Mały handel w pułapce kaucji. Walka o zaplecza i marże

Elźbieta Szpak
opublikowano: 2026-05-27 19:00

Choć wdrożony w październiku system kaucyjny okazał się sukcesem środowiskowym, dla dziesiątek tysięcy małych sklepów brak miejsca, zamrożony kapitał i presja kosztów pracy stały się potężnymi barierami, które drastycznie zmieniają strukturę rodzimego handlu.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Kiedy system kaucyjny startował w Polsce jesienią ubiegłego roku, rynek był pełen obaw, ale i nadziei na szybkie wdrożenie rozwiązań znanych z rynków zachodnich. Nowelizacje ustawy, opóźnienia i ostateczny start 1 października 2025 r. wprowadziły nas na ścieżkę dyrektywy SUP (Single Use Plastics), której celem jest osiągnięcie 90-proc. poziomu selektywnej zbiórki do 2029 r. Z perspektywy Ministerstwa Klimatu i Środowiska początki systemu to powód do zadowolenia – do końca kwietnia 2026 r. konsumenci zwrócili w całym kraju ponad miliard pustych opakowań.

Więksi gracze – dyskonty i supermarkety powyżej 200 mkw., dla których zbiórka jest obowiązkowa – odrobili lekcję. Zainwestowali miliony w nowoczesne automaty RVM (Reverse Vending Machines), przekuwając obowiązek zbiórki w dodatkowe obroty. Jednak w Polsce funkcjonuje ponad 300 tys. punktów sprzedaży, z czego zdecydowana większość to małe sklepy osiedlowe, punkty convenience czy kioski poniżej 100 mkw. Dla nich ustawa przewiduje dobrowolność w przyjmowaniu zwrotów, jednak nakłada bezwzględny obowiązek pobierania kaucji. W praktyce oznacza to, że mały handel znalazł się między młotem przepisów a kowadłem rynkowej konkurencji.

Krajobraz rynku

Obecnie na terenie Polski funkcjonuje ok. 57 tys. punktów odbioru opakowań. Mimo tej imponującej liczby rynkowe statystyki są bezlitosne dla tradycyjnego, ręcznego systemu zbiórki: aż 81 proc. oddanych butelek i puszek trafia do zaledwie 12,5 tys. lokalizacji wyposażonych w zautomatyzowane butelkomaty.

Zachowania konsumentów i procesy przy kasach zostały na stałe przedefiniowane przez trzy główne kategorie opakowań. Do codziennego, kaucyjnego obiegu weszły jednorazowe butelki plastikowe (PET) o pojemności do 3 l, metalowe puszki do 1 l oraz szklane butelki wielorazowe o pojemności nieprzekraczającej 1,5 l. Kaucja (0,50 zł za plastik i puszki oraz 1,00 zł za butelki szklane) jest zawsze doliczana wyłącznie na paragonie w momencie finalizacji zakupu, aby nie zaburzać czytelności cen na półkach. Z systemu – w wyniku apeli branży – wyłączono ze względów sanitarnych opakowania po napojach mlecznych. Niemniej jednak szacunki firmy doradczej Deloitte wskazują, że całkowite koszty wdrożenia i funkcjonowania systemu w Polsce w perspektywie najbliższych 10 lat przekroczą 40 mld zł. Jak w tej skali radzą sobie podmioty dysponujące ułamkiem budżetów wielkich sieci?

57 tys.

Tyle punktów odbioru funkcjonuje obecnie w Polsce

Przestrzeń na wagę złota

Brak przestrzeni to pierwsza i najbardziej namacalna bariera wejścia małego sklepu w pełny obieg kaucyjny. Automaty RVM, choć systematycznie miniaturyzowane, wciąż zajmują powierzchnię dorównującą dużej chłodziarce, wymagając jednocześnie wydzielenia miejsca komunikacyjnego dla klientów. Dla sklepu osiedlowego wstawienie takiej maszyny oznacza konieczność usunięcia kilku regałów, co bezpośrednio uderza w rentowność z metra kwadratowego.

Z kolei zbiórka ręczna, prowadzona przez personel, rodzi inne komplikacje. Opakowania kaucyjne (w przeciwieństwie do odpadów wyrzucanych do żółtego worka) nie mogą być zgniecione – kod kreskowy oraz piktogram kaucji muszą pozostać całkowicie czytelne do momentu weryfikacji przez operatora. W efekcie zaplecza małych sklepów szybko wypełniają się powietrzem zamkniętym w PET. Cenne miejsce na zapleczu, zamiast mieścić kolejne dostawy towaru, zostaje zablokowane przez worki z pustymi opakowaniami. Detaliści zgłaszają też poważne obawy sanitarne. Resztki słodkich napojów w magazynowanych workach generują nieprzyjemne zapachy i przyciągają owady.

Koszty i zamrożony kapitał

Wejście w automatyzację to potężny wydatek. Cena rynkowa jednego butelkomatu waha się w granicach 60-100 tys. zł, do czego doliczyć należy koszty serwisu rzędu 10 tys. zł rocznie. Nawet przy modelach leasingowych z ratą na poziomie 2-3 tys. zł miesięcznie, inwestycja ta rzadko ma biznesowe uzasadnienie w placówkach o mniejszym ruchu.

Sklepy realizujące zbiórkę ręczną wpadają natomiast w pułapkę zamrożonego kapitału. Zgodnie z zasadami systemu klient otrzymuje zwrot depozytu od ręki (w gotówce bądź bonie), jednak właściciel sklepu na refundację od operatora musi poczekać.

W tradycyjnym modelu rozliczenia okres ten potrafi wynosić nawet do 30 dni. Jak alarmują eksperci rynku handlowego, w skali kraju setki milionów złotych zostały wyjęte z bieżącego obiegu gotówkowego firm i utknęły w łańcuchu rozliczeń kaucyjnych.

Dla zrekompensowania nakładów związanych z obsługą sklepy otrzymują tzw. opłatę manipulacyjną. W postulatach branżowych oscylowała ona najczęściej w granicach od 0,05 zł do 0,15 zł za opakowanie. Przy 10 tys. zwrotów miesięcznie daje to sklepowi od 500 zł do 1500 zł rekompensaty. Raport Deloitte bezlitośnie wskazuje jednak, że średni koszt systemowy obsługi jednej butelki wynosi około 40 groszy. W wielu przypadkach koszty pracy kasjera, przestrzeń i zawiadywanie procesem przewyższają dochód z tytułu obsługi zwrotów.

Logistyka ostatniej mili

Największym testem wydolności operacyjnej systemu w pierwszych miesiącach 2026 r. okazała się organizacja odbioru opakowań. Operatorzy systemu stają przed karkołomnym zadaniem obsługi dziesiątek tysięcy punktów rozproszonych w miastach i na wsiach.

Dla franczyzobiorców czy niezależnych właścicieli częstotliwość odbiorów to kwestia „być albo nie być” w systemie. Brak dużej chłodni czy magazynu sprawia, że sklep wymaga niemal codziennych wizyt kurierów odbierających odpady. Podnosi to drastycznie koszty logistyczne całego mechanizmu. W początkowym okresie koszty transportu rosły lawinowo (nawet o 15–20 proc. w pierwszym roku działań).

Rozwiązaniem wydaje się rozwój ujednoliconych sieci i zintegrowanych systemów wsparcia. Właściciele skupieni w sieciach zrzeszających małe sklepy (np. franczyzach) mogą korzystać z narzędzi, które ułatwiają zamawianie transportu zgrane z naturalnym cyklem dostaw towaru. Nadzieją są też mobilne butelkomaty oraz współdzielone punkty zbiórki na targowiskach, wzorowane na systemie irlandzkim (tamtejszy rynek nabrał dynamiki na początku 2024 r. m.in. dzięki ułatwieniom dedykowanym najmniejszym, zrzeszonym podmiotom poniżej 250 mkw.).

Szansa ukryta pod płaszczykiem obowiązku

W świetle tak wielu przeszkód nasuwa się zasadnicze pytanie: po co mały detalista ma dobrowolnie dołączać do zbiórki opakowań, jeśli przepisy mu na to pozwalają? Kluczem jest utrzymanie klienta.

Mechanika zachowań kupujących jest prosta i bezwzględna. Jeśli klient kupi napój w lokalnym sklepie (opłacając obowiązkową kaucję przy kasie), to z pustą butelką uda się do pobliskiego dyskontu, który posiada automat. Tam odzyska pieniądze (np. w postaci bonu) i właśnie tam dokona bieżących zakupów spożywczych. Brak punktu zbiórki we własnym sklepie wprost przekłada się na odpływ klientów do wielkich sieci.

Dla menedżerów zarządzających systemami franczyzowymi i właścicieli pojedynczych sklepów wnioski na drugą połowę 2026 r. są jednoznaczne. Przystąpienie do zbiórki nie jest uciążliwym obowiązkiem z obszaru CSR – stało się twardym narzędziem obrony udziałów w rynku. Koszty logistyki i problemy z miejscem to cena za lojalność konsumenta. Zwycięzcami nowej, kaucyjnej rzeczywistości okażą się ci detaliści, którzy potraktują tę rewolucję jako bodziec do cyfryzacji, optymalizacji procesów wewnętrznych oraz, przy mądrym wykorzystaniu wsparcia operatorów, przekują ten „duży problem” we własną przewagę konkurencyjną.