"Łódź przeprasza za Panasa"

Jacek Konikowski
16-01-2004, 00:00

Arogancki. Sobiepan, miłośnik blichtru, kiepski urzędnik, menedżer i finansista — słychać w Łodzi: prezydent Krzysztof Panas jak nikt potrafił zjednoczyć miasto.

Szkoda, że tylko przeciw sobie. W nagrodę premier mianował go prezesem Narodowego Funduszu Zdrowia, dysponującego budżetem ponad 29 miliardów naszych złotych.

Nikt nie sprzeciwił się przyjęciu rezygnacji prezydenta Łodzi — ginekologa położnika, pułkownika, doktora Krzysztofa Panasa: 67 radnych głosowało tak, dwie osoby od głosu się wstrzymały.

— 12 lat jestem radnym — i nie pamiętam, żeby miasto miało tak kiepskiego prezydenta, jakim był Panas — wspomina Wojciech Michalski, dziś dyrektor Wydziału Strategii i Analiz Urzędu Miasta w Łodzi, wówczas miejski radny.

Mirosław Orzechowski ze Wspólnoty Łódzkiej radził odchodzącemu prezydentowi, by w nowej pracy nie mylił geologii z ginekologią. Witold Rosset, szef Unii Wolności, żartował, że miło zabrać głos w atmosferze, gdy wszystkie twarze na sali są zadowolone. Gdy po zakończonej sesji dziennikarze popędzili w stronę Krzysztofa Panasa, ten bez słowa zbiegł po schodach w kierunku swego gabinetu.

Był czas pakowania walizek. Stołeczna posada już czekała. Leszek Miller mianował go podsekretarzem stanu w Ministerstwie Środowiska. Mało kto w Łodzi płakał, gdy odjeżdżał. Gdy kilka miesięcy temu po ulicy Piotrkowskiej szedł barwny korowód młodych ludzi z transparentem „Łódź przeprasza za Panasa”, przechodnie śmiali się i przyjaźnie machali do happeningowców.

O powodach przenosin krążą dwie — niekoniecznie sprzeczne — wersje. Pierwsza mówi, że Panas był tak nieudolnym prezydentem miasta, że premier postanowił go czym prędzej zabrać ze „swojej” Łodzi i schować w ministerialnych zakamarkach.

Według innego uzasadnienia zaś:

— Panas zawsze chciał się piąć do góry... Żeby się o nim mówiło — zabiegał o to, jak mógł. W Łodzi się dusił. Mówił, że musi do Warszawy, bo tylko tam rozwinie skrzydła — komentuje jego były współpracownik z urzędu miasta.

Sam pułkownik twierdzi, że awans przyjął, bo w Warszawie „jest nawet bardziej potrzebny niż w Łodzi”. Widocznie zwyciężyło poczucie służby społecznej, chęć wsparcia narodu w trudnej sytuacji.

Ocena jego łódzkich dokonań musiała być jednak wysoka, skoro los, a właściwie szef rządu, niezadługo oddał mu zarząd nad ponad 29 miliardami złotych — płatnościami od pracowników i pracodawców, przekazujący środki na Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia.

Trzęsienie ziemi

Pułkownik doktor Krzysztof Panas zręby swojej kariery wykuwał w „czerwonej” Łodzi. W 20 lat z młodszego asystenta w Szpitalu Klinicznym Wojskowej Akademii Medycznej, lekarza jednostki wojskowej i kierownika poradni przyszpitalnej wspiął się na stanowisko dyrektora Centralnego Zarządu Służby Zdrowia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Potem nagle został wiceprezydentem miasta, odpowiedzialnym za służbę zdrowia. Nie minął rok, a Panas zasiadł jeszcze wyżej, bo na fotelu prezydenta Łodzi — i to z rekomendacji samego Leszka Millera, który chwalił go: jest dynamiczny i przebojowy.

— Mówił do rzeczy i sprawiał wrażenie rozsądnego, dlatego wszyscy sądzili, że będzie dobrym prezydentem — wspomina Małgorzata Brzezińska, konsul Wielkiej Brytanii w Łodzi, prezes Łódzkiego Klubu Biznesu.

— Ujął nas tym, że przed wyborami spotkał się z każdą z partią i przedstawił wizję prezydentury: wszystko to, co chce lub zamierza zrobić dla miasta. Żaden z poprzedników czegoś podobnego nie zrobił. Panas na wszystko się zgadzał i wszystkim przytakiwał. Ale tuż po wyborach zapomniał o tym, co obiecywał — ocenia Wojciech Michalski.

W pierwszych tygodniach urzędowania Krzysztofa Panasa doszło do trzęsienia ziemi w urzędzie miasta, który z dnia na dzień zaczął przypominać koszary. Nowy prezydent utworzył swój sztab z zaufanych ludzi, najczęściej nie mających pojęcia o tym, co mają robić. Magistrackich dyrektorów pułkownika samorządowi urzędnicy nazywali adiutantami lub kapralami. Aby wspomóc organa ścigania, świeżo obrany ojciec miasta stworzył zespół inspekcyjny, by służył Łodzi za postrach.

— Mieli tropić afery, korupcje i wszelkie przejawy niechęci urzędników do prezydenta — wspomina Michalski.

— Za czasów Panasa Łódź funkcjonowała lepiej niż teraz, bo administracja była sprawniejsza — twierdzi Władysław Skwarek (za kadencji poprzedniego prezydenta Łodzi — radny SLD).

Rzecznikiem prasowym została Jolanta Markuszewska, śpiewaczka łódzkiej operetki, którą pamiętają w Łodzi do tej pory — głównie za sprawą jej komunikatów prasowych. Przypominały te sprzed kilkudziesięciu lat: „Dziś inicjatorzy akcji odwiedzili Szkołę Podstawową nr 111. (...) Prezydent Panas i ks. Kulesza spożyli wspólnie z dziećmi obiad: zupę pomidorową z ryżem, gulasz wieprzowy z kopytkami, zasmażaną kapustę oraz kompot. Następnie prezydent Panas z ks. Kuleszą odwiedzili jedną z jadłodajni prowadzonych przez Caritas (…) i wspólnie z podopiecznymi zjedli posiłek” albo: „Uczniowie otrzymali w upominku długopisy, maskotki oraz autograf prezydenta Łodzi. Niektórzy zrewanżowali się spontanicznie wykonanymi rysunkami. Grupa dzieci przekazała Krzysztofowi Panasowi wykonany przez siebie pastel, przedstawiający żaglową łódź na wzburzonych falach z dedykacją: »Dobrze jest mieć Przyjaciół, którzy dbają o to, aby w sercach dzieci były chwile radości«”.

Było jak za Gierka: prezydent często składał gospodarskie wizyty w komunalnych przedsiębiorstwach, odwiedzał szkoły, kluby sportowe, schroniska dla bezdomnych. W zajezdni MPK jeździł tramwajem, w Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej poznawał technologię wytwarzania twarogu, zabawiał się w motorniczego Cityrunnera (szybki tramwaj miejski), śpiewał kolędy w radiu i telewizji — to pierwsze z brzegu przykłady.

Poletko Wydziału Rozwoju i Promocji Miasta uprawiała Beata Kosiorek-Aszkielaniec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pani Beata — odpowiedzialna m.in. za współpracę Łodzi z zagranicą — nie znała innego języka obcego poza rosyjskim „w stopniu wystarczającym”. Podobnie zresztą, jak jej zastępca, Wacław Kowalczuk (wcześniej był kierownikiem — jak powiedział pan prezydent — „jakiegoś tam” wydziału w Zakładzie Wodociągów i Kanalizacji).

Mocna ręka

W magistracie zapanował wojskowy dryl i strach.

— Donosy i zastraszanie. Ludzie na korytarzach mówili szeptem, bojąc się, że ktoś usłyszy ich narzekania i doniesie Panasowi. Każdy bał się o pracę. Atmosfera była ciężka jak w sowieckich koszarach — wspomina jedna z pracownic urzędu miasta.

A „warty”? Panas polecił strażnikom miejskim, by po wiele godzin dyżurowali pod jego gabinetem.

— Podczas obchodów uroczystości państwowych za jego limuzyną zawsze jeździli mundurowi — Wojciech Michalski z rozbawieniem kręci głową.

Tylu przeciętych wstęg i uściśniętych dłoni nie zaliczył żaden z łódzkich prezydentów. A że zawsze obecna była przy tym prasa i telewizja (o co sam zabiegał), to i wyglądać trzeba było dobrze. Najwyższy z miejskich dostojników wynajął profesjonalne studio wizażu. A jego pracownice doradzały mu, co robić, by wyglądać młodo i pięknie.

— Nie potrafił dobrać krawata do marynarki i często prosił mnie lub koleżanki, żebyśmy mu powiedziały, w jakich kolorach, w jakich wzorach wygląda dobrze, co modne, a co pachnie naftaliną. Raz zapytał o rodzaj pudru, jaki używam. Mówił, że musi dobrze wypaść w telewizji, a tam — jak słyszał — zawsze pudrują prezenterów przed programem, by lepiej wyglądali. Polecił nawet urzędnikom kupić — na koszt miasta — puder i ochronną pelerynę na garnitur — opowiada pracownica urzędu miejskiego.

Gdy podczas noworocznego spotkania w hali Expo, nazwano go żartobliwie „stwórcą wszystkiego”, nie wyczuł dowcipu, mówiąc skromnie: „No, może nie wszystkiego!”.

Do urzędu wróciła „staromowa”. Prezydent Panas miał ulubione zwroty, których często używał — „formuła”, „trzeba sobie szczerze powiedzieć”, „będę zabiegał”. „Strategia dla Łodzi” — dokument, który ogłosił radnym tuż po objęciu prezydenckiego fotela, nie zawiera żadnych konkretów, za to mnóstwo: „Będę otwarty na propozycje…”, „Chcemy w znacznie lepszym stopniu niż dotychczas…”, „Będę prosił wojewodę”, „Musimy szukać inwestorów”, „Będziemy wspierać...”, a co do promocji miasta, prawdziwą perełkę ogólnikowości: „Chcemy, aby Łódź nie tylko odwiedzali, ale i przebywali u nas przedstawiciele największych grup biznesu Europy i świata”.

Wytrwałe kreowanie wizerunku dało rezultaty. Po Łodzi, a zwłaszcza po korytarzach urzędu miasta, krążyły żartobliwe określenia prezydenta. Najczęstszymi były Flingston vel Flinstone (od Flinstone’a z animowanych „Jaskiniowców”) i Fazi (od niezapomnianego misia z „Muppet Show”). Niektórzy nazywali go też „motorniczym żaglowca” — z uwagi na jego zasługi dla miasta.

Skargi kumpli

Wprowadzone przez nowego prezydenta zmiany w urzędzie miasta zaskoczyły partyjnych kolegów z klubu SLD: byli święcie przekonani, że „ich” prezydent otoczy się „swoimi” ludźmi. Okazało się, że „swoi” wcale nie oznacza, że z SLD. Prezydent stworzył swoją partię — w najdosłowniejszym rozumieniu tego słowa. Tego socjaldemokratyczni koledzy nie mogą mu wybaczyć do dzisiaj.

— Krzysztof szybko otoczył się znajomymi. Zbudował dwór, który go hołubił i chronił. Nas ignorował. Nie przychodził na posiedzenia klubu, a kiedy już wpadł, sprawiał wrażenie, że z łaską i z konieczności. A przecież był członkiem partii — i to był jego obowiązek! Nieprzemakalny na krytykę. Wierzył, że jak coś wymyśli lub powie, to jest to jedynie słuszne i nie wolno tego ganić — wspomina radny SLD, proszący o anonimowość, bo „nie chce być posądzany o partyjną nielojalność”.

Zdaniem Władysława Skwarka (SLD), Panas zbyt ufał ludziom, którymi się otoczył. Doradcy — sam sobie ich wybrał — często źle mu radzili. Wiele błędów przypisywanych prezydentowi było ich zasługą — ocenia Skwarek. I dorzuca:

— Nie mamy się za co wstydzić, ale i na oklaski nie powinniśmy liczyć. Można było zrobić więcej. Nie wykorzystaliśmy tego okresu — jako SLD.

— Prezydent miasta powinien robić wszystko, żeby się miastu przysłużyć. Panas winien mieć to na uwadze, pełniąc ten urząd — takie zdanie ma Włodzimierz Tomaszewski, wiceprezydent miasta, za Panasa radny Porozumienia Samorządowego Prawicy.

Socjaldemokratyczni koledzy w Warszawie byli przekonani, że nowy łódzki prezydent odnosi sukcesy. Panas zasypywał ich stosem pism i analiz, z których wynikało, że w Łodzi jest lepiej niż dobrze. Łódź była miastem sukcesów.

Na papierze.

Czyżby kuty na cztery nogi premier też dał się zwieść? Aż nie chce się wierzyć, by nie słyszał, co naprawdę dzieje się w Łodzi.

Skandalista

Sukcesy? Nie, raczej skandale. Panas w niespełna 18 miesięcy prezydentury w wielu zagrał główną rolę, czasem był halabardnikiem. Innym — choć mógł — nie zapobiegł.

Najpierw wypłynęła afera parku Widzewska Górka. Oczko w głowie radnych SLD. Zaproszono premiera Leszka Millera, aby własną ręką zasadził drzewko na trawniku. Po kontroli inspektorzy Regionalnej Izby Obrachunkowej (RIO) przecierali oczy ze zdumienia — na tyle kantów w jednej sprawie od dawna się nie natknęli. Jakby ustawa o zamówieniach publicznych nie istniała! Nie ogłaszano przetargów, nie odrzucano wadliwych ofert, wiele umów zawarto bez przetargu, a kilka po prostu „na gębę”.

Jeszcze poważniejszym zgrzytem stał się kredyt dla miasta. 29 maja 2001 roku prezydent Panas zdecydował o zaciągnięciu pożyczki (72,6 mln zł) na zapłatę bieżących wydatków Łodzi. Rada miasta ją zaakceptowała, Kredyt Bank wypłacił pieniądze. Prezydent podjął tę decyzję, łamiąc prawo, bo nie zyskał zgody prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, co jest sprzeczne z ustawą o tychże zamówieniach publicznych.

Sprawa trafiła do RIO. I choć wina prezydenta była ewidentna (rzecznik dyscypliny finansów publicznych złożył wniosek o ukaranie Panasa), to jednak:

— Komisja orzekająca izby, w orzeczeniu z 15 kwietnia 2003 roku, odstąpiła od wymierzenia kary, powołując się na art. 150 ustawy o finansach publicznych (znikoma szkodliwość czynu) — mówi Sylwia Śpiewak z RIO w Łodzi.

I to na dwa miesiące przed awansem Panasa na podsekretarza stanu, odpowiedzialnego za podział unijnych pieniędzy na ochronę środowiska!

— Pamiętam, że prezydent Panas miał wcześniej wiele spraw o naruszenie dyscypliny finansowej, ale żadna nie trafiła do komisji orzekającej... Teraz toczy się jeszcze jedna sprawa. O ile pamiętam, to w maju zeszłego roku wpłynęło zawiadomienie o naruszenie ustawy o zamówieniach publicznych. Tyle że wniosek o ukaranie nie został jeszcze złożony, bo termin jest przesunięty na koniec stycznia... — twierdzi Wojciech Newereńczuk z delegatury RIO w Piotrkowie Trybunalskim.

Wydaje się, że — także ze względów moralnych — do czasu rozstrzygnięcia sprawy Krzysztof Panas formalnie nie powinien awansować, dostawać nagród i odznaczeń. Sprawa wpłynęła w maju 2003 roku, a Panas — to przecież rodzaj awansu — zamienił się z podsekretarza stanu w prezesa NFZ w październiku 2003 r.

Łódzki prezydent był cichym bohaterem wielu dziwnych historii, o których w Łodzi aż huczy. W urzędzie miasta panowało przekonanie, że kto lubił jego hobby — polowania, mógł liczyć na przychylność prezydenta (zapolować pojechał sobie nawet w czasie niedawnych rokowań z zielonogórskim porozumieniem lekarzy). Lubił je na przykład Józef Rafalski, dyrektor ZOZ na osiedlu Dąbrowa. Tajemnicą poliszynela było, że obaj się przyjaźnili. Syn Rafalskiego, Jakub został nawet asystentem Panasa w Ministerstwie Środowiska. Ojciec zaś — aptekarzem. Recepta na własną aptekę w tym wypadku była prosta: ZOZ na Dąbrowie wymówi lokal w dobrym punkcie lokatorowi — zasiedziałemu tam aptekarzowi, przejmie pomieszczenia, biorąc przy okazji z miejskiej kasy pieniądze na remont.

— Zapytałam prezydenta Panasa, dlaczego dotychczasowy aptekarz z apteki na Dąbrowie ma być wyrzucony na bruk. Wzruszył ramionami i odparł, że nic o sprawie nie wie. Miesiąc później zjawił się na otwarciu „nowej” apteki, przecinając wstęgę i ściskając dłoń Rafalskiemu... jej współwłaścielowi. Poprzedni aptekarz musiał się natomiast przenieść kilkaset metrów dalej, do dawnej stolarni — wspomina mgr Ewa Bartnicka, do niedawna członek prezydium Okręgowej Rady Aptekarskiej.

— Albo sprawa firmy Image... — przypomina mecenas Roman Załuski.

Firma ta na początku lat 90. wynajęła od miasta kilka sklepów przy Piotrkowskiej. Lokalizacja gwarantowała sukces, bo o lepszą w Łodzi trudno. Firma nie płaciła czynszu i dzisiaj zalega miejskiej kasie przeszło 3 mln zł. Mimo to wydzierżawiała od miasta kolejne lokale. Za prezydentury Panasa „nikt” nie zainteresował się windykacją należności. Za to prezydent bywał gościem na antenie Radia Parada, której szefem pozostawał pan Krzysztof Kubasiewicz, mąż właścicielki Image.

— A w magistracie znalazł zatrudnienie syn państwa Kubasiewiczów — mówi Załuski.

Dwuznaczność tych powiązań w kontekście braku stanowczości miasta w odzyskiwaniu kilkumilionowego długu co najmniej zastanawia.

Obłaskawianie

Co do Krzysztofa Panasa, szybko stracili złudzenia także biznesmeni.

— Prezydent zaprosił przedsiębiorców do zespołów problemowych. To była dla nas nowość. Myśleliśmy: może wyjdzie z tego coś konstruktywnego dla miasta? Wiele spotkań, każde po 3-4 godziny, różne pomysły i sugestie, jak skutecznie promować miasto, wreszcie wspólne stanowisko. Po kilku spotkaniach zainteresowanie prezydenta osłabło i pomysł umarł śmiercią naturalną. A potem żadnych efektów — poza rozczarowaniem i niespełnionymi nadziejami. Wielu biznesmenów, być może bezpowrotnie, zraziło się już do takiej współpracy — wspomina Małgorzata Brzezińska.

— Nowe inwestycje? Nie było ich wiele. Część była efektem pracy poprzednich prezydentów. Być może obecne są wynikiem działań prezydenta Panasa, ale byłabym ostrożna w ich ocenie. W każdym razie okres prezydentury pana Panasa na pewno nie był czasem rozkwitu przedsiębiorczości — dodaje Brzezińska.

— Nowych inwestycji nie było może tyle co teraz, ale proszę pamiętać, że to prezydent zarzucał przynętę, na którą ryby łowili jego następcy — mówi Władysław Skwarek (SLD).

— O sukcesach prezydenta Panasa wolałbym się nie wypowiadać... Aczkolwiek, gdy przeszedł do Ministerstwa Środowiska, współpraca z nim układała się dobrze — rzuca Włodzimierz Tomaszewski.

Prezydent Panas wiele obiecywał. Na przykład powołanie ośrodka informatycznego. Łódź miała się też stać centrum przemysłu zbrojeniowego w Polsce oraz „miastem ekologicznym”... I jedynym miastem w Polsce, gdzie będą remontowane śmigłowce.

Wędrownik

Z gołosłownych planów nic nie pozostało. Ale prezydent się starał. Przez kpiarzy zwany Krzysiem Wędrowniczkiem — wiele podróżował, by wspierać i promować łódzkich przedsiębiorców i — przy okazji — miasto. Korzyści było niewiele, za to śmiechu po pachy.

„Misję gospodarczą” w Kaliningradzie zakończyło podpisanie umowy o partnerstwie, której do dziś jedynym efektem jest deklaracja, że współpraca „ma służyć wzbogacaniu życia gospodarczego, kulturalnego i społecznego obu miast”. Złośliwcy szeptali: przynajmniej prezydent na Wschodzie zapolował.

A wizyta Panasa we francuskiej Izbie Handlowo-Przemysłowej w Paryżu? Mimo atrakcyjnego wabika, w postaci samego ojca miasta, na łódzką ofertę inwestycyjną nie skusił się żaden inwestor.

— Po misji pana prezydenta we Francji, nie wpłynęło do urzędu miasta żadne zapytanie o warunki inwestycji w Łodzi — potwierdza pracownica działu promocji miasta.

Za to prezydent Panas wrócił bogatszy o szlafrok, który podarowali mu jego urzędnicy, towarzyszący mu podczas paryskiej wizyty. Niejako przy okazji paryskiej wizyty prezydent wyskoczył — „poza protokołem” — promować Łódź w Cannes.

Potem miała być Ameryka.

— Pamiętam, jak uparł się, że pojedzie do Stanów Zjednoczonych. Trudno było o powód — po paryskim fiasku. Wymyślił więc, że pojedzie nie jako prezydent miasta, ale notabl drużyny piłkarskiej Widzewa, który miał rozegrać towarzyski mecz z drużyną Chicago Fire. Na szczęście nic z tego nie wyszło — opowiada bliski współpracownik Panasa.

Lekarze przeciw

Wybór Panasa na prezydenta Łodzi rozbudził nadzieje miejskiej służby zdrowia: lekarz najlepiej zrozumie potrzeby innych lekarzy, ulży ich doli. Tym bardziej że wcześniej Panas przez kilka lat był członkiem zarządu miasta, odpowiedzialnym właśnie za służbę zdrowia i opiekę społeczną. Obejmując prezydencki fotel, zapowiedział, że pozostawia sobie bezpośrednią odpowiedzialność właśnie za służbę zdrowia. I to był pech dla Łodzi, a przy okazji — kompromitacja Panasa.

Z raportu o stanie miasta wynika, że za „panowania” Panasa lekarzom wcale się nie polepszyło. Wręcz przeciwnie. Długi placówek medycznych wzrosły. Zlikwidowano ZOZ-y: Łódź Górna i Śródmieście. Kilka innych za prezydentury Panasa tak się zadłużyło, że po jego kadencji też musiało w taki sam sposób zniknąć. W 2001 roku długi łódzkiej służby zdrowia sięgnęły 19 mln złotych. Dwa lata wcześniej było 6 mln zł „na plusie”. Fakt, sytuacja służby zdrowia pogorszyła się w całym kraju, ale to nie tłumaczy łódzkiej zapaści.

ZOZ Łódź Górna to dobry przykład zaangażowania, z jakim Panas „ratował” służbę zdrowia. Radni przynajmniej próbowali coś robić w dramatycznej sytuacji miejskiej służby zdrowia. Prezydent w ogóle nie zabierał głosu.

— A gdy już było bardzo źle, dyrektor gabinetu prezydenta powiedział, że trzeba „zapłacić frycowe” za zmiany w służbie zdrowia — wspomina Ewa Bartnicka.

Prezydencka „opieka” nad miejską służbą zdrowia również obfitowała w afery i kuriozalne zdarzenia.

Prokuratura do dzisiaj prowadzi sprawę byłej lecznicy akademickiej PALMA, przekształconej w państwowy ZOZ. Kupowano do niej sprzęt, którego nigdzie nie księgowano i który trafiał m.in. do prywatnych gabinetów. Inspektorzy RIO i NIK stwierdzili również brak rzetelnej dokumentacji finansowej.

A ZOZ Łódź Górna? Kuriozum! Urzędnicy miejscy przekazali kilka lokali ZOZ-u spółdzielni mieszkaniowej, myśląc, że należą do niej; w rzeczywistości miasto wcześniej wykupiło je na własność! W niektórych pomieszczeniach powstał później prywatny zakład opieki zdrowotnej...

„Czas Panasa” to również głośna w całym kraju afera „skór” w łódzkim pogotowiu ratunkowym (chodziło o sprzedawanie zwłok firmom pogrzebowym), o której prezydent dowiedział się z gazet. To również decyzja o likwidacji WAM (gdzie Panas był niegdyś asystentem).

— Miasto nie wiedziało nawet, jakie są potrzeby jego mieszkańców w zakresie ochrony i służby zdrowia. Nikt za kadencji Panasa nie próbował tego sprawdzić — dodaje Wojciech Michalski.

— W służbie zdrowia nie było wtedy ani gorzej, ani lepiej. ZOZ-y, które padły, przeistoczyły się w samodzielne zakłady opieki zdrowotnej. Wiele ZOZ-ów dostało nową aparaturę, wiele zostało wyremontowanych... — wylicza, oponując, Władysław Skwarek.

— Nie chcę mówić o jego dokonaniach, bo Krzysztof Panas jest z tej samej formacji politycznej, co ja, ale powiem tylko, że po jego odejściu utrzymanie służby zdrowia na jako takim poziomie wymagało wiele ekwilibrystyki — sumuje Fabian Obzejda — za Panasa radny SLD, były wiceprezydent Łodzi.

Brzydkie media

O Krzysztofie Panasie łódzcy dziennikarze mówią: „milczący prezydent”. Unikał dyskusji, uciekał przed podejmowaniem decyzji. Na mównicę wypychał sekretarzy i zastępców.

— Uwielbiał gospodarcze wizyty, przecinanie wstęg, hołubienie. Lubił obietnice i gołosłowie. Wręczał nagrody, fundowane przez innych — mówi Michalski (jak lejtmotyw wraca zamiłowanie Panasa do blichtru).

Mało rozmawiał nie tylko z mediami, ale także z radnymi, politykami, biznesmenami.

— Na sesjach rady miasta bywał rzadkim gościem, a jak już przyszedł, to zazwyczaj milczał. Jakby nie miał nic do powiedzenia — zauważa Michalski.

Nawet na absolutoryjnej sesji rady miasta w jego imieniu wypowiadał się skarbnik gminy. Do tej metody się przyzwyczaił. Gdy wreszcie doszło do negocjacji z zielonogórskim porozumieniem lekarzy, rozmawiał z nim nie Panas (wyjechał sobie), lecz minister zdrowia.

— Panas zdawał sobie sprawę, że media go nie kochają. Na pytanie dziennikarza podczas ostatniej swej konferencji prasowej w siedzibie urzędu miasta: co było jego największą porażką, powiedział wprost, że kontakty z mediami. To raczej prezydent nie lubił mediów, a nie media prezydenta. Trudno jednak o dobrą prasę, gdy się nic nie mówi, ignoruje inwestorów, a w mieście panuje totalny marazm — zauważa Paweł Jędras, szef łódzkiej „Gazety Wyborczej”.

Za prezydentury Krzysztofa Panasa wśród pracowników urzędu miasta kolportowano pismo „Wolne Żarty”. Autorzy, przeważnie pod pseudonimami, bronili prezydenta, utyskiwali, że „siły medialne walą w łódzkie władze i instytucje starając się je maksymalnie obrzydzić, wykpić i ośmieszyć”. Dziennikarzom zarzucali „seksualną impotencję, wydawanie obrzydliwych odgłosów fizjologicznych, wywoływanie histerii i rozwiązłość”. Oto kilka „artykułów poetyckich”: „Ze śmiechu trzęsą się miasta i wioski/ Balazs powołał „Ruch Nowej Polski” (...)/ Nowiutka nazwa, lecz stare truchła. /Polsko! Czy znowu dasz się wy-RUCHAĆ?”. Pisemko otwarcie atakowało dziennikarzy: „Brzydkie panienki brzydko piszą./ Niechęcią do magistratu dysząc,/ a kasa szybko forsę buli...”

Miesiąc po objęciu fotela prezydenta Panas wydał wewnętrzne rozporządzenie, że mediom wolno się kontaktować z zarządem miasta tylko za pośrednictwem faksów. Dziennikarze szybko zasypali nimi biuro prasowe, więc na odpowiedź trzeba było czekać niekiedy ponad tydzień.

— Miejski dostojnik miał bardzo złą prasę, co mogło zaważyć na jego rezygnacji (wynikało to z różnych przyczyn — m.in. z trudności nawiązywania kontaktów z redaktorami naczelnymi). Sądzę, że SLD doszło do wniosku, że prezydent Panas niespecjalnie ma szanse na sukces w wyborach bezpośrednich z kandydatem prawicy — ocenia Wojciech Michalski.

Drzwi na głucho

Panas podpadł nie tylko lekarzom, aptekarzom, przedsiębiorcom, kontrolerom finansowym i dziennikarzom, ale nawet licealistom. Umiał zawieść nie tylko w generaliach, ale i w drobiazgach.

— Po tym jak potraktował naszych uczniów, trudno mieć dobre mniemanie o manierach pana Panasa — twierdzi Dorota Dołega, nauczycielka łódzkiego liceum.

W końcu czerwca 2003 roku 70 najlepszym maturzystom Panas miał wręczyć certyfikaty do pamiątkowych kostek z nazwiskami, które utworzą Pomnik Łodzian Przełomu Tysiącleci. Młodzi ludzie — tak jak ich zaproszono — w południe przyszli odświętnie ubrani pod magistracką Małą Salę Obrad. Pół godziny później przed salą pojawiła się urzędniczka, która zakomunikowała, że spotkanie prezydent przełożył o trzy dni.

— Trzeba było widzieć ich miny: wpierw zachwyceni wyróżnieniem, a po chwili — zawiedzeni. Niektórzy zapowiedzieli, że już więcej tu nie przyjdą. Było mi ich żal — wspomina nauczycielka.

Doktor Panas był też na ustach wszystkich, gdy podczas wizyty w I Liceum Ogólnokształcącym na pytanie ucznia o stosunek do marihuany wypalił, że w przyszłości, kiedy „kwestia spróbowania, a nie nałogu byłaby ważniejsza, to wówczas na lekkie środki można byłoby wyrazić zgodę”.

Liczydło w darze

Litanii pretensji ciąg dalszy: prezydent Panas kiepsko sobie radził z miejskimi finansami. Radni opozycji kupili mu nawet liczydło. Na próżno. W kasie miejskiej nigdy się nie przelewało, lecz poprzednicy Panasa przynajmniej próbowali szukać nowych źródeł dochodów. Był Fundusz Dobrowolnych Świadczeń, były gminne obligacje...

Prezydent Panas widział uzdrowienie miejskich finansów w coraz to nowych kredytach. Już po roku jego rządów Łódź tonęła w długach (przeszło 600 mln zł!). Jeszcze trochę i groziłby jej zarząd komisaryczny. Kryzys finansów wisiał na włosku.

— Panas nie panował nad miejskimi funduszami — uważa Wojciech Michalski.

Dziurawy budżet nie przeszkodził jednak prezydentowi wnioskować o klimatyzację dla swego gabinetu, wartą 25 tys zł. Zakupowi zapobiegli radni.

Kiepskość stosowana

Finansistą Panas był zatem miernym, a menedżerem — jeszcze gorszym. Przykład: pozyskiwanie inwestorów dla Łodzi. Zanim Toyota zainteresowała się Radomskiem, rozpatrywała możliwość lokalizacji montowni w Łodzi. Prezydent miasta zignorował jednak tę szansę. Toyota — zanim w końcu zdecydowała się na Czechy — rozpatrywała więc na serio kandydaturę Radomska. Jedynie operatywnemu wójtowi gminy Rzgów udało się przekonać Japończyków, by zbudowali u niego przynajmniej nieduży zakład. Dzisiaj, obok niego, buduje już Renault.

Sukcesy Panasa jako menedżera? Nawet klubowym kolegom z SLD nic do głowy nie przychodzi.

Cóż, najlepiej ilustruje to słynna 12-godzinna batalia, jaką socjaldemokratyczni radni stoczyli o pensję pana prezydenta.

— Jedyny argument, jaki wysunęli za przyznaniem mu 3 tys. zł dodatku: przecież Panas nie jest gorszym prezydentem od poprzednich (co zresztą zapisano w protokole sesji rady miejskiej). Nikt z klubu SLD nie potrafił wymienić konkretnych i wymiernych sukcesów prezydenta Panasa, które uzasadniałyby podniesienie mu pensji — wspomina Wojciech Michalski.

— Sukcesy prezydenta? Choćby przystąpienie Łodzi — jedynego miasta w Polsce — do międzynarodowego związku zdrowych miast. Na miejskich drukach widnieje nawet logo tego związku. Poza tym... Szybki tramwaj — zauważa Władysław Skwarek.

Łódzki Giuliani

Panas znalazł jednak swoje sukcesy. Przedstawił roczne osiągnięcia w talk show Tadeusza Drozdy „Herbatka u Tadka” (satyryk nazwał go wtedy... „łódzkim Giulianim”!).

Rozmowa z satyrykiem? Panas nie mógł lepiej trafić z prezentacją swych dokonań — śmiali się potem miejscy radni. Mówił m.in. o ponad 3 tys. nowych miejsc pracy.

— Nie dodał tylko, że utworzyły je powiatowe urzędy pracy, które pieniądze dostają nie z kasy miasta, lecz budżetu państwa — zauważa Michalski.

W chwili objęcia rządów przez Krzysztofa Panasa bezrobocie w Łodzi wynosiło 59 091 osób, a po roku wzrosło do 64 844. Chwalił się też, że.... w Łodzi nie ma biedy. Za sukces uznał, że „wszyscy bezdomni mają miejsce w noclegowniach”.

Podczas ostatniej sesji rady miejskiej Panas skatalogował listę osiągnięć: „Podjęliśmy próbę zmiany wizerunku Łodzi. Zostało zbudowanych najwięcej mieszkań, najwięcej dróg. Podjęliśmy działania, które zmierzały do ograniczenia bezrobocia. Podjęto inicjatywę utworzenia megametropolii łódzko-warszawskiej”.

Chcieliśmy zapytać Krzysztofa Panasa o konkrety, sukcesy na miejskiej niwie. Mimo wielokrotnych próśb, nie chciał dla nas znaleźć czasu. Tłumaczył — za pośrednictwem rzecznika prasowego NFZ, Renaty Furman — że i tak wszystko wypaczymy (znaczy my: dziennikarze), że prasa generalnie źle o nim pisze, bo on wywodzi się z SLD.

Patron

Choć dyscyplina finansów publicznych nie była silną stroną Krzysztofa Panasa, Leszek Miller mianował go podsekretarzem stanu w Ministerstwie Środowiska, gdzie — jako sektorowy pełnomocnik ds. realizacji środowiskowych projektów ISPA przy minsterstwie — miał nadzorować miliony euro z funduszy pomocowych z UE na ochronę środowiska w Polsce. Może tu dał premierowi wyraźne powody do awansu na tak odpowiedzialne stanowisko, jak prezes NFZ, zrehabilitował się za fatalną prezydenturę w Łodzi? Otóż — nie. Za jego urzędowania udało się wykorzystać na ochronę środowiska w Polsce... raptem 0,7 procent wszystkich pieniędzy (do wzięcia był prawie miliard euro), jakie Bruksela przeznaczyła dla Polski na ten cel.

Panas tłumaczy to tak:

— Choć stopień absorbcji unijnej pomocy był rzeczywiście niewielki, to i tak największy spośród wszystkich krajów kandydujących. Proszę pamiętać, że wszyscy uczyliśmy się wykorzystywania środków pomocowych. I Komisja Europejska uczyła się przekazywania do Polski środków pomocowych, my — ich absorbowania. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na wzrastającą tendencję wykorzystania środków pomocowych i mam wrażenie, że będzie ona odtąd rosnąć i to w sposób znaczący.

Nie poradził sobie należycie z pieniędzmi samorządowymi, a potem unijnymi. I znowu miał dzielić pieniądze, być płatnikiem dla lekarzy i placówek zdrowotnych w całym kraju.

Czy to żart, że człowiek, który nie podleczył służby zdrowia kilkusettysięcznego miasta, został odpowiedzialny za finansowanie leczenia 40-milionowego narodu? Wiele się mówi o konieczności odwołania prezesa NFZ, ale sam Panas zaprzeczył, jakoby rozważał taką możliwość.

Czyżby uważał się za dobrego urzędnika? Widocznie. Chyba prawdą jest to, co mówią o nim jego byli współpracownicy: wolno się uczy. Ale co mu się dziwić? Bierze przykład z patrona: i premiera poprzednie fatalne nominacje na stanowisko szefa NFZ też niczego, ale to niczego nie nauczyły.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / "Łódź przeprasza za Panasa"