Pierwszego dnia pod rządami wrześniowej serii kontraktów terminowych na WIG20 inwestorom nie paliło się do handlu akcjami spółek tworzących indeks. Obroty podsumowano na zaledwie 580 mln zł, podczas gdy w piątek aktywność graczy była 3,5 razy większa. Tak znaczący spadek obrotów zdarza się bardzo rzadko. Świadczy o zakręceniu kurka z dopływem świeżego kapitału. Oby nie na długo.
Wygląda na to, że duża część inwestorów postanowiła poczekać na dalszy rozwój wydarzeń po tym, jak ostatniego dnia ubiegłego tygodnia indeksy GPW (poza mWIG40) ustanowiły rekordy hossy. Pierwsza połowa poniedziałkowych notowań przyniosła co prawda wyśrubowanie przez WIG20 rekordu intraday do 3848,36 pkt, ale zwyżka nie wyglądała przekonująco właśnie przez brak zaangażowania poważnych kapitałów.
Czym to grozi? Inwestorzy przekonali się na półmetku sesji, gdy WIG20 najpierw wyhamował pozytywną tendencję, a następnie — tropem giełd zachodnioeuropejskich — dorobek byków zaczął topnieć w oczach, by ostatecznie zakończyć dzień na minusie. Ujemnemu zakończeniu sesji przysłużył się nie najlepszy start notowań w USA, gdzie po neutralnym otwarciu inwestorzy w kolejnych kilkudziesięciu minutach skłonili się ku zamianie akcji na gotówkę.
WIG20 stracił 0,51 proc. Nie zmienia to jednak dramatycznie obrazu rynku. Na razie można mówić o chwili słabości byków i o niczym więcej. Z cienia gigantów wyłoniły się spółki średnie a zwłaszcza małe. mWIG40 poszedł w górę o 0,3 proc., co jednak nie wystarczyło do poprawienia dotychczasowego rekordu. Sztuka ta udała się sWIG80, który podciągnął piątkowy szczyt hossy o kolejne 0,9 proc. Sześć spółek zanotowało ponad 10-procentowe zwyżki wartości, a jedna z nich — Hawe — zdrożała o równe 20 proc.