Mamy w ostatnich miesiącach okazję na żywo oglądać koszty ucieczki wykształconych osób z polskiego rynku pracy. Dekady niskiego opłacania pracowników ochrony zdrowia sprawiły, że wielu lekarzy i pielęgniarek wyjechało na Zachód, a my w czasie potężnej pandemii zmagamy się z brakiem personelu. Podobna ucieczka, choć cyfrowa, czeka nas na innym rynku — informatycznym. Polscy informatycy dostają z zagranicy oferty zdalnej pracy, których firmy w Polsce nie są w stanie przebić. To może, według pesymistycznych wizji, utrudnić polskim podmiotom dostęp do usług cyfrowych, spowalniając cyfryzację kraju.

Czy rzeczywiście cyfrowa ucieczka informatyków na zdalne zatrudnienie w Londynie czy Nowym Jorku może być zagrożeniem? Czy występuje na dużą skalę? Nie mam idealnych odpowiedzi, ale spróbuję podejść do problemu od strony czysto makroekonomicznej. Generalnie nie sądzę, by był powód do bicia na alarm, wręcz przeciwnie, natomiast powinniśmy mieć jako państwo zdolność reakcji na to wyzwanie.
Zacznę od danych, a raczej śladów danych, bo nie ma dobrej statystyki pozwalającej śledzić w czasie bieżącym zatrudnienie i płace informatyków. Na pewno brak wykwalifikowanej siły roboczej na rynku stanowi ograniczenie rozwoju firm informatycznych — widać to w miesięcznych badaniach GUS, które pokazuję na wykresie. Na pewno problem systematycznie się pogłębia i widać to w wynagrodzeniach, które w sektorze informacji i komunikacji (obejmuje również firmy telekomunikacyjne, hostingowe itd.) rosną w dwucyfrowym tempie. A podejrzewam, że są segmenty rynku, w których wynagrodzenia rosną jeszcze dużo szybciej, bo średnia zawsze ukrywa zjawiska niszowe.
Jednocześnie relacja przeciętnego wynagrodzenia w sektorze informacji i komunikacji do średniej dla całej gospodarki nie rośnie. To może sugerować, że w sektorze nie dzieje się nic szczególnie nadzwyczajnego. Oczywiście jest on bardzo szeroki i niszowe zjawiska mogą nie być widoczne w takiej agregacji danych, ale mają one mały potencjał do wpływania na całą gospodarkę.
Przyjmijmy jednak, że problem rzeczywiście istnieje i proliferacja pracy zdalnej zaczyna powoli prowadzić do cyfrowego drenażu mózgów, czyli odchodzenia z polskiego rynku pracy wykształconych ludzi na zdalne umowy do zagranicznych pracodawców. Jakie będą tego efekty?
Na pewno taka migracja siły roboczej jest gorsza dla gospodarki niż sytuacja, w której informatycy są zatrudniani w firmach zagranicznych ulokowanych w Polsce, które świadczą usługi na rzecz zachodnich podmiotów. Inwestycje firm zagranicznych zapewniają nie tylko dobrze płatne miejsca pracy, ale też prowadzą do transferu wiedzy i technologii. Budowane są w Polsce złożone zdolności organizacyjne i technologiczne, które promieniują różnymi kanałami na inne sektory. Osoby pracujące np. w zagranicznych korporacjach i uczące się zasad ich organizacji mogą je później implementować, zakładając lokalne firmy, a przez sieć kontaktów prywatnych i biznesowych przekazywać wiedzę dalej. Natomiast osoby zatrudnianie zdalnie zapewniają Polsce tylko i wyłącznie dobrze płatne miejsca pracy.
Inne wyzwanie polega na budowaniu zglobalizowanych enklaw w dużych miastach, które stają się bardziej częścią świata zachodniego niż lokalnego. Pisała o tym sporo znana socjolog Sakia Sassen, która wskazywała, że rozwój gospodarki informacyjnej dużych zglobalizowanych miast tworzy ryzyko narastania nierówności w poszczególnych krajach. Z tym problemem możemy jednak sobie poradzić poprzez politykę redystrybucji.
Mimo tych argumentów, sądzę, że rosnący popyt na polskich informatyków, bez względu na kanały ich zatrudnienia, jest zjawiskiem pozytywnym. W ujęciu makroekonomicznym oznacza to wzrost popytu na polskie usługi na świecie i wzrost ich eksportu, a wzrost eksportu jest dla gospodarki korzystny i prowadzi do ogólnego wzrostu dochodu. Mamy zasoby, z których świat chce korzystać. Oczywiście że lokalni ich użytkownicy chcieliby, by były one tanie. Tak jak producenci mąki zapewne chcieliby, abyśmy sprzedawali tanie zboże tylko w kraju, a nie je eksportowali po cenach globalnych. Tak samo firmy informatyczne chciałyby, aby polscy informatycy pracowali taniej dla nich niż drożej dla firm zachodnich. Globalizacja tak działa, że w krótkim i średnim okresie jedni zyskują, inni tracą, ale w dłuższym okresie otwartość gospodarki służy zdecydowanej większości.
Zdalne zatrudnianie polskich informatyków nie może równać się w żaden sposób z wyjazdem wykwalifikowanej siły roboczej. Emigracja oznacza, że dochód Polaka jest generowany i wydawany za granicą. Zdalne zatrudnienie sprawia, że dochód generowany i wydawany jest w Polsce. Korzystają na tym polskie firmy, które sprzedają swoje towary i usługi dobrze zarabiającym informatykom.
Ceny usług cyfrowych rzeczywiście szybko rosną, ale to musi następować, jeżeli w tę stronę gospodarki ma być alokowanych więcej zasobów. Dzięki wzrostowi cen usług powstaje więcej firm, więcej ludzi kształci się w tym kierunku, zasoby są przesuwane tam, gdzie są potrzebne. Odpowiedzią na brak kadr może być też wyższa imigracja. Ona już się dzieje na dużą skalę, ale musimy stworzyć system bodźców, który zapewni nam stały dopływ dobrze wykwalifikowanej siły roboczej.
Podsumowując, sądzę, że istnieje ryzyko pewnych zaburzeń biznesowych związanych z dostosowaniem płac i cen usług informatycznych. Będą one większe, jeżeli państwo nie będzie miało zdolności identyfikacji wyzwań i ułatwiania relokacji zasobów w gospodarce. Z czysto makroekonomicznego punktu widzenia narzekanie na globalizację w kraju, który tyle na niej zyskał, przez firmy, które też na niej zyskują, ma ograniczony sens.