Restauracja Sekret na warszawskiej Starówce zwabiła nas pieczoną kaczką podawaną wprost z piekarnika. Zamówiliśmy ją dzień wcześniej na 19.45 (by nie robić kłopotu).
Przybyliśmy sporo przed czasem, by skosztować przystawek. Niektóre od dawna mieliśmy na oku. W szczególności węgorza (Mazura z Mazur) w przekładance z łososiem i carpaccio z sarny. Mazur smakowo był grzechu warty. Dla towarzystwa w kieliszku zaproponowano mu wino z Izraela. Sauvignon blanc — Ramat Arad, 2005, Carmel. Początkowo mieliśmy wątpliwości, czy się sobie w Sekrecie spodobają. Biały Izraelczyk miał już przecież swoje lata, choć może nie całkiem jeszcze biblijne. Ku naszemu zdziwieniu związek okazał się zaskakująco udany. Może dzięki koperkowi i cytrynie, mile patrzącym z talerza na wino.
Z hukiem wtargnęło carpaccio z sarny, obficie spryskane oliwą z truflami. Przybyło w sosie z jagód, obsypane delikatnym oscypkowym śnieżkiem. Zwiewnie zawirowało przed nami napuszoną roszponką w zielonych kaparowych koralikach. Zasugero- wano Chianti Colli Senesi, 2007, Bichi Borghesi
(99 zł). Gdy posmakowaliśmy je z sarniną po napowietrzeniu, zrobiło się przyzwoicie. Pod jednym wszelako warunkiem. Roszponka musiała pokornie siedzieć na ławce karnej. Bo gdy przez nieuwagę udało się jej czasem wymknąć spod kontroli — Chianti gorzkniało ze wściekłości.
Wybiła za piętnaście ósma. Zamówiona kaczka bezpardonowo gotowała się do wejścia na stół. Przybyła piękna, rumiana, w powiewach majeranku. Delikatnie gdzieś wcześniej maźnięta miodem. Co ciekawe, bez żadnych jabłkowych wypełnień brzuszka. Zniewoliła nas swą piekarnikową młodością. Kulinarny unikat — żaden tam restauracyjny odsmażalec. Wlaliśmy jej do dzióbka czekające w pogotowiu Chianti. Wyraźnie chciała kwaknąć z radości, ale chyba się czymś zakrztusiła. Prawdopodobnie żurawiną. Mogliśmy więc obserwować w ciszy, jak się usilnie stara stworzyć udaną parę z nieco wieśniaczym Chianti.
Zaraz potem podano sandacza — wyraźnie urażonego pierwszeństwem na stole pieczonej kaczki. Był to chyba najlepszy sandacz, jakiego jedliśmy ostatnimi czasy na całym warszawskim Starym Mieście. Soczysty, bez ości, a do tego w śmietanowym sosie
pełnym maleńkich kurek. Z dyskretną nutką koperku. Zalotnie otulony ziemniaczanym puree w naleśnikowej woalce. Czekający w pogotowiu Izraelczyk rzucił się na sandacza zaborczo. I został dumnie i stanowczo przez rybkę odepchnięty. W naszym mniemaniu zbyt łapczywie zaatakował sandacza za dużymi haustami. Szybko (i inteligentnie!) zmienił jednak taktykę. Gdy po niedługiej chwili przymilał się do naszej ryby w śmietanowym sosie już tylko małymi łyczkami, coś między nimi zaczęło przyjemnie iskrzyć. Więcej. Pod koniec było słychać nawet piski i radosne mlaskanie.
Sekret słynie z potraw tradycyjnej kuchni polskiej. Na deser podano więc swojskie drożdżowe racuchy. I to podano jak trzeba — z jabłkami. Odnieśliśmy wrażenie,
że wokół jabłoni, na których wyrosły, musiały kiedyś latać wypasione pszczoły. Najlepszy na to dowód, że racuchy z jabłkami
wyraźnie zażądały
w kieliszku polskiego
miodu pitnego. Gdy go podano od razu zaczęły tańczyć oberki. I to do białego rana. Wieczór na warszawskiej Starówce z natury rzeczy musiał się nam trochę
przedłużyć…
Miód pitny idealnie się
komponuje smakowo
z drożdżowymi racuchami.
Z jabłkami.
Restauracja Sekret kryje się
w przepastnych
XVI-wiecznych piwnicach tuż przy rynku Starego Miasta.
