Krążący od kilku dni po telewizyjnych ekranach spot wyborczy Prawa i Sprawiedliwości tak ocieka propagandą sukcesu, że śmiało może sobie podać rękę z klasykami gatunku, produkowanymi w epoce Edwarda Gierka. I to nawet logiczne — powszechna szczęśliwość obywateli IV Rzeczypospolitej jest taką samą utopią, jak „jedność moralno-polityczna narodu” zamieszkującego Polską Rzeczpospolitą Ludową. Materiał PiS zawiera dawkę zakłamania typową dla zwykłej reklamy komercyjnej, ale nią jednak nie jest — dlatego obraża inteligencję społeczeństwa.
O wyborach samorządowych w agitce PiS nie ma ani słowa (formalnie na to jeszcze za wcześnie), ale jej cel jest oczywisty — to początek urzeczywistniania zamiaru „odzyskania” samorządu terytorialnego. Cztery lata temu o tej porze do tego samego celu zmierzał Sojusz Lewicy Demokratycznej. Leszkowi Millerowi śniło się wówczas to samo, co dzisiaj Jarosławowi Kaczyńskiemu — przesiąknięcie kierowniczej partii przez struktury państwa do samego ich dna, do ostatniej gminy, czyli zdobycie w demokratycznym trybie władzy totalnej. W tym założeniu nie ma wewnętrznej sprzeczności — historia potwierdza, że jest ono wykonalne...
Integralną częścią planu PiS jest zapowiedziany przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza termin wyborów samorządowych — 12 listopada. Miałem okazję być pierwszym dziennikarzem, który 7 czerwca podczas zaimprowizowanej konferencji w samolocie „wyciągnął” od premiera ową datę. Szef rządu z dumą dodał wówczas: „Sam to wymyśliłem!”
Przypomnijmy, że w rozporządzeniu o tegorocznych wyborach prezes Rady Ministrów może zgodnie z ordynacją wskazać jeden z dziewięciu możliwych terminów — najwcześniejszy to niedziela 29 października, najpóźniejszy zaś wypada... 24 grudnia. Musi przy tym uwzględnić drugą turę wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, niechybnie czekającą (po dwóch tygodniach) wiele gmin. Odrzucając kolizje świąteczne (chodzi o Wszystkich Świętych, Narodowe Święto Niepodległości oraz Boże Narodzenie), neutralne pozostają tylko dwa warianty: wybory 5 listopada z dogrywką 19 listopada lub wybory 19 listopada z dogrywką 3 grudnia. Lepszy jest oczywiście ten wcześniejszy, ponieważ nowe władze gmin, powiatów i województw muszą natychmiast zająć się budżetami na rok 2007.
Zagrywka z wyborami 12 listopada (wtedy druga tura wypadłaby 26 listopada) jawi się przemyślnym fortelem rządzącej partii, ponieważ w sobotę 11 listopada obowiązywałaby cisza wyborcza, w której zagrzmiałoby telewizyjne przemówienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z placu Piłsudskiego. Gdzieś indziej głos wspomagający, również telewizyjny, na pewno wygłosiłby premier.
Ten propagandowy kij ma jednak dwa końce — z całą pewnością święto zaowocowałoby w tym roku obchodami jak nigdy dotychczas, dosłownie w każdej gminie! I tam pierwsze skrzypce zagraliby dotychczasowi wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, którzy w większości ubiegać się będą o kolejną kadencję. A w tej akurat grupie zawodowej Prawo i Sprawiedliwość jest na razie reprezentowane dość kiepsko. Może chociaż ten argument przemówi PiS-owskim strategom do rozsądku...