Marksiści robią IT

DOMINIK SIPIŃSKI
23-11-2017, 22:00

Rządzony przez większość swojej 60-letniej historii przez marksistów indyjski stan Kerala niemal zlikwidował różnice w zamożności i bezrobocie. Ale teraz uśmiecha się do globalnych cyfrowych kapitalistów.

Stary, być może pamiętający jeszcze brytyjskie rządy bordowy autobus z dziurami zamiast okien, pełniącymi funkcję klimatyzacji, powoli wtacza się na dworzec w Alappuzhy. W środku na ławkach teoretycznie powinno się mieścić po pięć osób w rzędzie, w praktyce wejdzie i siedem razem z bagażami. Autobus zatrzymuje się co kilka minut w każdej wiosce. Konduktor wygodnie siedzi na wydzielonym miejscu, pobierając od każdego opłatę.

Wyświetl galerię [1/5]

Kerala ma najwyższą płacę minimalną w Indiach, a rozbieżności między wykształceniem i zarobkami kobiet i mężczyzn są najmniejsze. Dominik Sipiński

Wszystkim po równo

Autobus odjeżdża do Thiruvananthapuram, stolicy stanu Kerala, położonej jakieś 150 km na południe. Przejazd zajmie prawie cztery godziny, łącznie z przerwą na obiad. Z tego samego dworca w Alappuzhy odjeżdża niemal równocześnie klimatyzowany nowoczesny autobus. Przejazd kosztuje wprawdzie 250 rupii (około 14 zł), a nie niecałe 50, ale za to trwa ponad dwa razy krócej. Obydwa te autobusy obsługuje publiczna spółka KSRTC, ale dla lokalnych władz powodem do dumy są przede wszystkim te stare bordowe rzęchy. Są tak ważne, że pojawiają się jako symbol stanu na jego oficjalnym Instagramie. Bo w Kerali liczy się, żeby było tanio, dostępnie i dla wszystkich. Ten stan to jedyne miejsce na świecie, gdzie wybory regularnie wygrywa partia z sierpem i młotem w logo, a do tego faktycznie realizująca gospodarcze postulaty marksizmu. Ten model sprawdzał się w XX w., ale teraz jest pod coraz większą presją globalizacji. Każdy z 36 stanów i terytoriów w Indiach mógłby być krajem sam w sobie i trudno w zasadzie mówić, że jakiś wyróżnia się szczególnie. Niemal w każdym mówi się innym językiem i używa innego pisma, różnią się też historią, kulturą, często religią. To, że tworzą jedno państwo, to tylko kwestia przywiązania do idei państwowości — południowego Tamil Nadu z północnym Himachal Pradeszem nie łączy nic poza biurokracją i instytucjami. A jednak w tej mozaice Kerali udało się wyróżnić. Turyści znają ten położony niemal na samym południowym wierzchołku indyjskiego trójkąta stan głównie z pięknych plaż, klifowych wybrzeży, palm kokosowych i rozbudowanego systemu słodkowodnych lagun. To piękny kawałek ziemi przesycony zielenią tak bardzo, że całkowicie uzasadnione jest hasło promocyjne „God’s own country”. Ale politolodzy i historycy znają Keralę przede wszystkim z powodu niepowtarzalnego systemu polityczno-społecznego, w którym zawsze ogromną rolę odgrywała partia marksistowska, wcielająca w życie zasady równości i sprawiedliwości.

Mocne poparcie

Keralscy marksiści nie potrzebowali ani rewolucji, ani wielkiego kryzysu. Doszli do władzy w pełni legalnie, w uczciwych wyborach, gdy tylko Kerala stała się częścią Indii w 1957 r. Był to nie tylko drugi na świecie wybrany demokratycznie rząd komunistyczny (a biorąc pod uwagę, że pierwszy był w 1945 r. w San Marino, to w praktyce Kerala przecierała szlak), ale też jedyny w całych Indiach, którego nie kontrolowała Partia Kongresowa. Od tego czasu mieszkańcy Kerali regularnie wybierają marksistów ponownie. Od pierwszych wyborów komuniści z CPI i wydzielonej z niej Indyjskiej Partii Komunistycznej — CPI(M) rządzili w stanie przez 30 lat. W 2016 r., po pięcioletniej przerwie, znów doszli do władzy.

Głosowanie w Indiach jest oceniane przez Economist Intelligence Unit (think tank przy tygodniku „The Economist”) jako równie uczciwe co w Niemczech czy Holandii. Do tego marksiści mają mocne poparcie, bo przeciętna frekwencja w Kerali to niemal 80 proc., o około 15 pkt proc. więcej niż średnia w całym kraju. — To nie tak, że ludzie nie głosują tu na inne partie czy uważają komunistów za idealnych. Ale te okresy, gdy rządzą inni, pokazują nam, że to CPI i CPI(M) są najmniej skorumpowane i robią najwięcej dla ludzi. Poza tym mieszkańcy Kerali po prostu myślą po socjalnemu — wyjaśnia Charles, mieszkaniec Kovalam w Kerali, który po wielu latach pracy jako inżynier telekomunikacyjny w Norwegii wrócił w rodzinne strony, założył niewielką knajpę przy plaży i razem ze śniadaniami serwuje turystom wielogodzinne pogadanki o lokalnej polityce. Rządzący około 35 milionami mieszkańców mają wymierne sukcesy.

Zgodnie z oceną analityków CRISIL, firmy należącej do agencji ratingowej S&P (Standard & Poors), nierówności społeczne są tu najniższe w kraju. Kerala ma najwyższą płacę minimalną, najwyższy wskaźnik dostępności usług finansowych i najniższy analfabetyzm (6 proc., o 20 pkt. proc. niższy niż średnia dla kraju). Ma też najmniejsze rozbieżności między stopniem wykształcenia i zarobkami kobiet i mężczyzn, a także między miastami a wsiami. Szkoły są tu darmowe i obowiązkowe, zainteresowanie sprawami publicznymi duże, co słychać w każdej kawiarni. Charles mówi, że dla niego najważniejszym osiągnięciem władzy jest niemal całkowita likwidacja bezdomności. Każdy może tu liczyć na około 100 mkw. ziemi na własność od rządu wraz z zapomogą na budowę domu.

Stan ma najwyższy wskaźnik rozwoju społecznego w Indiach (gdyby Kerala była krajem, byłaby na poziomie Rumunii), choć — i to jest sekret keralskiego modelu — nie jest zamożna. Rządzący stanem od 60 lat bardzo jednoznacznie nie dążą do poprawy zamożności liczonej przez PKB czy dochód na głowę. Choć z drugiej strony, co przyznaje Charles, egalitaryzm bardzo utrudnia wybicie się.

Autobus symbolem modelu

Większości z tych elementów na ulicach niełatwo dostrzec, pomijając częste krwistoczerwone plakaty z sierpem, młotem i hasłami w języku malajalam. Brak bezdomnych czy skrajnej biedy widać w zestawieniu z wieloma innymi miejscami w Indiach, ale zawsze łatwiej zwrócić uwagę na to, co jest, niż na to, czego brakuje. To dlatego dla władz Kerali tak ważne są autobusy. To, że bilety są nawet jak na indyjskie warunki bardzo tanie to jedno, ale chodzi też o częstotliwość kursów i to, że autobusy dojeżdżają wszędzie. Zorganizować ten system było o tyle łatwiej, że Kerala jest względnie niewielka i podłużna, ale nie umniejsza to osiągnięcia władz. Dzięki systemowi transportu publicznego, w którego skład wchodzą także np. równie rachityczne promy łączące Ernakulam z Koczinem, dwa główne ośrodki przemysłu stoczniowego, w Kerali panuje autentyczna mobilność społeczna. Dla nikogo nie jest jednak tajemnicą, że ten system nawet nie aspiruje do działania na zasadach rynkowych.

— Spójrz na ten prom — wygląda, jakby za chwilę miał się rozpaść. Ale bilet kosztuje 1 rupię (około 6 groszy). Żeby sfinansować zakup nowych, ceny musiałyby wzrosnąć. A rząd świadomie utrzymuje tanie taryfy, by były w zasięgu każdego, nawet za cenę braku modernizacji taboru — wyjaśnia Beena Sebastian, aktywistka, założycielka stowarzyszenia Cultural Academy for Peace w Ernakulam, podczas przeprawy do Koczinu. Rozwój lewicowej świadomości w Kerali nie zaskakuje, bo w połowie XX w. zbiegło się tu wiele czynników temu sprzyjających. Jeszcze za Brytyjczyków stan miał najmniej analfabetów, m.in. dzięki aktywnym szkołom religijnym. Czytać umiało prawie 20 proc. populacji, średnia dla kraju nie przekraczała 10. Za mniej fatalną niż gdzie indziej edukacją poszła świadomość społeczna. Społeczeństwo Kerali należało jednak do najbardziej feudalnych w całych Indiach. Połowa mieszkańców była pozbawiona praw, ale istniał kolektywny przemysł, który ułatwiał organizację robotników.

Gdy połączyć postępującą radykalizację i aspiracje narodowe, tradycyjną nieufność do północy Indii, reprezentowanej przez Gandhiego i Partię Kongresową oraz związki zawodowe — widać, skąd wziął się sukces marksistów. Ich władzę utrwaliło to, że po rewolucji chińskiej władze w New Delhi postanowiły Keralę po prostu ignorować, zamiast ryzykować eskalację próbami dekomunizacji. Odmienność kulturowa i językowa, wyższy niż gdziekolwiek indziej szacunek dla przyrody i egalitarne tradycje spowodowały, że zupełnie przypadkiem Kerala weszła na ścieżkę zrównoważonego rozwoju na długo zanim to pojęcie stało się modne. Charles podkreśla, że lewicowość w Kerali to nie tylko sprawa tego, kto rządzi, ale szczerych przekonań większości społeczeństwa. Dlatego nawet dochodzący do władzy co parę lat konserwatyści nie demontują osiągnięć lewicy, choć je nieco moderują.

Finanse po nowemu

Problem w tym, co otwarcie przyznaje Beena Sebastian: taki model wymaga finansowania, a z tym jest krucho. W Kerali praktycznie nie ma przemysłu poza stoczniami w Koczinie. Turystyka niby jest (według niektórych szacunków daje pracę nawet 70 proc. gospodarstw domowych), ale stan przyciąga mniej gości niż Goa czy Bombaj.

W Kerali nie zniknął indyjski ciąg do lepszego. Obrotni mieszkańcy, znużeni egalitaryzmem i brakiem perspektyw na wybicie, wylatują za Morze Arabskie. Według niektórych szacunków nawet 30 proc. PKB Kerali pochodzi dziś z pieniędzy przesyłanych przez migrantów zarobkowych z Kataru, ZEA czy Bahrajnu. Gdyby odliczyć te przelewy, stan spadłby poniżej indyjskiej średniej zamożności. Kerala podkrada też rodakom.

— Kochamy naszą naturę. Nie mamy tu więc żadnej elektrowni jądrowej. Przez to nie mamy dość własnej energii, ale na szczęście energetyka jest scentralizowana i możemy podbierać prąd ze stanów, które się nie przejmują ekologią — śmieje się Charles, choć temat jest poważny, bo niedobory energii to jedna z największych infrastrukturalnych bolączek Indii. Z problemów zdają sobie sprawę także rządzący, tym bardziej odkąd wartość wpływów z zagranicy spadła po załamaniu ceny ropy i spowolnieniu gospodarczym w rejonie Zatoki Perskiej.

Prowadzi to do sporych paradoksów. Lewica w Kerali krytykuje korporacje zarabiające na globalizacji, błędy podczas prywatyzacji i osłabienie pozycji lokalnych rolników przez globalne umowy o wolnym handlu. Politycznie pozostaje w opozycji do nacjonalistów hinduskich rządzących całym krajem czy konserwatystówz Partii Kongresowej, powszechnie uważanych za skrajnie skorumpowanych. Niektóre propozycje, pod którymi szła do wyborów w 2016 r., pasują do lewicy.

Wielkie programy infrastrukturalne, przywrócenie roli należących do stanu firm przemysłowych, utrzymanie szerokich programów socjalnych, budżety partycypacyjne — to spójne z tym, co marksiści proponowali przez lata w Kerali i co przez długi czas się sprawdzało. Ale równocześnie w jej programie znalazły się zapowiedzi przyciągnięcia do stanu koncernów i prywatnych inwestorów, w tym przez dotacje i ulgi podatkowe. Rząd zamierza wspierać start-upy, zwłaszcza w sektorze IT, który w Kerali wciąż niedomaga, choć i tak jest lepiej niż parę lat temu. W ciągu pięcioletniej kadencji marksiści chcą udzielić dotacji po 10 mln rupii (około 600 tys. zł) 1500 firmom.

Niedawno wystartował ambitny program Technocity, a rząd stanu, mimo niezbyt dobrych układów z władzami centralnymi, stara się skorzystać z programu Digital India, zakładającego m.in. rozbudowę infrastruktury internetowej. Przy bardzo wysokim wykształceniu i małym analfabetyzmie Kerala wydaje się być w idealnej sytuacji do rozwoju sektora usług, w tym IT. Ale to, czy politykom uda się, centralnie sterując, rozwinąć ten sektor bez utraty charakterystycznej dla Kerali spójności społecznej i równej dystrybucji dochodów, będzie prawdziwym testem keralskiego modelu rozwoju w XXI w. &© Ⓟ

C M Y CM MY CY CMY K

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DOMINIK SIPIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Marksiści robią IT