Łowca adrenaliny i ryb

opublikowano: 25-04-2019, 22:00

W sporcie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, choć wypoczynek nad własnym stawem przedkłada nad rajdowe szaleństwa. Paweł Rymaszewski, założyciel Thorium Space, w wolnym czasie uprawia skialpinizm, wspina się, żegluje i… tworzy swój prywatny świat na wsi pod Wrocławiem.

Chciał zjechać na nartach z himalajskiego szczytu Sziszapangma, ścigać się w prestiżowych, 24-godzinnych motocyklowych zawodach mistrzostw świata World Endurance i wystartować w Ocean Race, regatach żeglarskich dookoła Ziemi. Kiedy na świat przyszły dzieci, nabrał jednak dystansu do ekscesów i zrezygnował ze skialpinizmu na ośmiotysięcznikach. Omal wyzionął ducha w wypadku motocyklowym, co raz na zawsze przekreśliło też marzenie o zawodach endurance. Nadal jednak szusuje poza trasami, jeździ motorem i marzy, że za dwa lata dołączy do ekipy Ocean Race — choćby tylko na dwa tygodnie.

Zobacz więcej

Fot. Tomasz Walków

— Najtrudniej będzie przekonać rodzinę — wzdycha Paweł Rymaszewski, założyciel i szef spółki Thorium Space z Wrocławia, która specjalizuje się w projektowaniu podzespołów do kosmicznych urządzeń, głównie anten satelitarnych.

Dziś inwestuje w zupełnie inną formę rekreacji — tworzy stanowiska wędkarskie przy swoich ogromnych stawach.

— Chcę, by rodziny mogły tu przyjeżdżać, łowić ryby i odpoczywać — deklaruje biznesmen.

Ambitne plany

Thorium Space to spółka dość młoda, lecz z wielkimi ambicjami — prowadzi rozmowy z klientami na całym świecie, od USA po Azję.

— Pierwotnie zamierzaliśmy budować satelity i urządzenia bardzo wysokiej częstotliwości, które lecą w kosmos. Ale okazało się, że na Ziemi też brakuje anten, w dodatku są bardzo drogie. Branża space zaczęła nas przekonywać, żebyśmy poszukali alternatywy dla luki podażowej, szacowanej na milion anten rocznie. Ostatecznie skupiamy się na rozwiązaniach i dla urządzeń kosmicznych, i naziemnych — wyjaśnia szef spółki.

Thorium Space zatrudnia ponad 20 osób, lecz planuje kolejne rekrutacje. Przy szybko toczących się negocjacjach z klientami poszukuje specjalistów „na wczoraj”.

— Na szczęście mamy listę chętnych, choć nie obyło się bez problemów, bo na całym świecie brakuje fachowców od mikrofal, czyli wysokich częstotliwości. Planujemy nawet zrobić Thorium Academy i dawać studentom zadania do rozwiązania, by tworzyć bazę potencjalnych talentów. Jest jeszcze druga opcja, czyli przechwytywanie talentów wracających z zagranicy — ujawnia biznesmen.

Spółka aktualnie czeka na swoje pierwsze prototypy, które będzie poddawała pomiarom. Na koniec roku część z nich ma być gotowa.

— Do końca 2019 r. chcemy wystrzelić małego satelitę do naszych własnych testów. W kolejnych latach planujemy zbudować i przetestować większego satelitę — zapowiada Paweł Rymaszewski.

Klienci już czekają na wyniki testów, a wśród nich — czołowy światowy producent morskich zestawów satelitarnych. Thorium Space przymierza się też do budowy własnego centrum badawczo-rozwojowego w okolicach Wrocławia. Dotychczas firma utrzymywała się dzięki grantom Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, pieniądzom prywatnym i zastrzykom funduszu inwestycyjnego. Aby realizować swoje plany, Thorium Space w najbliższych latach będzie potrzebowała kolejnego dofinansowania. Prawdopodobnie poszuka wsparcia za granicą. Jedno jest pewne — Paweł Rymaszewski nie sprzeda działającej półtora roku firmy, choć propozycje jej kupna padają, odkąd pokazała się na targach w Madrycie jesienią 2018 r.

— Jej tworzenie i rozwijanie daje mi wielką frajdę — zapewnia właściciel Thorium Space.

Z Paryża do Wrocławia

Kosmiczne anteny, mikrofale, skomplikowana elektronika w branży aero-space, mówiąc krótko — kwalifikacje co najmniej niszowe. Wszystko się zaczęło od kompilacji militarnych wizji z dzieciństwa i młodzieńczej pasji: wspinaczki po skałkach.

— Jako mały chłopiec marzyłem o życiu żołnierza. Trafiłem więc na studia do Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, na kierunek radiolokacja, ale nawet ich nie ukończyłem, bo w międzyczasie zrozumiałem, że to po prostu nie jest zawód dla mnie. Perspektywa zawodowa nie zachęcała: nie chciałem ugrząźć na wieczność na radarze, na jakichś peryferiach. Rzuciłem więc studia i zacząłem pracować na linach, umieszczając reklamy na billboardach. Co prawda trzeba mieć do tego uprawnienia, ale to było na przełomie starego i nowego milenium, czasy partyzantki, więc przymykano na to oko. Zresztą wtedy dużo jeździłem w góry i wspinałem się po skałach, a głównie takich osób poszukiwano do pracy na wysokości. W ten sposób zarabialiśmy na kolejne eskapady w góry. Zajęcie fajne, nieźle płatne. Któregoś dnia przez przypadek znalazłem ogłoszenie o pracy na masztach wysokościowych przy antenach satelitarnych. Zadzwoniłem, od razu zaproszono mnie na rozmowę i tak jak stałem na dachu, cały w kleju od plakatów, pojechałem na spotkanie. Kilka dni później instalowałem anteny na wieżowcach, które wtedy powstawały w Warszawie — wspomina Paweł Rymaszewski.

Potem przeniósł się do Telonor Polska (dziś TTComm) i konfigurował systemy łączności. Jednocześnie wysyłał CV do zagranicznych gigantów. Pół roku później, w 2001 r., dostał zatrudnienie w Paryżu, w koncernie Eutelsat, drugim na świecie operatorze satelitarnym. Pozostał tam kilkanaście lat, specjalizując w tworzeniu coraz bardziej skomplikowanych urządzeń. Z czasem jednak dojrzała w nim myśl o stworzeniu czegoś własnego, wrócił więc do Polski i we Wrocławiu, w kilka miesięcy, zbudował zespół pracowników i odpalił Thorium Space z pomysłem na unikalne urządzenia mikrofalowe.

Zabawa zaczyna się jesienią

W czasie pracy dla Eutelsatu bliskość Alp i sporo wolnego czasu sprzyjały górskim wypadom i wspinaczce, która z czasem rozciągnęła się niemal na cały świat. Podczas tych podróży robił też zdjęcia, które potem sprzedawał do gazet i wydawnictw. Mount Blanc zdobyty?

— To nie jest jakaś bardzo problematyczna góra — ocenia Paweł Rymaszewski.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Wspomina za to eskapadę w Andach, kiedy wspiął się na Ojos del Salado na granicy Argentyny i Chile, najwyższy drzemiący wulkan na Ziemi. Wszedł też szczyt Lincancabur w Boliwii. Potem zmienił kierunek na Daleki Wschód, czyli Himalaje. Po wyprawie na bardzo techniczną górę Ama Dablam nabrał apetytu na więcej.

— Gdy miałem niespełna 30 lat, chciałem zdobyć Sziszapangmę, jeden z himalajskich ośmiotysięczników. Kiedy jednak dotarłem na 7,5 tys. m. n.p.m., okazało się, że mojego towarzysza dopadła choroba wysokościowa. Zaczął ewakuację na dół. Chciałem iść dalej samotnie, ale akurat zmieniła się pogoda, uniemożliwiając dalsze podejście. Przez trzy dni siedziałem w namiocie i zastanawiałem się, co robić. W końcu rozsądek wziął górę. Zszedłem. Chciałem tam kiedyś wrócić i zjechać z Sziszapangmy na nartach, bo ta góra świetnie się do tego nadaje, zwłaszcza że rozsmakowałem się w skialpinizmie. Ale w międzyczasie na świecie pojawiły się moje dzieci i już nie chciałem tak ryzykować — przyznaje Paweł Rymaszewski.

A gdyby tak pójść śladem Andrzeja Bargiela?

— Ten niesamowity skialpinista swoim fenomenalnym zjazdem z K2 zrobił coś, na co wszyscy liczyliśmy — utarł nosa Francuzom, mistrzom ekstremalnych wyczynów na nartach. Trzeba jednak być niezłym szaleńcem, by się porwać na coś takiego. Ja poprzestałem na freeride w europejskich górach. Dziś najczęściej łapię adrenalinę na słowackim Chopoku — mówi szef Thorium Space.

Ma jednak nadzieję, że wróci… do żeglarstwa. Również dość ekstremalnego. Jego morska przygoda zaczęła się na dobre od regat firmowych w branży space. Kręciły go trudne wyprawy, najchętniej jesienią, gdy wszyscy wpływają do portu, bo morze robi się niebezpieczne.

— Wtedy właśnie zaczyna się zabawa — żartuje biznesmen.

Już dawno przestał liczyć, ile mil wypływał.

— Na jednym tylko rejsie dookoła Europy pokonałem 3 tys. mil — podaje Paweł Rymaszewski.

Wspomina rejs „Pogorią” z Brestu do Barcelony. Listopad, notoryczny sztorm, tak trudne warunki, że część ekipy miała zakaz wychodzenia na pokład, by ich nie zmyło. Atrakcja stanowczo nie dla amatorów.

— Stała załoga „Pogorii” nazwała nawet nas G-Force — uśmiecha się z sentymentem Paweł Rymaszewski.

Marzą mu się regaty Ocean Race. Chce dołączyć do załogi i przepłynąć w tych zawodach choćby kawałek, choćby dwa tygodnie.

— Ponieważ jest szansa, że systemy Thorium Space trafią też na jachty, taką eskapadę chętnie wykorzystam biznesowo. To byłaby świetna reklama dla nas i doskonały poligon doświadczalny przy testowaniu sprzętu — rzeczowo wyjaśnia menedżer. Paweł Rymaszewski przyznaje, że ma dwa światy — morze i góry. To jednak małe oszustwo, bo adrenaliny szukał gdzie indziej — we Francji przez kilka dobrych lat przygotowywał się do ekstremalnie trudnego i zarazem bardzo prestiżowego wyścigu motocyklowego World Endurance 24. Na motorze spędzał wiele godzin, nierzadko pokonując dziennie 100 km. Początkowo przemieszczał się w ten sposób między pracą a domem, by uniknąć korków. Potem znajomi wciągnęli go do szkoleń na torze z mistrzami świata.

— To jest jak z górami i morzem: albo znienawidzisz, albo się zakochasz. Ja wpadłem po uszy. Założyliśmy zespół i zaczęliśmy się sumiennie przygotowywać do endurance — twierdzi Paweł Rymaszewski.

Niestety te plany pokrzyżował wypadek — coś się popsuło w maszynie, gdy wracał do domu i… ocknął się w szpitalu ze złamanymi żebrami i wgniecionym do środka lewym ramieniem. Przez kolejne półtora roku wracał do siebie.

— Na pamiątkę pozostała mi w barku platynowa płytka ze śrubami. Oczywiście od razu było wiadomo, że tor wyścigowy mogę sobie darować. Na motorze dalej wprawdzie jeżdżę, ale już nie sportowo — przyznaje Paweł Rymaszewski.

Dotychczas nie pozbył się jednak swojego sprzętu wyczynowego, choć nie można go używać na zwykłych drogach.

— Może mój wyścigowy motor stanie się ozdobą biura Thorium Space? — zastanawia się biznesmen.

Dziś już nie goni za ekstremalnymi doznaniami. Za to, razem z rodziną, hoduje ryby w stawach pod Wrocławiem.

— Pierwszy staw o powierzchni 3,5 ha odkupiliśmy od teścia, który zajmował się hodowlą ryb. Chcieliśmy go odciążyć od pracy. Potem poniosła nas fantazja i od znajomych kupiliśmy jeszcze większy, ponad 12-hektarowy. W obu hodujemy rozmaite ryby słodkowodne, z karpiami na czele — mówi Paweł Rymaszewski. Zaznacza jednak, że nie jest to lekkie zajęcie.

— Po pierwsze, stawów trzeba pilnować, bo złodzieje potrafią w nocy podjechać z siecią, spuścić wodę ze stawu, wyciągnąć tyle ryb, ile się da, resztę zostawiając na pastwę losu. Bardzo pilnujemy stawów, więc szczęśliwie nie mieliśmy tak nieprzyjemnych sytuacji. Po drugie, supermarkety ze swoją tanią ofertą zniszczyły w ostatnich latach polski rynek hodowli ryb. Po prostu nie opłaca się ich łowić — koszt połowu przekracza dochód ze sprzedaży — wyjaśnia biznesmen.

Postanowił więc stworzyć staw rekreacyjny. Przygotowuje właśnie jego nabrzeże, na którym pojawią się pomosty dla wędkarzy.

— Chcemy, by można tu było odpoczywać, łowiąc ryby. Nie potrzeba do tego karty wędkarskiej, bo to prywatny teren. Można też popływać kajakiem. Co więcej, nasz większy staw jest idealny do organizowania zawodów wędkarskich — dużo ryb i kilometry linii brzegowej. W Polsce nie ma zbyt wielu takich akwenów — twierdzi Paweł Rymaszewski.

Sam chętnie chwilach w wolnych od pracy przyjeżdża nad staw z rodziną i wędkuje. Usypał nawet plażę. A inne marzenia i pomysły na życie?

— Oddelegować zadania w pracy i udać się w końcu na prawdziwe wakacje — kwituje biznesmen.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DOROTA KACZYŃSKA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu