Od lat polski fiskus prowadzi wojnę z samochodami służbowymi. Ambicją większości ministrów finansów lub sejmowych specjalistów od podatków stało się definiowanie na nowo pojęcia „samochód osobowy” oraz ustalanie ograniczeń w odliczeniach podatkowych. Zwykle pomysłodawcy nowości z dumą ogłaszali, że poprawione regulacje skutecznie zakończą proceder omijania przepisów. Ale jakaś luka się znajdowała (symbol: kratka) — i wszystko de facto pozostawało po staremu.
Pomysł zgłoszony przez panią minister to kontynuacja „dzieła” poprzedników. Jeżeli dobrze rozumiem: przyjęta zostanie fikcja, iż użytkownik samochodu służbowego wykorzystuje go i na cele prywatne. Domniemane prywatne wykorzystanie auta zostanie opodatkowane VAT oraz PIT (na zasadach ryczałtowych). Podstawą naliczenia podatku stanie się wartość samochodu; ale nadal obowiązek podatkowy zależeć będzie od tego, czy samochód zostanie uznany za osobowy czy ciężarowy.
Na pełną ocenę owych propozycji poczekajmy do szczegółowego ich sprecyzowania. Wydaje się jednak, że wiara, iż proponowane rozwiązania uproszczą rozliczenia z fiskusem, jest złudna. Dotychczas haracz od samochodów osobowych firmy opłacały w postaci zmniejszonych odpisów amortyzacyjnych oraz ograniczenia odliczalności VAT. Teraz podatek „samochodowy” przybierze formę VAT naliczonego oraz PIT. Ale rozróżnienie na samochody osobowe i inne pozostanie — i zabawa podatnika z fiskusem w „jak z renault clio zrobić ciężarówkę” trwać będzie w najlepsze, a idea prostych podatków dalej będzie mrzonką. Wydawcy broszur typu „Samochód w firmie” niech śpią spokojnie. Popyt na takie publikacje nie zmaleje, wzrośnie natomiast ich objętość.
Arkadiusz Michaliszyn, doradca podatkowy CMS Cameron McKenna