Ministudium jabłka i jabłoni

Ewa Woydyłło
opublikowano: 2007-11-30 00:00

Rodzice najczęściej karcą dzieci, bo są nieposłuszne. Powód? Na ogół przekraczają zakazy lub nie wypełnianiają poleceń w rodzaju: „umyj rączki”, „posprzątaj klocki”, „nie wybiegaj na jezdnię”, „odrób lekcje”, „nie pal papierosów”, „wracaj do domu przed ósmą”...

AAle rodzice martwią się i innymi rodzajami nieposłuszeństwa. „Mój synek, choć ma dużo zabawek, wyrywa je innym dzieciom” — skarży się jedna mama, a jakiś tata żali się: „Co jest z naszymi córkami? Bez przerwy się kłócą, biją, awanturują. Gdybyśmy nie pilnowali, chyba by się pokaleczyły”. Innym razem potomstwo stresuje i denerwuje rodzicieli, bo jest flegmatyczne albo nie usiedzi spokojnie ni chwili. Niekiedy zaś latorośle kłamią albo „wszystko psują”, albo „tylko by ganiały za piłką”, albo odwrotnie — najchętniej gnuśnieją na kanapie z torbą czipsów.

Winna, winni, winne

Co uderza najmocniej w skargach rodziców? Coś w rodzaju zaskoczenia, nuta zawodu i rozczarowania. Jakby ich dzieci miały być dopasowane do planów i wyobrażeń rodziców, a okazały się raptem odmieńcami bez znaku jakości. Stąd pretensje. Rodzice zgłaszają je do dzieci, często też do siebie nawzajem — ojcowie do matek, matki do ojców, niekiedy mieszając w to innych dorosłych i niedorosłych. „To przez nadopiekuńczą babcię dziecko stało się lękliwe i chorowite”, „Zła szkoła i źli nauczyciele sprawili, że moje dziecko nie chce się uczyć”, „Wykoleili moje dziecko zdeprawowani koledzy”. I tak dalej... Lista winowajców może być długa.

A tymczasem nawet na bezludnej wyspie, bez złej ani dobrej szkoły, bez zbyt ciepłej lub zbyt zimnej babci, bez kolegów i gier komputerowych, rodzice dostaliby dziecko, które mogłoby być kompletnie do nich niepodobne. Co gorsza, mogłoby się okazać zupełnie niepodatne na ich zabiegi uczynienia z marzyciela — realisty, z bałaganiarza — porządnisia, z leniucha — pracowitego wyczynowca. To może niewesoła refleksja, ale jedyna właściwa: zamiast rozczarowań przeżywać z dziećmi to, co z innymi ludźmi, z którymi zamierzamy się zaprzyjaźnić. Najpierw powinniśmy okazać zainteresowanie i chęć poznania. Dowiedzmy się jak najwięcej o tym, jakie to nasze dziecko jest, co mu sprawia przykrość, a co przyjemność, co lubi, czego się boi, w czym jest sprawne, a w czym nie. Jakie ma mocne strony, co warto pielęgnować i rozwijać, a przed czym chronić i bronić.

Geny zrządziły

Choć wielu znas wołałoby myśleć inaczej, to rodzice mają niewielki wpływ na charaktery dzieci. Przecież nigdy nie wiadomo, jakie dziecko komu się urodzi. Warunki bytowe, zdrowie, szanse edukacyjne, mowę i akcent, maniery przy stole — to jeszcze (w jakimś stopniu) rodzice mogą kształtować i kontrolować. Ale to, kim naprawdę okaże się osoba, która od chwili urodzenia na długo z nami zamieszka, zależy od nieskończonej kombinacji „tasowania i rozdania kart” — mówiąc metaforycznie lub — bardziej dosłownie — od tego, jaki plemnik z jakim jajeczkiem zrobią zaczyn nowego człowieka. Genetycy udowodnili, iż w owych mikroskopijnych zalążkach życia mieszczą się nieobliczalne i niewyobrażalne determinanty uzbierane przez pokolenia — po to, żeby ten jeden raz, gdy się spotkają, pojawić się w postaci niepowtarzalnych cech nowej istoty.

A zatem: czy nasze dziecko okaże się pogodne czy neurotyczne, hojne czy chciwe, ciekawe czy nudne, przebojowe czy nieśmiałe albo dowolnie takie czy inne — najczęściej nie zależy od wychowawczych starań rodziców. Ani też, w co jeszcze trudniej uwierzyć, od tego, jakimi ludźmi owi rodzice są. Szczególnie wyraźnie to widać, gdy w rodzinie jest więcej niż jedno dziecko. Siostry i bracia mogą między sobą się różnić bardziej niż koleżanki i koledzy, z którymi poszczególne dzieci zaprzyjaźniają się już w przedszkolu. W tej trochę przypadkowej niepowtarzalności mieszczą się też oczywiście dzieci-klony, tak podobne do któregoś z rodziców albo tak identyczne z rodzeństwem, że nic w nich nie zaskakuje, wszystko jest znane i zrozumiałe. Bo one odczuwają i przeżywają podobnie, mają takie same zamiłowania i pod żadnym względem nie odbiegają od rodzinnego wzoru. Ich rodziców cechuje wtedy większy spokój, a mogą sobie nań pozwolić, bo — znając siebie — tak jakby znali swoje identyczne dzieci. To o nich mawia się, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Pogodzić się

Niektóre jabłka padają jednak daleko, a wskutek nieprzewidzianych okoliczności mogą potoczyć się jeszcze dalej, tak że trudno w ogóle zgadnąć, z jakiej jabłoni wyrosły… Dlatego, absolutnie z praktycznych powodów, nie ma co nawet próbować urabiać naszych dzieci na nasze podobieństwo. Nie powtarzajmy im z wyrzutem: „ja w twoim wieku…”, ponieważ ja-matka czy ja-ojciec jesteśmy i byliśmy najprawdopodobniej innymi ja niż nasza córka lub syn. Ich inne ja wcale nie musi być gorsze. Wszak inne nigdy nie powinno oznaczać gorsze. Żeby właśnie nie było gorsze, trzeba temu innemu ja okazać szacunek i akceptację. Cóż bowiem dziecko zawiniło, że — na przykład — mniej od mamy lubi czytać książki, a bardziej oglądać telewizję. Albo że nie lubi grać na skrzypcach (jak tata), a za to woli na perkusji. Że nie lubi słuchać z rodzicami Wagnera czy Mahlera, a uwielbia Kasię Nosowską albo U2.

Rodzice nie muszą młodzieżowej muzyki koniecznie polubić, ale nie powinni pogardzać gustem dzieci. Jest w tej sprzeczności pewna szansa, jak w każdej sprzeczności zresztą. Otóż pod jednym dachem trudno raczej słuchać jednocześnie Pierścienia Niebelungów i krzykliwych pień popowych artystów. Ale na zmianę już można. No i tego właśnie w rodzinie najbardziej trzeba się nauczyć...

I podobnie: trudno mieć w całym domu jednocześnie bałagan i porządek. Ale na swoim biurku i tapczanie, tudzież na swoich półkach w szafie — już można indywidualnie pielęgnować swój porządek albo swój bałagan. Rodzina, która to rozumie i z tym się godzi, to zwykle familia uśmiechnięta i bardzo się kochająca.

A żadnej innej sobie przecież nie życzymy. Naszym dzieciom — tym bardziej. l

Możesz zainteresować się również: