynek raport o czerwcowej stopie bezrobocia w całej strefie euro (prognoza 8,8 proc.). Wpływ tych danych na rynek będzie niewielki. W USA o 16.00 dowiemy się, jak wyglądała aktywność w sektorze usług w lipcu. W poprzednim miesiącu odczyt indeksu ISM był bardzo wysoki — powiedziałbym nawet, że zbyt wysoki (60,6 pkt). Teraz oczekuje się spadku (do 58 pkt) i trudno przypuszczać, żeby był to katalizator wzrostów. Dobrze będzie, jeśli przynajmniej nie wywoła spadków.
Na naszym rynku najbardziej optymalne byłoby utrzymanie w najbliższych dniach stabilizacji i małej aktywności inwestorów (takiej jak wczorajsza). Gdyby rynek rósł na małym obrocie, to byłby to negatywny sygnał, bo tworzyłaby się bardzo „niedźwiedzia” formacja klina. Nawet gdyby miała trwać hossa, to bardzo przydałaby się korekta, żeby oczyścić atmosferę. W tej chwili rynki rozwijające się są mocno rekomendowane, więc można oczekiwać, że spadki będą wykorzystywane do skupowania akcji. Stąd zmniejszająca się aktywność popytu (dochodzą do tego urlopy). Jednak nastroje polskich analityków i zarządzających są niezwykle „niedźwiedzie”. Uważają oni, że jest za drogo, żeby kupować, ale boją się sprzedawać. Musiałby ktoś lub coś dać sygnał. U nas też zaczynają się obawy o rynek obligacji i o to, jak sobie poradzą banki. Może stąd przyjdzie jakiś impuls? Zachowanie niektórych banków zdawało się na to wskazywać. Wczorajsze słabe zachowanie rynku nie miało nic wspólnego z ewakuacją budynku GPW — dużo wcześniej handle był bardzo anemiczny. Weszliśmy w sezon wyników kwartalnych, ale uważam, że to niczego nie zmieni, a indeksy powinny wejść w trend boczny albo lekki trend spadkowy.