Mimo problemów politycznych indeksy na GPW nadal rosną

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-04-19 00:00

Inwestorzy zagraniczni kupują polskie akcje, korzystając z osłabienia złotego. Wierzą, że jakiś program oszczędnościowy zostanie w końcu przyjęty.

Z Ameryki

Giełdy w USA po świętach działały normalnie, czyli przez pięć dni. Inwestorów już w poniedziałek przestraszył Robert Parry, szef Fed z San Francisco, mówiąc, że oficjalne stopy procentowe będą dążyły ku poziomowi 3,5 proc. (teraz 1 proc.), jeśli inflacja utrzyma się w przedziale 1-2 proc. (prognozy mówią o wzroście w ciągu roku o 1-1,5 proc.). Dzieła dopełniły dane o rosnącej inflacji, o doskonałych indeksach Fed z Nowego Jorku i Filadelfii (na tym tle trochę dziwnie wyglądał spadek produkcji przemysłowej) i zbyt dobre dane o sprzedaży detalicznej (jeśli nie uwzględniać sprzedaży samochodów, dynamika wzrostu była największa od czterech lat).

Konsumenci natychmiast wydawali pieniądze ze zwrotu podatków, pomagając w ten sposób gospodarce. Bardzo to patriotyczne, ale krótkowzroczne: bardziej sensowne byłoby zmniejszanie zadłużenia. Te dane były kolejnymi, po marcowym raporcie o rynku pracy, sygnałami zbyt szybkiego wzrostu gospodarki. Zbyt szybkiego jak na stopy procentowe utrzymywane na poziomie najniższym od ponad 40 lat. Powstała kuriozalna sytuacja: dobre dane okazały się niekorzystne dla rynku akcji.

Fed ma problem: dobre dane wymuszają wzrost rynkowych stóp procentowych i podnoszą cenę kredytu, odbierając w ten sposób bankowi broń, której mógłby użyć, gdyby sytuacja gospodarcza nagle się pogorszyła. A pogorszyć się może, bo gospodarka nadal jest na krawędzi. Jeden miesiąc wzrostu zatrudnienia niczego nie zmienia. Indeks nastroju Uniwersytetu Michigan spada, a wykorzystanie potencjału przemysłowego jest nadal niewielkie.

Nie tylko w USA zaczęto niepokoić się wzrostem rynkowych stóp procentowych. W Chinach marcowa produkcja przemysłowa wzrosła o 19,4 proc. (najwięcej od ponad roku), a PKB w pierwszym kwartale wzrósł aż o 9,7 proc. To zmusi również rząd chiński do działania. Jak widać, nie wystarczyło drugie w ciągu miesiąca podniesienie przez Ludowy Bank Chin rezerw obowiązkowych dla banków komercyjnych. Co prawda szef banku powiedział, że na razie nie ma planów podwyżki stóp, bo nie wyczerpał środków, którymi może ochłodzić gospodarkę, ale nie ulega wątpliwości, że w tym roku plany zmieni, a za Chinami pójdzie cała Azja.

Stephen Roach z Morgan Stanley w ostatnim swoim komentarzu „Cienie roku 1994” zwrócił uwagę na to, że 10 lat temu Chiny również przeżywały cykliczne ożywienie, a w USA kończył się okres niskich stóp procentowych. Przez cały rok na giełdzie trwał trend boczny. Teraz jest jednak nieco inaczej. W odróżnieniu od okresu sprzed 10 lat inflacja jest bardzo mała. A wpływ Chin na światową gospodarkę jest nieporównanie większy: ich udział w światowym PKB zwiększył się z 2,1 proc. w 1994 r. do 3,9 proc. w 2003 r. Poza tym w USA nigdy jeszcze rząd i bank centralny nie wpuściły do gospodarki takiej ilości gotówki. Początek cyklu podnoszenia poziomu stóp procentowych tym razem wywoła na giełdach powrót do bessy, a nie stagnację. Ale na to jeszcze trochę poczekamy...

W nadchodzącym tygodniu będzie mało ważnych danych makroekonomicznych, za to na rynek dotrze bardzo dużo raportów kwartalnych spółek. Tym razem to olbrzymi pozytyw dla obozu byków. Dobre dane makro nie będą podnosiły rynkowych stóp procentowych, złe nie będą straszyły, a dobre wyniki i prognozy spółek pomogą wzrostom. Poza tym rynek jest zmęczony dyskontowaniem wyższych stóp i teraz zacznie się mówić, że dane są znakomite, a 25 pkt podwyżki nic nie zmieni.

Administracja i Fed postarają się, by rynek nie zawalił się przed wyborami. W środę pojawi się Alan Greenspan i zapewne uczyni wszystko, by rynków nie wystraszyć. Problem w tym, że często mu się to nie udaje. Już słyszymy od sekretarza skarbu, że rosnąca inflacja jest dobra dla budżetu państwa, bo zmniejszy potrzeby pożyczkowe, a zatem i rynkowe stopy procentowe. To tylko część prawdy. Potrzeby pożyczkowe będą dużo wyższe od zakładanych (choćby z powodu wojny w Iraku) i wzrost inflacji tego nie wyrówna. Poza tym wzmacniający się dolar będzie tę inflację zmniejszał.

Nawet, jeśli rzeczywiście w nadchodzącym tygodniu giełdy wypracują jakiś wzrost (bardziej sensowne byłoby wejście rynku w trend boczny), nie zmieni to wyraźnego sygnału, jaki daje międzyrynkowa analiza techniczna: w tym roku skończy się korekta bessy XX wieku. Pozostaje pytanie, czy przedtem indeksy ustanowią nowy szczyt. Wydaje się to mało prawdopodobne, ale gotówka nadal wpływa do funduszy, więc nie można tego całkiem wykluczyć. Byłby to jednak łabędzi śpiew byków.

Z Polski

Poświąteczny, krótszy tydzień przyniósł kolejny wzrost indeksów. Jednak tylko wtorek był bardzo dobry dla inwestorów. Potem zaczęły się problemy na giełdach w USA i w naszej polityce. Nastroje siadły, ale i tak niedźwiedzie, których przed świętami było prawie 50 proc., nie miały racji. Martwi to, że na rynku węgierskim i czeskim tydzień zamknął się spadkami indeksów. Czyżby wtorkowe uderzenie popytu na nasz rynek było atakiem spóźnionych inwestorów? Problem w tym, że trwa piąta fala Elliotta (ostatnia przed długą bessą), a ona może się skończyć bez ostrzeżenia.

Niestety, na rynek ciągle wpływa polityka. Marek Belka nadal próbuje sklecić rząd i dzięki zaskakującej decyzji Józefa Oleksego jego szanse wzrosły. Oleksy chciałby wystartować w przyszłym roku w wyborach prezydenckich, a stanowisko marszałka Sejmu jest doskonałą pozycję startową. Media go poprą, jeśli — co bardzo prawdopodobne — spotka się on w drugiej turze z Andrzejem Lepperem. Józef Oleksy, akceptując propozycję objęcia funkcji marszałka, nie zostawił SLD wyboru: ma tylko Marka Belkę.

Wciąż aktualna jest alternatywa: albo rząd Belki, albo nowe wybory. Jeśli uda się uzyskać poparcie Sejmu, to taki rząd będzie słaby, podatny na ataki i zostanie powołany dzięki „koalicji strachu” — posłom, którzy boją się, że w nowych wyborach do Sejmu się nie dostaną. Ale dla giełdy to plus — rynki finansowe będą zadowolone. Szczególnie, że Marek Belka zapowiedział już, iż nie utworzy rządu bez Jerzego Hausnera.

Rynki finansowe muszą jednak pogodzić się ze zmianą planu Hausnera. Mało tego, sam prof. Hausner musi się z tym pogodzić. Pisałem kilka tygodni temu, że jego plan jest wart tyle, ile papier, na którym go napisano, bo partie muszą teraz walczyć o elektorat, a nie da się tego robić, popierając plan cięć socjalnych. Widać to bardzo wyraźnie: wycofuje się z poparcia PO, a SdPl stara się być bardziej lewicowa od SLD (czymś musi się przecież różnić). Groźne to jest nie z powodu przekroczenia konstytucyjnych progów zadłużenia (wystarczy wszak zmienić sposób jego liczenia na unijny), a dlatego, że agencja Standard&Poor zagroziła zmianą ratingu Polski. Poza tym NBP prognozuje, że ograniczenie skali oszczędności z programu Hausnera wpłynęłoby na spadek wartości złotego oraz wzrost rentowności obligacji. To już przekłada się na spadki cen obligacji i osłabienie naszej waluty.

Po raz pierwszy od wielu lat warto pochwalić posłów, i to z klubów, które rzadko na to zasługują. W debacie sejmowej PSL zaproponował uchwalę wzywającą rząd do przejścia na unijny system liczenia długu (ESA-95). Wicepremier Hausner zdenerwował się, udając że sądzi, iż posłowie chcą tej zmiany zamiast reformy finansów. A przecież chodzi tylko o to, by reformę robić w spokojnej atmosferze (bo finanse reformować trzeba), a nie pod presją nadciągającej katastrofy. Pytanie, czy posłowie nie zaczęli działać za późno? Przy okazji wicepremierowi wypsnęło się, że od przyszłego roku i tak przejdziemy na nowy system liczenia długu. Z tego wniosek, że w 2005 r. problemu przekroczenia konstytucyjnych limitów już nie będzie. Trzeba było więc już w tym roku zmienić system i nie byłoby katastroficznych wypowiedzi szkodzących złotemu, obligacjom i gospodarce, a reformę byłaby robiona w spokojnej atmosferze. Mądrzejsi inwestorzy zagraniczni dobrze wiedzą, że jakiś program reformy finansów zostanie zaakceptowany, a zmiana sposobu liczenia długu jeszcze przez wiele lat nie spowoduje przekroczenia konstytucyjnych limitów. I właśnie ci inwestorzy kupują u nas akcje, korzystając ze zdecydowanie zbyt słabego złotego.

Ciekawe opinie przedstawił ostatnio bank inwestycyjny Morgan Stanley. Jego analitycy uważają, że wzrost gospodarczy okaże się hamulcem powstrzymującym populistów. Niestety, mylą się. Ożywienie pomaga tylko bardzo wąskiej grupie. Przy obecnych neoliberalnych zasadach nie ma możliwości, żeby poprawił się los większości. Morgan Stanley jest bardzo łaskaw dla 10 nowych krajów unijnych. Określa je mianem „tygrysów rozszerzonej UE”, twierdząc, że będą się rozwijały dużo szybciej niż stare kraje unijne. Nic dziwnego, że po tych ocenach fundusze zbierają dużo gotówki do inwestowania na giełdach tygrysów. Dopóki takie będą nastroje międzynarodowej finansjery, rynki regionu będą przeżywały tylko korekty w trendzie wzrostowym.

Korekta może się i nam przytrafić, ale nie oczekuję dramatu. Wigometr nadal daje bardzo „niedźwiedzie” wskazania (25 proc. byków i 40 proc. niedźwiedzi). Co prawda niedźwiedzi nie ma więcej niż 50 proc., ale wystarczająco dużo, by nie obawiać się nagłego przejścia w bessę. Nadal najbardziej prawdopodobne jest wspinanie się indeksów po ścianie strachu w oczekiwaniu na wyniki kwartalne spółek. Dla byków ważne jest przetrwanie w dobrej formie początku tygodnia. To pokazałoby, że sytuacja polityczna ma niewielkie znaczenie i wzmocniłoby popyt. Oczywiście przy założeniu, że w USA indeksy rzeczywiście wzrosną, albo wejdą w trend boczny.