W środę, 11 grudnia, największa polska firma Orlen poinformowała o zatrzymaniu budowy swojej największej inwestycji – projektu Olefiny III – i zmianie jej parametrów na skromniejsze. Jest to wydarzenie, które powinno zainteresować nie tylko inwestorów giełdowych i polityków rozliczających były zarząd firmy. W ostatnim roku ambicje inwestycyjne stały się jednym z najważniejszych tematów politycznych w kraju, angażując na dużą skalę emocje wyborców. Odrobienie lekcji z projektu Olefiny III jest absolutnie niezbędne, jeżeli mamy w Polsce wypracować zdrowe podejście do kolejnych wielkich inwestycji – portów lotniczych i morskich, elektrowni jądrowej, fabryk samochodów elektrycznych, centrów sztucznej inteligencji i innych.
Sześć lat temu projekt był firmowany jako przejaw awansu technologicznego polskiej gospodarki na pozycje pozwalające produkować towary o wysokich marżach. Polska odgrywa coraz większą rolę w Europie jako przetwórca tworzyw sztucznych, rozwijając się w dziedzinie produkcji opakowań, części do samochodów, materiałów budowlanych. W tej dziedzinie zwiększyliśmy nadwyżkę handlową z 0,1 do 0,6 proc. PKB w ciągu dziesięciu lat. Ale wsad do produkcji tych towarów, czyli plastik podstawowy, musimy głównie importować. Dlatego w tej dziedzinie notujemy pogłębiający się deficyt handlowy. A to ten plastik w formach podstawowych jest najbardziej zyskownym kawałkiem łańcucha dostaw tworzyw sztucznych. Jego produkcja wymaga kapitału, wiedzy, wysokich technologii. W produkcji plastiku podstawowego wydajność pracy, będąca przybliżonym obrazem stopnia zaawansowania technologicznego produkcji, jest niemal trzykrotnie wyższa niż w produkcji wyrobów plastikowych. Zrobienie torby plastikowej jest łatwiejsze niż granulatu niezbędnego do jej produkcji. Olefiny zaś są istotnym półproduktem w wytwarzaniu plastiku podstawowego.
W 2018 r. Orlen przekonywał, że projekt Olefiny III poprawią nasz bilans handlowy w zakresie wysokomarżowych produktów, doprowadzi do rozwinięcia działalności badawczo-rozwojowej, zwiększy wsad polskiej produkcji w wartości konsumowanych towarów. Wtedy ten projekt miał kosztować 8 mld zł. Później stopniowo podnoszono kwotę koniecznych nakładów – w 2023 r. przewidywana inwestycja sięgnęła 25 mld zł, a obecny zarząd mówi, że jej kontynuacja mogłaby pochłonąć nawet ponad 50 mld zł. Dla porównania, jest to wartość zbliżona do 30-40 proc. kosztów budowy elektrowni jądrowej. Jednocześnie w miarę ponoszenia przewidywanych kosztów nie zwiększały się, ale spadały przewidywane zyski z inwestycji. Dlatego zarząd postanowił zrezygnować z kontynuowania projektu w dotychczasowej formie i zamienić go na program Nowa Chemia, znacznie mniejszy - choć wciąż duży - w założeniach.
Wiele wskazuje, że pchanie Olefin III do przodu było wiedzione w dużej mierze przesłankami politycznymi, a nie czysto biznesowymi. Rzucanie rękawicy Niemcom, którzy dominują w Europie w produkcji chemicznej, uniezależnianie się od importu drogich towarów, tworzenie w kraju bazy badawczo-rozwojowej – to tak bardzo rozbudzało wyobraźnię polityków, że zarząd Orlenu nie mógł się temu przez kilka lat oprzeć. Nie potrafił zrewidować inwestycji w sytuacji, gdy warunki dla produkcji petrochemicznej w Europie zaczęły się pogarszać, a jednocześnie szacunki kosztów projektu rosnąć. To m.in. z tego powodu Orlen był wyceniany przez rynek znacznie słabiej niż analogiczne spółki w innych krajach. Środowa decyzja wręcz rozczarowała inwestorów z powodu utrzymania niektórych elementów projektu.
Cały proces inwestycyjny na pewno powinien zostać uczciwie prześwietlony, żeby wykazać, w jakich momentach zostały popełnione największe błędy.
Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że walcząc z iluzjami politycznymi, wpadnie się w iluzję technokratyczną. Czyli przekonanie, że inwestycje to po prostu kwestia dobrej oceny specjalistów od Excela i modelownia finansowego. A to nieprawda. Duże inwestycje, szczególnie w nowe metody produkcji, zawsze niosą ze sobą sukcesy i porażki. Nie da się wszystkich ryzyk przewidzieć i wycenić. Inwestowanie zawsze ma w sobie coś ze skakania na głęboką, nieznaną wodę. Jest w inwestowaniu jakiś rodzaj nieracjonalności. Sukces Tesli jest lustrzanym odbiciem porażki Solyndry, przebojowa ekspansja Nvidii odbywa się równolegle do zapaści w Intelu, Samsung stał się globalnym liderem m.in. dzięki lekcjom wyciągniętym na bazie porażki Daewoo. Przykłady można mnożyć. Wielkie porażki są nieodłącznym elementem rozwoju.
Jak wytyczyć ścieżkę między iluzjami politycznymi a technokratycznymi? Sądzę, że kluczową rekomendacją powinna być stara i dobrze sprawdzona zasada dywersyfikacji. Idea skupiania wszystkich krytycznych dla państwa inwestycji w jednej spółce, w jednym ministerstwie, w jednej partii to błąd. Inwestycje powinny być bardziej rozproszone, realizowane we współpracy z kapitałem prywatnym, przy zaangażowaniu zarówno banków, jak też rynku kapitałowego. Porażki będą się zdarzały, ale będą mniej obciążające dla kolejnych projektów.
