Maszynka oszczędności

Jacek Konikowski
13-01-2006, 00:00

Prawnicy i rzecznik ubezpieczonych: PZU łamie prawo, wyliczając poszkodowanym kierowcom odszkodowania z OC według cen tanich zamienników, a nie części oryginalnych. Czy będzie lawina pozwów?

Wieczór, mokro, liście na drodze... Nagle pisk, potem huk i złowroga cisza. We wstecznym lusterku srebrny lanos tkwi przyklejony do zderzaka toyoty. Pada kilka męskich słów. Morderczy instynkt łagodnieje na widok zatroskanej kobiety, kierowcy lanosa. Rzut oka: poszedł zderzak i tylne lampy. Zwykła stłuczka. Banalna historia.

Teoretycznie.

Kilka tygodni później PZU wyceniło szkody, proponując kierowcy toyoty 1990,76 zł odszkodowania. Zaskoczenie, bo rzeczoznawca, pracujący dla kilku innych firm ubezpieczeniowych, te same szkody wycenił na 3340,68 zł. Czyżby pomyłka?

— Raczej nie... Różnice w kosztorysach tej samej szkody wykonanych przez PZU i pozostałych ubezpieczycieli mogą sięgać 50 procent, a nawet więcej. Niedawno miałem klienta, któremu Centrum Likwidacji Szkód PZU z Łodzi wyliczyło odszkodowanie za rozbitego nissana na 8652 zł. Nam wyszło prawie cztery razy więcej, bo 26 900 zł! — twierdzi Piotr Korobczuk, rzeczoznawca samochodowy z łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Auto-Consulting, który współpracuje m.in. z Link4 i Benefią.

Tak na chłopski rozum: przecież odszkodowanie za to samo nie może się różnić aż tak bardzo w kilku firmach. Dla pewności pytamy w jednym z serwisów Toyoty w Warszawie: czy za 2000 zł z odszkodowania wymienimy tylny zderzak i dwie lampy w toyocie avensis?

— Chyba w rowerze! — żartuje pracownik serwisu. I podaje ceny:

— Nowy zderzak — 700 zł, w nim sensor parkowania — 420 zł, i dwie lampy. Do tego koszt lakierowania i materiałów — jakieś 1300 zł, robocizna — znów 300 zł. A do wszystkiego 22 procent podatku VAT. Wyjdzie grubo powyżej 2000 zł... — wylicza.

Dlaczego?

Monex

— Niektóre firmy ubezpieczeniowe zaniżają wartość wypłacanych odszkodowań. A wszystko z powodu dwóch programów komputerowych, wyliczających wartość szkód i sumy odszkodowań. Jeden z nich zaniża odszkodowania — tłumaczy Adrian Szklorz z Fundacji Upowszechniania Kultury Prawnej i Technicznej z Katowic.

Śmiała teza. I mocne słowa.

Chodzi o Eurotax, a właściwie nakładkę na ten program o nazwie Monex, która nie tyle zaniża, co raczej kalkuluje po swojemu.

— Monex — w przeciwieństwie do Audateksu czy Eurotaksu — uwzględnia ceny tańszych, bo tzw. alternatywnych części. Nie są oryginalne, ale o „porównywalnej jakości”. Na razie to pierwszy taki program w Polsce... — mówi Piotr Paczuski, prezes EurotaxGlass’s, producenta nakładki.

Właśnie tańsze części powodują tak kolosalne różnice w kosztorysach i wypłacanych odszkodowaniach.

— Ale to już nie nasza wina... Dostarczamy narzędzie i nie ponosimy odpowiedzialności, czy, kto i jak z niego korzysta — dodaje Paczuski.

I ma rację, bo nikt z Moneksu nie musi korzystać.

— PZU w obliczeniach wysokości odszkodowania przyjęło zasadę, że w naprawach samochodów, których wiek nie przekracza trzech lat, można stosować części oryginalne. Później zaś wybiera tańsze z dwóch rozwiązań: albo cenę nowych części mnoży przez współczynnik, wynikający z wieku samochodu albo też wylicza odszkodowanie na podstawie instalowania — jeśli to możliwe — części alternatywnych (czyli mniej drogich zamienników) — precyzuje Piotr Korobczuk.

O tym właśnie mechanizmie tworzenia sumy odszkodowania wspomniała już „Rzeczpospolita”, dzieląc się wątpliwościami, czy stosowanie takiej procedury odszkodowawczej w przypadku ponadtrzyletnich aut nie narusza interesu ubezpieczonych.

Od 6 miesięcy Monex stosują wszystkie inspektoraty PZU. Niewiele firm jest chętnych, by go pożytkować. Trochę dziwne, bo skoro największy ubezpieczyciel dostrzegł jego zalety, no to trudno o lepszą rekomendację. Konkurencja zaspała?

— W tej branży?! Tu wszyscy o sobie wiedzą wszystko. Kiedy w PZU kupią zielone długopisy, to wszyscy inni też takie kupują. Problem w czym innym. Z Moneksem jest taki kłopot, że nie wiadomo do końca, czy sposób, w jaki sporządza kosztorysy, jest zgodny z prawem. Na dwoje babka wróżyła, więc wszyscy czekają, która to babka ma rację. My go na razie tylko testujemy — ujawnia pracownik jednego z inspektoratów TUiR Warta.

Po nitce do kłębka. Zapytaliśmy prawników, co sądzą o tej sprawie. Ich zdaniem, PZU łamie prawo, wyliczając poszkodowanym odszkodowania z wykorzystaniem cen tanich zamienników, a nie części oryginalnych. Łamie je podwójnie, bo do wielu odszkodowań nie dolicza podatku VAT. Czyli sugerują, że PZU zaniża odszkodowania z polis OC.

Poważne oskarżenie. Ale i twarde argumenty.

Argumenty PZU...

Państwowy Zakład Ubezpieczeń odpiera atak. Początkowo nie chce się nawet przyznać, że z Moneksu korzysta.

— Jak wyliczamy odszkodowania, jest naszym know-how i stanowi tajemnicę firmy — twierdzi Tomasz Fill, rzecznik Grupy PZU.

Mniejsza o to. My ją i tak znamy — od rzeczoznawców, którzy pracują dla PZU.

A co z opinią prawników? Czy zarzut o zaniżaniu odszkodowań jest wyssany z palca?

PZU nie widzi nic złego w zastępowaniu oryginalnych części ich zamiennikami. Co więcej: reklamuje to jako działanie na korzyść klienta.

„Podstawę prawną stosowania przy ustaleniu odszkodowania cen części alternatywnych stanowi rozporządzenie Rady Ministrów z 28 stycznia 2003 r. oraz kodeks cywilny. Z rozporządzenia wynika m.in. brak ograniczeń w stosowaniu części alternatywnych w naprawach prowadzonych w ASO (autoryzowane stacje obsługi — przyp. red.). Rozporządzenie to weszło w życie 1 maja 2004 roku i jest odzwierciedleniem przepisów rozporządzenia KE 1400/2002, zwanego GVO lub Bloch Exemption Regulation. Rozszerza ono pojęcie części »oryginalnych«, stosowane dotychczas wyłącznie dla części sygnowanych znakiem producenta pojazdu oraz wprowadza pojęcie »części zamiennych o porównywalnej jakości«. Od 1 listopada 2004 r. części takie mogą być wykorzystywane również przy naprawach w ASO. Dzięki temu możliwe jest obniżenie kosztów napraw powypadkowych przy zachowaniu dotychczasowego poziomu jakości” — twierdzi Tomasz Tarkowski, w PZU zastępca dyrektora ds. likwidacji szkód.

Stanowisko PZU popiera Polska Izba Ubezpieczeń.

PZU wskazuje również na kilka artykułów k.c., które — zdaniem firmy — świadczą na jej korzyść: „Z art. 363 par. 1 k.c. wynika, że w razie uszkodzenia rzeczy w stopniu umożliwiającym przywrócenie jej do stanu poprzedniego, osoba odpowiedzialna za szkodę zobowiązana jest zwrócić poszkodowanemu niezbędne i ekonomicznie uzasadnione koszty naprawy pojazdu, ustalone według cen występujących na lokalnym rynku. Skoro wysokość odszkodowania powinna obejmować niezbędne, ekonomicznie uzasadnione wydatki, to oznacza to, że naprawa powinna zostać dokonana w sposób racjonalny z najmniejszym nakładem sił i kosztów. Zatem jeżeli na lokalnym rynku są dostępne części o porównywalnych parametrach użytkowych i estetycznych, lecz o znacząco różnych cenach, to użycie do naprawy części najdroższych nie może zostać uznane za ekonomicznie uzasadnione, chyba że przemawiają za tym okoliczności związane z ochroną interesów poszkodowanego” — twierdzi Tarkowski.

W jego opinii w kodeksie cywilnym nie ma przepisów nakazujących, ażeby firmy ubezpieczeniowe pokrywały koszty napraw, w których stosowano wyłącznie najdroższe dostępne na rynku części zamienne.

Prawnicy PZU zwracają uwagę również na art. 354 par. 2 k.c.: o obowiązku współpracy poszkodowanego przy naprawie szkody.

„Jeżeli poszkodowany ma wpływ na wybór części zamiennych użytych do naprawy, oznacza to, że jest w tym zakresie zobowiązany do lojalnego zachowania wobec zakładu ubezpieczeń, a więc do racjonalizacji kosztów” — komentuje ten przepis Tarkowski.

Tego samego zdania jest Polska Izba Ubezpieczeń.

…bulwersują prawników

Argumenty PZU bulwersują, a niekiedy wręcz śmieszą prawników. Wspiera ich rzecznik ubezpieczonych. Ich zdaniem, PZU niemalże z ułańską fantazją interpretuje przepisy na swoją korzyść — kosztem poszkodowanych.

Zapytaliśmy rzecznika ubezpieczonych o samą kwestię części oryginalnych i nieoryginalnych wynikającą — zdaniem PZU — ze wspomnianego rozporządzenia.

„Rzecznik ubezpieczonych zwraca uwagę na odmienne wypowiedzi ekspertów, którzy są zdania, że nie mogą certyfikować czy rekomendować zamienników klientom, co wynika z faktu, że materiały, z którego zostały wykonane nie są identyczne z oryginalnymi, a to może mieć niekorzystny wpływ na bezpieczeństwo jazdy. Podobne stanowisko zajęli przedstawiciele zakładów ubezpieczeniowych w Niemczech. Rzecznik zwraca uwagę także na problem badania kontroli jakości takich części. Przeciwnicy powoływania się przez zakłady ubezpieczeniowe na GVO twierdzą, iż zakłady ubezpieczeń niewłaściwie zinterpretowały idee wolnego rynku, na którym klient podejmuje swobodną decyzję o wyborze części” — twierdzi Krystyna Krawczyk z biura RU.

Prawnicy są bardziej dosadni. Dziwią się, że PZU w ogóle podpiera się tym przepisem, bo — ich zdaniem — nie ma ono nic wspólnego z całą sprawą:

— Rozporządzenie, na które powołuje się PZU, w żaden sposób nie normuje sposobu naprawiania szkód ubezpieczeniowych. Jego ideą była m.in. liberalizacja obrotu częściami w ASO. Nawet jeżeli ASO mają prawo korzystać z części nieoryginalnych, nie zmienia to faktu, że auto naprawione przy użyciu takich części — nawet przy założeniu, że jakością nie odbiegają od części oryginalnych — może być mniej warte przy późniejszej odsprzedaży. A tak na marginesie: dziwi mnie, że — zgodnie z tym rozporządzeniem — o jakości części „o porównywalnej jakości” ma decydować ich producent — zauważa adwokat Marek Kochaniak, specjalizujący się w sprawach komunikacyjnych.

Coś w tym jest... Weźmy taki przykład: dwa identyczne mercedesy — tyle że w jednym połowa to części „o porównywalnej jakości”, a w drugim — wszystkie oryginalne. Który ma większą wartość rynkową?

— Obawiam się, że ten drugi, podobnie zresztą jak w przypadku samochodów bezwypadkowych i powypadkowych — na oko różnicy żadnej, ale w cenie spora. Dajmy na to: opel czy fiat są warte tyle, ile części użyte do ich produkcji — twierdzi właściciel komisu samochodowego w Warszawie.

To nie tak!

Nie tylko powoływanie się przez PZU na rozporządzenie Rady Ministrów z 28 stycznia 2003 r. budzi zdziwienie prawników. Chodzi też o interpretację wymienionych przez PZU artykułów kodeksu cywilnego. Artykuł 363 par. 1 k.c. stanowi, że: „Naprawienie szkody powinno nastąpić, według wyboru poszkodowanego, bądź przez przywrócenie stanu poprzedniego, bądź przez zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej. Jednakże gdyby przywrócenie stanu poprzedniego było niemożliwe albo gdyby pociągało za sobą dla zobowiązanego nadmierne trudności lub koszty, roszczenie poszkodowanego ogranicza się do świadczenia w pieniądzu”.

Konia z rzędem temu, kto doszuka się w nim sformułowania typu: „ekonomicznie uzasadnione koszty napraw” czy „naprawa powinna zostać dokonana z najmniejszym nakładem sił i kosztów”. A — według PZU — to właśnie wynika z tego przepisu.

— Interpretacja tego artykułu to kompilacja paragrafu z k.c. z orzeczeniem SN. Nawet jeżeli PZU chciałoby się jednak powoływać na art. 363 — nie ma racji. Trzeba pamiętać, że odszkodowanie należne poszkodowanemu powinno zapewnić mu przywrócenie uszkodzonego pojazdu do stanu poprzedniego, a więc sprzed wypadku. Jeżeli zatem stan taki można przywrócić w ramach naprawy z użyciem jedynie części zamiennych, no to koszty takiej naprawy są należne poszkodowanemu z tytułu naprawy — twierdzi adwokat Michał Kochaniak.

Logiczne, bo tak na chłopski rozum: dłużnik nie może decydować, jaki ma dług wobec wierzyciela. Podobnego zdania są inni prawnicy:

— PZU nie może jednostronnie obniżać kosztów szkody. Kodeks cywilny wskazuje, że naprawienie szkody winno nastąpić według wyboru poszkodowanego, przez przywrócenie stanu poprzedniego bądź przez zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej, co wynika właśnie z artykułu 363 paragraf 1 k.c. Poza tym — decyzja o tym, jak naprawić szkodę, nie należy tylko i wyłącznie do ubezpieczyciela, lecz jest przedmiotem porozumienia między obiema stronami, co oznacza, że narzucanie cen klientowi jest niedopuszczalne. Tak samo jak określenie, że za takie pieniądze możemy naprawić szkodę, a za takie już nie. Szkoda musi być naprawiona bez względu na koszty — pod warunkiem że nie przekroczy wartości samochodu, a naprawa jest technicznie możliwa. Taki sens ma art. 363 i 385 k.c. Moim zdaniem, narzucanie własnych cen na części służące do naprawy szkody komunikacyjnej jest wymysłem jedynie PZU. To ma zresztą odzwierciedlenie w orzecznictwie sądów, w których PZU przegrywa sprawy z tego tytułu — twierdzi mecenas Andrzej Piotrowski z kancelarii adwokackiej Piotrowski, Stepułajtys, Łazowski, specjalizującej się w sprawach komunikacyjnych.

W sporze z PZU prawnicy są uzbrojeni po zęby. Przytaczają na przykład treść orzeczenia SN (III CZP 32/03): „Pozwany ubezpieczyciel nie może ingerować w wysokość kosztów naprawy pojazdu, które zostały faktycznie poniesione, nawet gdyby były one wyższe niż przeciętne stawki stosowane przez pozwanego (ubezpieczyciela) przy tzw. likwidacji szkód komunikacyjnych”. Kolejny argument to orzeczenie SN z 25 kwietnia 2002 (I CKN 1466/99), z którego wynika, że poszkodowany — kupując części samochodowe — nie ma obowiązku szukać sprzedawcy oferującego je najtaniej.

Prawników popiera rzecznik ubezpieczonych. Według niego art. 361 k.c. nakłada na ubezpieczyciela obowiązek pokrycia kosztów naprawy — czyli wszelkich wydatków poniesionych „w celu przywrócenia uszkodzonego pojazdu do poprzedniego stanu” — nawet, jeżeli wymaga to użycia części oryginalnych. „Potwierdza to zarówno orzecznictwo jak i poglądy doktrynalne” — sumuje rzecznik.

Równie kontrowersyjne, zdaniem prawników, pozostaje rozumienie drugiego z przepisów k.c. (art. 354 par. 2), którym Państwowy Zakład Ubezpieczeń uzasadnia „obowiązek współpracy poszkodowanego przy naprawie szkody”.

— PZU niewłaściwie interpretuje pojęcie takiej współpracy. Owszem, powinna być, ale nie może polegać na tym, że ubezpieczyciel wymaga od poszkodowanego rezygnacji z przysługujących mu uprawnień do przywrócenia stanu poprzedniego i narażania się na ryzyko obniżenia wartości rynkowej swego pojazdu — twierdzi Michał Kochaniak.

Wokół VAT

Ale nie wszystko, co twierdzi PZU, wzbudza kontrowersje prawników. Sposób, w jaki firma podchodzi do kwestii doliczania podatku VAT do odszkodowań, wzbudza wręcz śmiech. Oczywiście nie klientów, lecz znawców ustawy o podatku VAT.

„PZU wypłaca odszkodowanie z uwzględnieniem podatku VAT wyłącznie w przypadku, gdy poszkodowany przedłoży faktury VAT, dokumentujące faktycznie poniesione koszty. Uzasadnienie takiego stanowiska znajduje potwierdzenie w generalnej zasadzie adekwatności szkody i świadczenia zmierzającego do naprawienia szkody” — argumentuje Tomasz Tarkowski.

Słowem: nie masz faktury, zapomnij o VAT. Tymczasem...

— Podatek VAT stanowi składnik ceny i powinien być doliczany do kwoty odszkodowania — twierdzi mecenas Artur Urbisiak, przywołując orzeczenie SN IV CKN 387/01 (miernikiem wysokości szkody ustalonej według kosztów naprawy jest cena części zamiennych i usług obejmująca podatek VAT) oraz nowelizację ustawy o działalności ubezpieczeniowej z 22 maja 2003 r (DzU nr 124, poz. 1151 art. 17a: zakład ubezpieczeniowy jest zobowiązany uwzględnić w odszkodowaniu podatek VAT).

Skomplikujmy nieco sprawę: a co w przypadku, gdy Kowalski wcale nie ma zamiaru naprawiać swego malucha?

„Obowiązek naprawienia szkody ze strony zakładu ubezpieczeniowego nie może w żadnym przypadku być uzależniany od faktu dokonania naprawy czy też jej sposobu i kosztów. Dlatego niezależnie od tego, czy poszkodowany zamierza czy nie naprawić samochód, zakład ubezpieczeń jest zobowiązany do wypłaty odszkodowania wraz z podatkiem VAT” — stoi czarno na białym w piśmie rzecznika ubezpieczonych do naszej redakcji.

Zapomnijmy na chwilę o całym sporze i wysilmy się na szczerość: przecież i tak połowa kierowców łata i klepie swoje samochody tam, gdzie najtaniej, a części kupuje z nie zawsze legalnych źródeł, gdzie VAT oznacza markę akumulatorów, a nie podatek.

Wie to również PZU, czyniąc z tej wiedzy oficjalne stanowisko. „W większości przypadków kwota netto wynikająca z kosztorysowego rozliczenia szkody jest wystarczająca do przywrócenia pojazdu do stanu sprzed szkody, a niekiedy nawet przekracza rzeczywisty koszt naprawy brutto” — czytamy w e-mailu PZU do naszej redakcji.

Takie uzasadnienie wzbudza wśród adwokatów konsternację. I śmiech.

— Mnie to akurat nie dziwi, bo od dawna jestem przekonany, że na rozwój szarej strefy napraw wpływ mają właśnie firmy ubezpieczeniowe, które w ten sposób podchodzą do naprawiania szkód: gdzieś w lesie, za połowę ceny — dodaje Piotrowski.

Śmiech przez łzy? Z pewną przesadą można powiedzieć, że na podstawie tego oświadczenia PZU jakiś prokurator z głową na karku mógłby wszcząć postępowanie w sprawie sugerowania klientom naprawy swoich aut w szarej strefie, gdzie zrobią to taniej.

Pozwy

PZU wycenia szkody, opierając się na kontrowersyjnym Moneksie od połowy 2005 roku. Poszkodowanych może więc być tysiące. Czy mają szansę na wygraną w sądzie?

— Takie sprawy rzadko kończą się w sądzie. Zazwyczaj udaje nam się je prostować w drodze porozumienia z PZU, które — wobec rzetelnych argumentów — zmienia stanowisko na korzyść klienta — twierdzi Dominika Janek z firmy AdiutorCentrum, zajmującej się dochodzeniem roszczeń komunikacyjnych.

Wiele spraw nie trafia na wokandę także dlatego, że poszkodowani nie wierzą w możliwość wygrania z gigantem. Zdaniem prawników — niesłusznie. Czy w takim razie rozwiąże się worek z pozwami? Zdaniem prawników — i tak, i nie. Tak, bo coraz częściej gra idzie o duże pieniądze, nie — bo wciąż wiele osób nie wierzy, że może wygrać z dużą firmą. Zrażają ich koszty i czas. Ale...

— W tym roku nasza kancelaria wygrała już ponad sto takich spraw. Są prostsze od innych, bo opierają się głównie na ekspertyzie rzeczoznawcy — twierdzi Piotrowski.

Dodajmy: który wycenę sporządza według starych zasad.

Okiem eksperta

Co sądzą sądy?

Przyjęta linia orzecznictwa polskich sądów skłania do wniosku, że najbardziej istotne wydaje się przeprowadzanie prac naprawczych dotyczących samochodów w taki sposób, aby nie został pogorszony stan pojazdu sprzed wypadku. Użycie części „alternatywnych”, które różnią się cenowo i jakościowo od części nowych, powoduje obniżenie nie tylko wartości handlowej pojazdu, lecz przede wszystkim wysokości należnego odszkodowania. Jest to zatem ograniczenie odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń, które nie znajduje uzasadnienia zarówno w OWU jak i przepisach prawa.

Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 13 czerwca 2003 (III CZP 32/03), uznał iż zgodnie z zasadą pełnej kompensaty poniesionej szkody (art. 361 § 2 k. c.), poszkodowany będzie mógł domagać się od podmiotu odpowiedzialnego (ubezpieczyciela) odszkodowania obejmującego wszelkie poniesione koszty prac naprawczych.

W wyroku Sądu Najwyższego z 20 listopada 1970 r., (II CR 425/72) stwierdzono, że w wypadku uszkodzenia rzeczy w stopniu umożliwiającym przewrócenie jej do stanu poprzedniego, osoba odpowiedzialna za szkodę obowiązana jest zwrócić poszkodowanemu wszelkie celowe, ekonomiczne uzasadnione wydatki, poniesione w celu przywrócenia stanu poprzedniego, do których wydatków należy zaliczyć także koszt nowych części i innych materiałów, jeżeli ich użycie było niezbędne do naprawienia uszkodzonej rzeczy.

Sąd Najwyższy w wyroku z 5 listopada 1980 r. (III CRN 223/80) uznał, że przywrócenie rzeczy uszkodzonej do stanu poprzedniego polega na doprowadzeniu jej do stanu używalności w takim zakresie, jaki istniał przed wyrządzeniem szkody. Jeżeli do osiągnięcia tego celu konieczne jest użycie nowych elementów, to poniesione na nie wydatki wchodzą w skład kosztów naprawienia szkody przez przywrócenie rzeczy do stanu poprzedniego.

Zbigniew

Drzewiecki

Kancelaria Prawna

Drzewiecki, Tomaszek i Wspólnicy

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Maszynka oszczędności