Czytasz dzięki

Łódź lubi jeść

opublikowano: 30-10-2020, 13:17

Izabella Borowska i Agata Zarębska, założycielki portalu Jemy w Łodzi, w marcu zmobilizowały restauratorów, organizując festiwale rozmaitych potraw w wersji na wynos. Teraz szykują kolejne strategie dla łódzkiej gastronomii.

Izabella Borowska i Agata Zarębska spotkały się 15 lat temu w firmie gastronomicznej – sieci pizzerii Presto. 10 lat temu postanowiły stworzyć portal informujący o tym, co się dzieje w łódzkiej gastronomii. Najpierw był to profil na Facebooku, potem powstał blog, następnie strona internetowa. Teraz jako Jemy w Łodzi organizują festiwale kulinarne, prowadzą firmę doradczą współpracującą z gastronomią, pomagają otwierać restauracje i wspierają marketingowo branżę. Wydały też książki: „Łódzka kuchnia czterech kultur” i „Łódzka kuchnia regionalna”.

Na początku była czekolada

Pięć lat temu wpadły na pomysł stworzenia festiwalu czekolady, choć Agata Zarębska nie jest miłośniczką słodyczy. To był jednak strzał w dziesiątkę, ponieważ zapoczątkował kolejne festiwale poświęcone burgerom, pizzy czy ramenowi. Zasada jest taka, że restauracje zgłaszają udział i przygotowują autorskie propozycje potraw. Do tego dochodzą warsztaty kulinarne, pokazy, spotkania z kulinarnymi celebrytami. Restauracje płacą za udział w festiwalu, który jest również dofinansowany przez Łódzkie Centrum Wydarzeń. Organizatorki znajdują też sponsorów. Powstają trasy kulinarne, więc podczas festiwalu goście mają szansę odwiedzenia kilkudziesięciu miejsc.– Żeby poznać wszystkie propozycje festiwalu burgerów, trzeba byłoby zjeść cztery burgery dziennie – twierdzą założycielki Jemy w Łodzi.Festiwale pokazały niezwykły potencjał kreatywny branży – szefowie kuchni tworzą autorskie potrawy dla wegan, miłośników owoców morza czy wołowiny, komponując zupełnie nowe, często zaskakujące smaki. Ta cecha branży bardzo się sprawdziła wiosną, gdy pandemia wymusiła zamknięcie i nowe myślenie o gastronomii.

Kwiecień z dostawami

W kwietniu zorganizowały festiwal burgerów Jemy w Domu Burger Fest jako formę wsparcia dla restauratorów. Odzew łodzian był zaskakująco duży. Złożyli tysiące zamówień na festiwalowe burgery, które można było odbierać na miejscu lub skorzystać z serwisów dostawczych. Dla wielu restauracji było to pierwsze doświadczenie z „wynosami” i konieczność zorganizowania tej drogi dotarcia do klienta.– To nie tylko zastanowienie się nad menu – nie wszystko jest smaczne po odgrzaniu, np. owoce morza robią się gumowate. Trzeba zainwestować w opakowania, pudełka, torby, znaleźć ludzi, którzy będą dostarczać jedzenie – wylicza Izabella Borowska. Część restauracji uruchomiła nowe usługi – od weekendowego serwisu śniadaniowego przez pieczony na miejscu chleb i własne kiszonki. Jedna z kawiarni poszerzyła ofertę o menu wytrawne (tarty, sałatki, kanapki) wydawane w ekologicznych opakowaniach z tektury lub skrobi kukurydzianej i z drewnianymi widelcami. Powstały pomysły na dowożone dania w wersji „zrób to sam” (do zamówienia dołączona jest instrukcja). Niektóre lokale postanowiły poszerzyć zakres działania, zmieniając się częściowo w sklepy z produktami spożywczymi.

Jesień i zamknięcie

We wrześniu Izabella Borowska i Agata Zarębska zorganizowały największy festiwal kulinarny w mieście – Jemy w Łodzi Food Fest 2020. Do udziału zgłosiło się 60 restauracji, które przygotowały prawie 80 festiwalowych dań. Ponieważ mało kto wyjechał na wakacje za granicę, trzeba było światowe smaki zaprosić do łódzkich restauracji. Powstały cztery trasy kulinarne: street food świata, makarony świata, pierogi świata i desery świata, również w wersji dowozowej. – Wiosną ludzie potraktowali lockdown jak nowe wyzwanie zawodowe, lecz nie wyszli z tego bez szwanku finansowego. Inną kwotę zostawi się za obiad na wynos, a inną, gdy spędza się w restauracji dłuższy czas, zamawiając jeszcze wino i kusząc się na deser. A i tak na codzienne zamawianie potraw na wynos mało kogo stać – uważa Izabella Borowska.Organizatorki postanowiły uruchomić akcje pomocowe i kampanię informacyjną we współpracy z Łódzkim Centrum Wydarzeń, zachęcającą do wspierania ulubionych lokali i bezpośredniego zamawiania w nich jedzenia z dowozem. – Po pierwsze, to artykuły z ofertami: raz w tygodniu na jemywlodzi.pl ma być umieszczany tekst, w którym znajdą się pomysły na promocję. Drugi pomysł, to środa na dowóz – w każdą środę w zgłoszonych lokalach dostępne będzie jedno danie za 25 zł, przygotowane zgodnie z zadanym wcześniej tematem. Po trzecie, baza lokali oferujących własne dostawy – wylicza Agata Zarębska.Firmy dowożące potrawy na wynos pobierają prowizje, sięgające nawet 30 proc. ceny. Dlatego niektóre restauracje uruchomiły własne firmy dostawcze.Założycielki Jemy w Łodzi chcą też wykorzystać swoje doświadczenie doradcze i poprowadzić cykl webinariów, pomagających w rozwiązaniu najczęstszych problemów branży w chaosie informacyjnym. – Już robiłyśmy szkolenie o tym, jak zwiększać zyski w czasie pandemii, jak poradzić sobie z kryzysem. Gastronomia uczy się, że warto zrobić sesję zdjęciową, zmienić sposób komunikacji z gośćmi, zmienić menu, zadbać o opakowania – styropianowe pudełko potraktowane smażonym daniem może się rozpuścić, przeciekać. Trzeba zainwestować w pakowarki, zgrzewarki, swoje opakowania, papierowe torby – wyjaśnia Agata Zarębska.

Listopadowy ramen

Na listopad planują festiwal zupy ramen, która bardzo dobrze się sprawdza jako danie na wynos, ale mają nadzieję, że gastronomia się już otworzy. Ponowne zamknięcie oceniają jako bezsensowne. Ogłoszone z dnia na dzień było jak uderzenie obuchem. – Trzeba mieć świadomość tego, że restauratorzy zdążyli się już zatowarować na weekend, kiedy w restauracjach jest największy ruch. Restauracje w dużych centrach handlowo-rozrywkowych zarabiają na ludziach, którzy przychodzą przy okazji zakupów w galerii handlowej. To nie jest typ wiernego klienta, który to miejsce lubi i wybierze się tam specjalnie – wyjaśniają Izabella Borowska i Agata Zarębska.Uważają jednak, że w tych trudnych czasach restauratorzy bardzo dobrze sobie radzą, choć stracili np. sporą grupę klientów korporacyjnych, którzy przeszli na pracę zdalną. Nie ma planów na andrzejki, firmowe wigilie, czy sylwestra. – Pizzerie mają szansę mniej ucierpieć przy dowozach niż przy połowie dostępnych stolików. Wiemy, że restauracje zrobią wszystko, żeby wizyty w nich były bezpieczne. Teraz najciężej jest tym, którzy markę zbudowali na goszczeniu ludzi, budowaniu pewnej wspólnoty wokół restauracji, czy bazując na menu fine dinningowym. Najszybciej z kryzysem uporają się ci, którzy są elastyczni i do biznesu podchodzą bez sentymentów – konkludują doradczynie.

Zdjęcia: Krzysztof Jarczewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Polecane