Marcinkiewicza także podrzucił wraży układ

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-08-30 00:00

W medialno-politycznej wojnie prawd Janusza Kaczmarka z prawdami Zbigniewem Ziobry kolejne sensacje pojawiają się i znikają szybciej, niż muzyczne hity na listach przebojów. Niektóre żyją krócej niż jeden dzień — na przykład rewelacje o podsłuchiwaniu premiera Kazimierza Marcinkiewicza przez podległe mu służby specjalne. Sam zainteresowany zdementował, jakoby takie praktyki podejrzewał.

Niezwykle charakterystyczna była reakcja premiera Jarosława Kaczyńskiego, który zanim usłyszał dementi — zdążył powiedzieć kilka przykrych słów pod adresem swojego poprzednika. Przypomniał, że Marcinkiewicz otrzymał od partii fotel szefa rządu w prezencie, którego sam się nie spodziewał. To czysta prawda — nie spodziewała się także Platforma Obywatelska, nie spodziewały się rynki, media etc. Szkoda tylko, że prezes Prawa i Sprawiedliwości dyskretnie pomija genezę owego prezentu. Powodem mniej ważnym była okoliczność, że właśnie Kazimierz Marcinkiewicz okazał się najlepszym stykiem PiS z PO, a właśnie taka koalicja była budowana. Znacznie ważniejsze okazały się wybory prezydenckie — wystawiając medialnego kandydata na premiera, sam prezes Jarosław mógł schować się na kilka tygodni prezydenckiej kampanii Lecha, aby nie przypominać wyborcom, że Kaczyńskich jest dwóch. Było to naprawdę doskonałe zagranie socjotechniczne, które zaowocowało zwycięstwem — dlaczego zatem dzisiaj się go wstydzić i wypominać Marcinkiewiczowi partyjną łaskę.

Premier odniósł się także do porażki Kazimierza Marcinkiewicza w rywalizacji o fotel prezydenta Warszawy. Partia dała mu drugą szans i poczuła się nieco wystawiona do wiatru, ponieważ niewdzięczny kandydat zamiast walczyć o umocnienie elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, postanowił przechwycić część wyborców Platformy Obywatelskiej, co mu się nie udało. W głosie Jarosława Kaczyńskiego przebijał żal, że w stołecznej kampanii nie została wykorzystana jego osoba...

Łatwiej zrozumieć, czemu w ruszającej kampanii wyborczej do parlamentu prezes PiS postanowił być osobiście partyjnym taranem i jego „Zasady zobowiązują” przez najbliższe tygodnie będą dominowały na ekranach i bill- boardach. No chyba, że zbytnio zaczęłyby się kojarzyć z interpretacją Romana Giertycha, który stawia pytanie „Jakie zasady?” i od razu sam sobie odpowiada: „Podsłuchuj swoich kolegów” oraz „Nagrywaj swoich przyjaciół, bo to zawsze może się przydać”