Lustracja i cenzorzy

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2005-05-20 00:00

Postronny obserwator analizujący informacje z mediów musi dojść do wniosku, że Polska cieszy się całkiem niezłą kondycją pod wielu względami. Jakimże bowiem problemom poświęca się miejsce i uwagę w programach TV, radia, na łamach prasy? Bezrobocie? O tym się wspomina; widocznie ludzie jakoś sobie radzą. Gospodarka? Rozwija się stabilnie, inflacja w normie, złoty trzyma się mocno, są inwestycje zagraniczne; tyle wystarczy. Afery? Tych nie brakuje, podobnie jak przestępstw. Gdzież jednak ich nie ma, gdzie nie zajmują się nimi media z lubością, na pierwszych stronach? Polską natomiast specyfiką jest to, że na miejsca czołowe w mediach wysuwa się — poza tematyką religijną — sprawy lustracji, dekomunizacji. Wielu polityków głosi uporczywie: na przeszkodzie rozkwitowi kraju stoi okoliczność, iż do tej pory nie zdołaliśmy uporać się z reliktami sprzed dziesięcioleci. Kiedy to się stanie, odetchniemy czystym powietrzem, znajdziemy się od razu w prawdziwie wolnym kraju, a pozostałe problemy rozwiążą się same przez się. Recepta kusząca swą prostotą...

Dla kogoś, kto zajmuje się historią starożytną, zwłaszcza Rzymu, jest to piękne nawiązanie do antycznego sposobu myślenia. Łaciński wyraz „lustratio” to „oczyszczanie”. Był to obrządek o charakterze religijnym, a w istocie magicznym, stosowany wobec osób, przedmiotów, miejsc, a nawet społeczeństwa lub jego części. Wchodząc do świątyni, należało oczyścić się skrapiając wodą. Odpowiedni obrządek lustracji obowiązywał nawet po udziale w pogrzebie. Lustrował się zabójca, składając bogom ofiarę; lustrowano chorych, ale i pola uprawne. Najsławniejsza i najokazalsza była oficjalna lustracja ludu rzymskiego. Dokonywali jej uroczyście co 5 lat dwaj cenzorzy. Składali bogom ofiarę — świnię, owcę, byka — a na polu marsowym, odbywały się modły i procesje.

Jeśli oczyścimy się, zerwiemy z przeszłością, spełnimy obowiązek moralny i rozpoczniemy nowe życie wolni od dawnych skaz i grzechów. To rzymskie widzenie rzeczywistości. Odcinamy się od tego, co było, składamy ofiarę, odrodzeni wkraczamy w przyszłość. Jednakże mądrzy Rzymianie rozumieli, że nikt nie jest doskonały, ani poszczególne osoby, ani społeczeństwa — nawet te zlustrowane. Z biegiem czasu znowu gromadzą się nieprawości; niektóre trudno wykrywalne lub nie poddające się formalnemu dochodzeniu. Przestępstwa jawne karane są przez sądy, cóż jednak począć ze sprawami, które wymykają się ludzkiemu widzeniu i osądowi? Stąd konieczność powtarzania obrządku lustracji co pewien czas...

Rzymianom wystarczały ceremonie religijne. Lecz tego typu oczyszczenie Polaków nie zadowoli. Domagają się wskazania osób i spraw, które można by uznać za praźródło zła. Wypadałoby więc powołać specjalny urząd. Dokonywałby on przeglądu wydarzeń życia publicznego i rzucał opinii publicznej na pożarcie tych, którzy dopuścili się czynów niegodnych; ci nieszczęśnicy odgrywaliby rolę owych trzech zwierząt składanych w ofierze bogom przez cenzorów.

Nie ma u nas urzędu, który by odpowiadał rzymskim cenzorom. Według dzisiejszego rozumienia, cenzor to urzędnik, który w imię ustalonych wartości politycznych i etycznych ma prawo zakreślać granice wolności wypowiedzi w obronie interesu publicznego i obyczajności. I szczęśliwi jesteśmy, że takiej cenzury u nas nie ma. Przynajmniej formalnie; w rzeczywistości, jak się wydaje, tkwi ona w podświadomości wielu piszących. To ów cenzor wewnętrzny doradza po cichu, jakich tematów w danej sytuacji lepiej nie poruszać, lub jak je komentować, jakie nazwiska przemilczać.

Może jednak przydaliby się cenzorzy, autorytety moralne, nie jako nadzorcy słowa, lecz jako ci, którzy przedstawialiby ocenę moralną sytuacji — zwłaszcza działań polityków, ale także mediów, jako czwartej, a właściwie pierwszej władzy? Tylko jak ich powoływać? Większość sejmowa zawsze będzie wybierała osoby jej życzliwe, a więc stronnicze; o wyborach powszechnych nie ma co myśleć. Także z przyczyny, że autorytety zostały u nas sponiewierane, co pokazały wydarzenia ostatnich miesięcy.

Przedstawiam ów pomysł tylko dla żartu — istota problemu jest poważna. Nie wystarcza jednorazowe rozliczenie się z przeszłością, nieustannie bowiem co kilkanaście lat popadamy w podobne, a nawet te same kłopoty i niegodziwości — niezależnie od ustroju. Ludzie wciąż piszą donosy — i to jakie! — do przeróżnych instytucji, politycy stosują chwyty niedozwolone. Przydałaby się okresowa lustracja dokonywana z urzędu przez cenzorów nie w formie magicznych obrzędów, lecz bezstronnej oceny osób i spraw! Mógłbym wskazać kilka osób, które, moim zdaniem, załugiwałyby na sprawowanie tego urzędu ze względu na swą inteligencję, prawość, odwagę cywilną, obiektywizm, niepowiązanie z bieżącą działalnością polityczną. Nazwisk nie zdradzę, od razu bowiem podniosłyby się głosy ostrego sprzeciwu. Polacy nie znoszą autorytetów. Chyba że przebywają one daleko od kraju — lub już odeszły na zawsze.