MBA jak prawo jazdy

Monika Witkowska, Agnieszka Kobylińska
opublikowano: 21-05-2004, 00:00

Absolwent MBA w Polsce zarabia średnio 8,5 tys. zł miesięcznie. W krajach Unii — trzykrotnie więcej. W USA — blisko 60 tys. dolarów rocznie.

Żeby znaleźć się w płacowym raju, trzeba skończyć podyplomowe studia Master of Business Administration, które są horrendalnie drogie (za najlepsze trzeba zapłacić i 70 tys. zł). Ale inwestycja w kształcenie zawsze się opłaca.

— Nawet jeśli już ktoś dobrze zarządza firmą — może robić to lepiej — mówi Krzysztof Kryska, wieloletni organizator szkoleń i studiów MBA dla członków Business Centre Club.

Na studiach MBA można zdobyć nie tylko wiedzę teoretyczną, ale też uczestniczyć w wykładach wybitnych praktyków biznesu — za to się płaci.

Lepiej zmienić

Soren Rodian Olsen — Duńczyk — przez 10 lat pracował w Swissair. W tym czasie zajmował pięć różnych stanowisk w czterech krajach (Dania, Polska, Szwajcaria i Anglia). Pracę otrzymał zaraz po skończeniu dwuletniej pomaturalnej szkoły handlowej. Do awansu potrzebne były studia. Zaocznie ukończył Wyższą Szkołę Handlową w Kopenhadze i został magistrem ekonomii. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Zdecydował się na MBA. Jego ówczesny szef popierał jego plany. Firma zapłaciła za naukę prawie 20 tys. funtów.

— Po zrobieniu MBA najlepiej zmienić stanowisko albo nawet firmę, żeby rozwijać swoje możliwości zawodowe i karierę — mówi Soren Rodian Olsen. I dopowiada: — Stajesz się wtedy cenną zdobyczą dla łowców głów. Wyławiają cię największe korporacje. Dlatego firmy podpisują zwykle umowy z pracownikami: „Płacimy za twoje studia, a ty przepracujesz dla nas przynajmniej przez trzy lata”.

W Swissair Soren został jeszcze rok. Dwa lata temu otrzymał propozycję pracy w Warszawie. Jest dyrektorem Banku BPH. Kieruje procesem optymalizacji kosztów i zarządza departamentem zaopatrzenia.

— W Europie Zachodniej i w USA menedżerowie z MBA w kieszeni to standard — twierdzi prof. Krzysztof Obłój, dyrektor EMBA Międzynarodowego Centrum Zarządzania przy Wydziale Zarządzania UW.

— Tam nie można zostać menedżerem wyższego szczebla lub członkiem zarządu bez takiego dyplomu. W krajach, w których uczę, spotkałem zarządzających firmą, z wykształcenia będących historykami, filologami, a nawet filozofami. Ale każdy z nich miał już zrobione studia MBA, które na Zachodzie traktowane są jak prawo jazdy. Nikt nie pyta menedżera, czy ma MBA, tak jak nikt nie pyta kierowcy autobusu, czy ma prawo jazdy. To oczywiste, że tak — dodaje.

Można bez

Piotr Bogaczyński po skończeniu w 1988 roku Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów na Politechnice Poznańskiej pracował jako inżynier w dziale eksportu w Bekadex-Spomasz — przedsiębiorstwie zajmującym się dostarczaniem linii produkcyjnych dla przemysłu spożywczego. W 1990 roku firma sprzedała linię kontrahentom z Chin. Piotr został kierownikiem budowy. Po powrocie do kraju w 1992 roku Amerykanie zaproponowali mu pracę projekt engineera w Polsce, a potem w Nowym Jorku.

— Już po roku klienci zwracali się tylko do mnie. Nikt nie mógł uwierzyć, że kończyłem studia w Polsce, a doświadczenie zawodowe zdobywałem w polskiej firmie. Sukces na rynku amerykańskim nie przewrócił mi w głowie — opowiada.

Po powrocie do kraju nie mógł znaleźć pracy w branży. Okazało się, że przemysł spożywczy „jest obsadzony”. Zaczął szukać gdzie indziej. Wakat był w przemyśle gumowym — budująca nowy zakład firma Bridgestone potrzebowała pracowników. Został szefem produkcji, wkrótce senior managerem.

— Szybkie przekwalifikowanie się i reagowanie na potrzeby zmieniającego się rynku to... połowa sukcesu — podkreśla Piotr Bogaczyński.

Kilka dni temu zmienił pracę. Objął stanowisko plant managera — kierownika zakładu Firestone, produkującego miechy gumowe do zawieszeń ciężarówek.

— Karierę zawodową zrobiłem bez MBA. Jeśli nie będę dawał sobie rady, pójdę na studia podyplomowe — obiecuje.

Cena wiedzy

— Biznesmeni, kierownicy, dyrektorzy firm, którzy doświadczenia menedżerskie zdobywali w czasach PRL-u, mają większe zdolności do improwizacji, działają w sposób bardziej bezprecedensowy niż obecni — mówi Tomasz Ludwicki z EMBA Międzynarodowego Centrum Zarządzania przy Wydziale Zarządzania UW.

Nie wszyscy chcą się jednak dokształcać. Uważają, że doświadczenie zawodowe i praktyka zastępują teorię. Jest jednak takie powiedzenie, że nawet najgorsze MBA jest lepsze od żadnego. Polscy menedżerowie najczęściej traktują kształcenie jako inwestycję. Chcą zmienić pracę lub awansować.

— Dzisiaj blisko 30 proc. absolwentów MBA zmienia pracę, kolejne 30 proc. — stanowisko. Otrzymują awans pionowy lub poziomy: rozszerzenie obowiązków, które umacnia ich pozycję — twierdzi Tomasz Ludwicki.

— W czasach recesji uważano, że dyplomy są tarczą ochronną. Zagwarantują pracę. Firmy rzadziej rozstają się z pracownikami, w których zainwestowały bądź tych, którzy inwestują w siebie — dodaje.

Wytyczyć cel

Krzysztof Kryska jest z wykształcenia inżynierem. Skończył mechanikę precyzyjną na Politechnice Warszawskiej jeszcze w czasach PRL-u. Nie podjął pracy w swoim zawodzie. Mimo że był początek lat 80. i łatwiej było usadowić się na państwowej posadzie, marzył o posiadaniu własnego przedsiębiorstwa. Rozkręcenie biznesu w tych czasach było niezwykle trudne. Zajął się organizacją i zarządzaniem. Początkowo państwowych jednostek: Branżowego Ośrodka Informacji Naukowej, Technicznej i Ekonomicznej, Zakładu Ortopedycznego oraz Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Wszędzie zajmował stanowiska dyrektorskie i kierownicze.

W 1989 roku, gdy tylko weszła ustawa ministra Mieczysława Wilczka, otworzył własną firmę konsultingową.

— Można było wtedy robić wszystko, co nie było prawnie zabronione. Balcerowicz bez tej ustawy nie dałby rady tak szybko wdrożyć swoich reform — ale to moje zdanie — mówi.

W 1996 roku rozpoczął pracę w Business Centre Club. Dwa lata później zaczął szkolić biznesmenów i menedżerów.

— Czułem niedosyt wiedzy, ale też czuli go inni. Już nie wystarczały nam kilkudniowe zajęcia. Zorganizowałem podyplomowe studia dla członków BCC: zarządzania firmą i zasobami ludzkimi oraz Executive MBA. Dzięki temu zdobyliśmy rozległą wiedzę menedżerską — opowiada Krzysztof Kryska.

Według potrzeb

— Na początku lat 90., kiedy zaczęliśmy organizować studia podyplomowe dla menedżerów, 80 proc. studentów to była najwyższa kadra zarządzająca. Teraz —głównie ci, którzy aspirują do tej pozycji, oraz kobiety. Sądzą, że dyplom ukończenia prestiżowego kursu jest jednoznaczny ze zrównaniem ich pozycji finansowej i zawodowej z mężczyznami — mówi prof. Krzysztof Obłój.

Coraz więcej menedżerów się dokształca. Na studiach podyplomowych na kierunkach informatycznych, prawie, ekonomii.

— Zmieniają się tendencje i style zarządzania. To nie tak, że jak ktoś zna się na zarządzaniu, to niczego nowego już się nie dowie — twierdzi dr Jerzy Kowalski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

— Nowe wyzwania stawia menedżerom przystąpienie Polski do Unii. Muszą nauczyć się konkurencji w biznesie, zdobywania nowych rynków zbytu dla swoich towarów, nowego prawa unijnego. Studia dla menedżerów to jeszcze jedna korzyść — poznaje się ludzi na stanowiskach, z którymi można robić biznes — sumuje.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Monika Witkowska, Agnieszka Kobylińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu