Wielkość limitów produkcyjnych zaproponowanych przez Komisję Europejską wraz z niewielkimi dopłatami rolnymi zahamuje polski eksport. Nie jest też wykluczone, że po akcesji Polska musiałaby wyrównywać potrzeby krajowe importem z Unii. Producenci protestują, negocjatorzy zaś zapowiadają walkę o zmianę stanowiska UE.
Stanowisko Komisji Europejskiej w sprawie rolnictwa wzbudziło wiele kontrowersji wśród państw kandydujących. Obok przyznania jedynie jednej czwartej dopłat oraz rozłożenia dochodzenia do ich pełnego wymiaru na dziesięć lat, kością w gardle polskich negocjatorów stanęła propozycja Brukseli określająca limity produkcji. Schody zaczęły się już przy ustaleniu tzw. okresu referencyjnego, a więc lat, według których liczono wielkość produkcji.
— Polska postulowała, aby odniesiono się do najlepszych lat, począwszy od 1989 r. Podkreślaliśmy przy tym możliwy potencjał produkcji rolnej naszego kraju. Niestety, Bruksela przyjęła niekorzystny dla nas okres referencyjny, obejmujący lata 1996-99, kiedy załamał się rynek rosyjski, a większość krajowych przedsiębiorstw wzięła na siebie ciężar restrukturyzacji i modernizacji — podkreśla Jarosław Pietras, wiceminister w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej.
Taka taktyka pozwoliła ustalić unijnym urzędnikom limity na niekorzystnym dla Polski poziomie. Negocjatorzy jednak zapowiadają walkę o zwiększenie pułapów.
Zdaniem specjalistów, ustalenie limitów na niskim poziomie przyczyni się do zahamowania eksportu, ograniczając produkcję jedynie do zaspokojenia popytu krajowego. Ten jednak już od dłuższego czasu uzupełniany jest importem.
— Kwoty oraz dopłaty na poziomie proponowanym przez Brukselę utrzymują naszą zależność od importu z UE i hamują nasz eksport zarówno na rynki zachodnie, jak i wschodnie — podkreśla pragnący zachować anonimowość specjalista branży.
Jego zdaniem, nie jest wykluczone, że w niedługim czasie po akcesji nierówności w dopłatach, szczególnie na rynku zbożowym, przyczynią się do wzmożonego importu z Unii i w konsekwencji załamania krajowej produkcji. Wtedy przegramy nie tylko na rynkach zagranicznych, ale także na własnym podwórku. Z kolei Eneko Landaburu, szef unijnej dyrekcji ds. rozszerzenia, przyznaje, że ceny niektórych zbóż w Polsce są porównywalne z cenami w Unii.
— To nieprawda, że polski rynek zaleje tania żywność z Unii. Ale jeśli chodzi o zboża, to rzeczywiście ich cena w Polsce jest bliska unijnym. Zaproponowaliśmy Polsce elastyczny system dopłat, tak żeby je przydzielać według kryteriów bliskich rzeczywistości. Jeżeli polski rząd będzie chciał przydzielić rekompensatę jakiemuś szczególnemu typowi producenta, jest to do negocjacji w ramach pakietu finansowego, który zaproponowaliśmy — podkreśla Eneko Landaburu.
Kwoty nie satysfakcjonują także producentów mleka, którzy — jako jedna z nielicznych branż — licząc na wzrost eksportu już przeznaczyli duże środki na modernizację zakładów, dostosowując je do wyśrubowanych norm unijnych.
— Polsce zaproponowano limit produkcji mleka wysokości 8,87 mln ton, podczas gdy my domagaliśmy się prawa do produkcji 11,22 mln ton już w 2003 r. wraz ze stopniowym wzrostem do 13,7 mln ton w 2008 r. Gwoździem do trumny jest jednak propozycja, by sektor mleczarski został objęty wyjątkowo niskimi dopłatami, i to dopiero od 2006 r. — podkreśla jeden z pracowników ministerstwa rolnictwa.
Oferta UE rozminęła się także w kwestii dotowanej skrobi z ziemniaków. Polska wystąpiła o 260 tys. ton, z czego Bruksela przyznała nam jedynie 90 tys. ton. Także w limitach cukrowych są rozbieżności. Zdaniem Brukseli, powinien on wynosić 1,665 mln ton, Polski zaś — 1,866 mln ton. Kolejnym przykładem jest izoglukoza, produkowana w Polsce dopiero od kilku lat. Szybko rozwijający się rynek pozwolił na oszacowanie produkcji na 20 tys. ton. Bruksela jednak upiera się przy 2,4 tys., podkreślając początkową wielkość produkcji, która — jej zdaniem — odpowiada potrzebom krajowym. Każda nadwyżka musiałaby być eksportowana, a do tej pory Polska tego nie robiła.