Miss Polonia na pomoście

Karolina Guzińska
28-05-2004, 00:00

Zima 1948/49 r. Sztormy tak poważnie uszkodziły molo, że władze skazały zabytek na zagładę. Po co ratować świadka burżuazyjnej historii miasta?

Szczęście, że partyjna wierchuszka chętnie w Trójmieście bywała...

— Bolesław Bierut, prezydent PRL — namówiony na spacer po molo — uratował je. Osobiście! Bo zdecydował, że z centralnego budżetu popłynie 35 mln zł na odnowę drewnianego pomostu. Wszak to unikat w europejskiej skali! — opowiada Wojciech Fułek, wiceprezydent Sopotu.

Molo odrestaurowano i już w 1956 r. odbył się tu pierwszy w PRL konkurs piękności — wybory Miss Polonia...

Dzisiaj nikt — ani sopocianin, ani turysta — nie wyobraża sobie miasta bez XIX-wiecznej konstrukcji, wchodzącej głęboko w morze. Półkilometrowe drewniane molo — jedno z najdłuższych w Europie — w plebiscycie na najpopularniejszy obiekt nadmorskiego kurortu wygrało w cuglach (około 80 proc. wskazań). Wyprzedziło Operę Leśną, „Monciaka”, sanatoria...

Wspomnień czar

Na biurku wiceprezydenta Sopotu lądują grube koperty wypchane zdjęciami z rodzinnych albumów. Fotki z molem w tle. To odpowiedź na apel Wojciecha Fułka i plastyka Macieja Szemelowskiego, autorów „Krótkiej historii nieskończoności” — pierwszej monografii, poświęconej słynnemu pomostowi.

— Dlaczego molo? Jest ważne dla tożsamości miasta. Znane w Polsce i poza granicami. Ma pasjonującą historię, a nie doczekało się monografii. Jedynie hasła w „Bedekerze sopockim” Franciszka Marmuszki — tłumaczy Wojciech Fułek.

Dotarł do zdjęć archiwalnych i przedwojennych pocztówek, zapisanych pozdrowieniami z Sopotu i relacjami z pobytu tamże. Równie pasjonujące są fotografie z lat 40., 50. i późniejszych, wyciągane z rodzinnych archiwów. Dokumentują zmiany na molo i w okolicach. IIustrują kolejne dekady: w latach 60. fotografowano się w samochodzikach, które zastąpiły białego niedźwiedzia z lat 50. itd.

— Dostaliśmy też zdjęcia od znanych osób — Nina Andrycz zgromadziła pokaźną kolekcją fotografii na molo. Ofiarowała je muzeum miejskiemu w Sopocie i zgodziła się na ich publikację — dodaje Wojciech Fułek.

Czasem ludzie dołączają wspomnienia — to z relacji sopocian wiceprezydent miasta dowiedział się, że w 1945 r. — już po wkroczeniu Armii Czerwonej do Gdańska — przy molo cumowała niemiecka łódź podwodna. I ponoć do połowy tego roku wokół mola leżały trzy zatopione niemieckie jednostki wojenne. Historia pomostu zapisała również krwawe karty — w 1945 r. Rosjanie rozstrzeliwali tu mieszkańców Trójmiasta...

— Ciekawostką mało znaną jest „rola” molo w niemieckiej wersji „Titanica” z lat II wojny światowej. Fragmenty tego propagandowego filmu — jedyną pozytywną postacią jest niemiecki oficer — wykorzystano w angielskiej produkcji nakręconej w latach 50. — dodaje wiceprezydent Sopotu.

Przed wojną zaś po Trójmieście krążyły pogłoski, że bankruci — spłukani w kasynie gry — odbierali sobie życie, rzucając się w toń z mola. Legendy te nie znajdują jednak potwierdzenia w kronikach policyjnych...

— To plotki, rozsiewane przez ówczesną prasę. Samobójstwa niewolników hazardu, owszem, zdarzały się, ale w alei prowadzącej od Kasino-Hotel (dzisiejszy Grand Hotel) w stronę Orłowa. Desperaci wieszali się na latarniach, stąd potoczna nazwa ulicy: Aleja Wisielców. Codziennie rano specjalny pojazd magistratu jeździł sprawdzać, czy ktoś nie wisi... — twierdzi Marek Klat z wydawnictwa Oficyna Pomorska.

Z rozbudową mola i postawieniem obecnego Grand Hotelu — w 1927 r. — wiąże się potężny skandal...

— Otóż najdłużej panujący burmistrz Sopotu, dr Eric Laue, okazał się defraudantem! Dostał środki na obie inwestycje — renowację mola przeprowadził, za to pieniądze na wyposażenie hotelu — sprzeniewierzył. W kasynie. Wszystko postawił na czarne — a wyszło czerwone... Złapali go. W więzieniu się powiesił — opowiada Marek Klat.

Obiekt artystyczny

Molo zawsze fascynowało twórców. Już w 1859 r. poetka Deotyma — czyli Jadwiga Łuszczewska — opublikowała w „Tygodniku Ilustrowanym” jego romantyczny opis. Także Michał Elwiro Andriolli, jeden z najwybitniejszych XIX-wiecznych rysowników polskich — autor cykli rysunkowych inspirowanych wycieczkami po kraju — zamieścił w tygodniku „Kłosy” wrażenia z Sopotu. A — jak zapewnia Marcin Kulwas z działu marketingu PTH Kąpielisko Morskie Sopot, firmy, która użytkuje molo na podstawie umowy zawartej z zarządem miasta — współcześni artyści cenią sobie występy w nadmorskim kurorcie.

— To wdzięczny, estetyczny, fotogeniczny obiekt. Kilka razy gościliśmy m.in. Andrzeja Smolika, Kayę, Reni Jusis... Wiem z drugiej ręki, że Björk uznała swój koncert na sopockim molo za najlepszy z 7 na europejskiej trasie. Była zachwycona i obiektem, i atmosferą koncertu, na który przyszło 12 tys. widzów. Zadowolony był też zespół Morcheeba. Zamieścili na okładce swojej płyty zdjęcie mola — tyle że tego w Gdyni-Orłowie... — wspomina Marcin Kulwas.

Zapewnia, że widownia nie rozrabia — choć pomost mieści 15 tys. ludzi, a czasem przychodzi 50 tys. (jak na inaugurację działalności polskiej stacji MTV w lipcu 2000 r.); nie ma bijatyk ani awantur. Ci, co się nie mieszczą na molo, lądują na plaży.

— Może ten spokój to wpływ morza i dobrej muzyki? Na molo nie ma przymusu słuchania — kto się znudzi, może iść na spacer i wrócić, kiedy zmieni się wykonawca — zastanawia się Marcin Kulwas.

Przez cały rok pomost tętni życiem — choć od maja do września wstęp kosztuje: za najdroższy bilet płaci się 3,3 zł (mieszkańcy Sopotu od tego roku mają sezonowe karty w cenie 15-30 zł, sopoccy emeryci wchodzą za darmo).

— Molo to nie tylko miejsce imprez muzycznych. To cały zespół rekreacyjny. W zimie jest tu lodowisko, latem — m.in. wystawa figur woskowych. W tym sezonie szykuje się dodatkowa atrakcja — na plaży w Sopocie, między molo a Grand Hotelem, powstaje fokarium — zapowiada Marcin Kulwas.

Powrót do korzeni

Pomysłów, jak uatrakcyjnić molo, było wiele. Czasem mocno chybionych.

— Jedna z takich abstrakcji, to projekt budowy kolejki linowej z mola na wierzchołek Łysej Góry nad Sopotem. Do realizacji nie doszło, ale ta idea co jakiś czas odradza się i umiera śmiercią naturalną — mówi prof. Marek Sperski z Wydziału Oceanotechniki Politechniki Gdańskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Sopotu.

Wszystko wskazuje, że na molo — za jego boczną odnogą — powstanie marina z miejscami dla 65 jachtów. To nawiązanie do tradycji, bo jeszcze w międzywojniu pomost był też przystanią. Stąd startowały statki do Kłajpedy, Piławy... Cumowały przy nim nawet jednostki, zabierające na pokład po 1,5 tys. pasażerów. Po wojnie mariny zabrakło. Ale raz molo posłużyło za przystań...

— W grudniu 1970 r. transatlantyk Stefan Batory nie mógł wpłynąć do Gdyni — zamknięto porty. Pasażerów dowożono łodziami do mola w Sopocie — wspomina Wojciech Fułek.

Wiceprezydent Sopotu ma nadzieję, że znaczna część z prawie 20 mln zł potrzebnych, by zbudować przystań, pochodzić będzie ze środków unijnych. Twierdzi, że inwestycja to konieczność — częścią mariny ma być falochron chroniący molo przed sztormami. Inaczej — średnio co 10 lat — trzeba je budować od nowa.

— Inne pomysły rozwiązania problemu żeglarzy były zbyt drogie — jak sztuczna wyspa, albo zbyt skomplikowane — jak pływający port pontonowy. Marina na molo to logiczne wyjście. Pomost zawsze był związany z żeglugą. Wystarczy spojrzeć na stare pocztówki — przekonuje Wojciech Fułek.

Projekt budzi jednak kontrowersje: żelbetowy falochron naruszy charakter mola.

— Duża, betonowa przystań zniszczy zabytek! Owszem, wzmocni molo, ale zmieni jego spacerowe przeznaczenie. Trzeba przecież doprowadzić do mariny kanalizację, dostarczać jachtom paliwo... Lepsze miejsce na przystań to ujście Śmiałej Wisły w Gdańsku — argumentuje prof. Marek Sperski.

A co mówią zwolennicy mariny?

— Odważny pomysł, a takie zawsze były krytykowane. Nawet budowa Domu Zdrojowego w 1910 r., czy rozbudowa mola w 1927 r. — uważa Marek Klat.

Władze miasta złożyły w urzędzie marszałkowskim dwa projekty związane z molem: jego modernizacji i budowy portu. Tym razem Ministerstwo Gospodarki poparło Sopot — nie tak jak zimą 2002/03, kiedy miasto starało się o środki unijne na renowację pomostu. Wówczas ministerialni oficjele nie uznali mola za zabytek wystarczającej klasy. Miasto nie mogło czekać — naprawiło konstrukcję własnym sumptem. Teraz ma być inaczej. Zobaczymy. Wszystko się rozstrzygnie do końca 2004 r.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Miss Polonia na pomoście