Motoherosi

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2016-06-28 22:00

Dziś prawdziwych zdobywców szos już nie ma. Padają ich ostatnie bastiony.

W żłoby mi dano. W głowie mi się zatem kręci. Oczopląs i spocone rączki. Mam ochotę biegać od jednego do drugiego oraz do piątego i siódmego. Tu… albo nie, lepiej tam. Trochę tym… albo teraz tym. O rany! A ten ma manualną przekładnię. Cholera! Kolega mnie uprzedził. O! Kabriolet wolny… a nie, już nie. — Zostaw, to turbo S! — …a niech będzie Carrera. Też zajęta! Tak było podczas premiery odnowionego Porsche 911. Ganiałem między podstawionymi do jazd samochodami jak w poszukiwaniu toi-toia po kefirze i ogórkach. Ganiali moi koledzy po fachu. Niestety, to łabędzie ganianie było. I to bez śpiewu.

Zmiana pokoleniowa

Generalnie nie jestem przeciwko zmianom. Czasem trudno mi się odnaleźć w świecie, w którym nie mogę zapalić papierosa, gdyż nie jest naładowany, a naładować go nie mogę, bo ładuje się książka.

Ale przeciwny nie jestem. Bo bycie przeciwnym to trochę jak z kijkiem i odwracaniem biegu rzeki. I choć smutno mi się robi, gdy widzę, jak trzyletnia córka przyjaciela od kilku minut próbuje zmienić zdjęcie w drukowanym magazynie, posługując się ruchem kciuka stosowanym przy obsłudze tableta, to nic z tym zrobić nie mogę. Może i uda mi się jej wyjaśnić, że to druk. Taki przedpotopowy tablet. Ale przekonać, że to też fajne, to już nie. Zresztą nawet gdyby, to byłaby to tylko jedna przekonana córka. A takich córek i synów są miliony. I starsi z nich już zaczęli kupować samochody.

Nic dziwnego, że auta się zmieniają. Również sportowe. Również ikony. Również „dziewięćsetjedenastka”. Ale w jej przypadku zmiany bolą. Bardziej niż uderzenie małym palcem stopy w nocną szafkę. Bo 911 to nie tylko oznaczenie modelu. To motoryzacyjny wzór. Definicja i południk. Do 911 odnosi się wszystko. Wszystko się do niej porównuje. Jest bardziej miarodajna niż indeks BigMaca. Jest jak wzór metra czy kilograma. I powinna leżeć w Sevres. Ale nie leży. I dlatego — jak inne motoryzacyjne ikony — zmienia się, by przekonać do siebie np. córki różnych przyjaciół, które jako maluchy wydrapują dziury w drukowanych zdjęciach.

Izolacja czy ułatwienie

Z mojej perspektywy (wujka trzylatki) współczesne auta izolują kierowcę od esencji motoryzacji. Zabierają możliwość walki, zniechęcają do nabierania umiejętności. Konie mechaniczne zdają się być tylko stadem do udowadniania wyższości nad innymi, a nie siłą pociągową, z którą trzeba się zmierzyć. Uważam, że na pozycję trzeba sobie zasłużyć umiejętnościami, talentem. Nie ma (dotychczas nie było) dróg na skróty. Wyjść z poślizgu można było tylko wtedy, gdy się tę sztukę opanowało. Dzisiaj z poślizgu wychodzi za ciebie asystent. Do szybkiej jazdy potrzebna była odwaga, pieniądze i sprawne ręce — dzisiaj wystarczą pieniądze. Tak to widzę.

A jak to wygląda z perspektywy córki przyjaciela? Gazeta z nieprzesuwanymi obrazkami jest nudna. Złości i można się nią skaleczyć. Zabawa na trzepaku? A co to jest trzepak? A zresztą wątpię, czy przyjaciel wypuściłby swój skarb na podwórko. Wszak tam brudno i łatwo o wypadek. Dla takiej córki samochód — nawet sportowy — ma być jak tablet. Łatwy w obsłudze, uczynny, wspomagający. Czasem (coraz częściej) wykonujący za nią trudne lub wymagające żmudnej nauki czynności. Bo po co się uczyć prowadzenia auta, skoro ono pojedzie za mnie, a z umiejętności prowadzenia nic dla mnie nie wynika? No właśnie, po co? Pewnie dożyję czasów, gdy po torach F1 ścigać się będą roboty. Na razie dożyłem takich, w których doświadczenie, wiedza czy talent przegrywają z wizytówką, na której nazwisko okraszone jest stosownie długą i koniecznie angielską nazwą stanowiska. I to dla właścicieli takich wizytówek stworzono najnowszą odsłonę 911.

Nie będzie o silniku

Z premedytacją i trochę na złość. Tych, którzy kupują 911 dla jego silnika, jest coraz mniej i z pewnością sobie poradzą ze znalezieniem interesujących ich informacji. Całej reszcie wystarczy, że auto jest napędzane tym, co teraz w tej klasie na topie. Oświadczam, że tak właśnie jest. Zresztą Porsche chyba też myśli jak ja, bo po otwarciu pokrywy silnika (jest z tyłu — wiem, to złośliwość, ale chyba konieczna) oczom ukazują się tylko dwa wlewy (oleju i płynu chłodzącego) i nic więcej.

Nie ma nawet bagnetu do sprawdzania poziomu smarowidła. No bo kto dziś (nawet w aucie sportowym) chce zaglądać pod maskę. I po co? Trudne pozostało dziś tylko zdobycie pieniędzy. Reszta ma być łatwa, łatwiejsza niż przed laty. To źle? Nie. To dlaczego się czepiam? A z nostalgii. Tak jak wzdycham do fotograficznej ciemni. Wróćmy do 911. Najnowszego. Tego nie dla motoherosów tylko dla portfelowych krezusów. Taki, kupując legendarny model legendarnej marki, dostaje auto, którym będzie mógł zaistnieć.

Dostaje piekielnie mocne (nawet 580-konne zależnie od wersji) wozidło o niebanalnej sylwetce. Jednocześnie, wydawszy uprzednio między 450 tys. a ponad milionem złotych, nieco nieświadomie zakłada firmę. Firmę, w której jest szefem i zarządza całą masą asystentów. Na pokład 911 w najnowszej odsłonie trafił bowiem nowy Porsche Communication Management System z siedmiocalowym ekranem dotykowym, znacznie ulepszoną nawigacją z monitorowaniem korków i natężenia ruchu oraz integracją z usługami Google Earth i Google Streetview. Do tego kilku asystentów odpowiadających za zmianę pasa ruchu (ostrzega, gdy na pasie jest samochód, którego nie zauważymy), automatyczne hamowanie po kolizji albo dostosowanie prędkości, żeby zachować bezpieczną odległość od samochodu z przodu (Adaptive Cruise Control). Firma ta pracuje na chwałę swojego szefa.

Co więcej — zupełnie jak w prawdziwym przedsiębiorstwie — możesz zatrudniać nowych asystentów. Np. od zabezpieczania tyłów (kamera cofania). Albo cały dział od sportowej jazdy (Sport Chrono), który pozwoli wybrać tryb normalny, sportowy lub sportowy bardziej (sport plus). Dział zarządza innymi asystentami tak, by osiągnąć pożądaną wydajność. Do tego krezus ma coś jak inspekcję pracy — dział od niewpadania w spiralę kredytową... przepraszam — w poślizg.

Kontrola trakcji i stabilizacja toru jazdy są, co prawda, stopniowane (by pozwolić na odrobinę szaleństwa), ale zwolnić jej z firmy nie możesz. Innymi słowy: asystentów jest tak wielu, że pozakładali związki zawodowe. A ty jako szef i właściciel firmy nie możesz jej rozwalić na drzewie... bo nie!

Odpowiedzialność

W powyższym opisie oczywiście przesadziłem. Na razie żaden system nie uchroni przed zbytnią fantazją. Niemniej jazda 580-konnym Porsche 911 Turbo S jest z pewnością łatwiejsza niż 130-konną „911” pierwszej generacji. Łatwiejsza nie oznacza gorsza. 911 prowadzi się bajecznie. Szaleństwo na punkcie bezpieczeństwa nie sprawia, że jazda jest gorsza, wolniejsza czy mniej ekscytująca. Brakuje tylko jednego. Adrenaliny. I pełnej odpowiedzialności za swoje czyny, które sprawiają, że jazda samochodem sportowym tak wciąga. I w tym jest właśnie sedno. 911 i podobne produkty konkurencji nie powodują strachu. A to on był kiedyś jedynym „asystentem” bezpieczeństwa.

Obawiam się, że ufający w technologię młodzi ludzie, w tym kiedyś córka przyjaciela, mogą się na tym braku strachu i braku szacunku dla prędkości nieźle przejechać. I to nie na torze wyścigowym. 911 w najnowszej odsłonie jest tak różne od pierwszego jak gazeta od tableta. Umie więcej, szybciej i lepiej. Aż strach pomyśleć, za czym w motoryzacji będzie wzdychała córka przyjaciela, która pewnie już na dobre porzuci staroświecki druk na rzecz nowych technologii. A ja? Idę odgrzać ogórkową i pojeździć Toyotą GT86, póki jej „nianie” nie założyły związków zawodowych. &

© Ⓟ