Na bazarach pod Taj Mahal

Marlena Gałczyńska
opublikowano: 2004-04-16 00:00

Wiktoriańskie budowle, ekskluzywne hotele i zatłoczone uliczki, gdzie turysta nie może przejść nie zaczepiany przez kupców i handlarzy narkotyków. I 40-stopniowy upał...

Tutejsze krążowniki szos, często wiekowe i pobrytyjskie, oraz piętrowe, czerwone autobusy w kółko się tłoczą. Na ulicach Bombaju najczęściej zobaczyć można samochody marki PAL — Hindusi twierdzą, że wyprodukowane na licencji Fiata z lat 50. Władze kraju, chcąc wzmocnić własny przemysł samochodowy, obłożyły wysokimi cłami wszystkie auta wytwarzane poza Indiami. No i ulice pełne są archaicznych czasem wehikułów — zawsze bez lusterek. Kierowcy, by poinformować innych, że jadą i trzeba uważać — nie zdejmują ręki z klaksonu. Uliczny ruch uzupełniają riksze i masa rowerów. Zasady ruchu drogowego? Wolne żarty! Nikt nie przestrzega czerwonego światła. Kierowcy wjeżdżają na pasy dla pieszych i zwyczajnie rozganiają przechodniów ręką, wystawioną z samochodu.

Fabryka snów

Ktoś kiedyś nazwał Bombaj ,,Bollywood”, bo mieści się tu centrum indyjskiego przemysłu filmowego, czy raczej skupisko wytwórni kiczowatych oper mydlanych, kręconych za pilnie strzeżonymi ogrodzeniami z drutu — w odstraszających wyglądem hangarach. Całości tego ponurego krajobrazu dopełnia gigantyczna obora tuż obok wytwórni, w której mieści się hodowla krów.

— Chcieliśmy zobaczyć jakąś tutejszą produkcję. Bez skutku. Przez cały czas kina strajkowały... Na wszystkich plakatach te same twarze aktorów, zmieniających tylko plany filmowe. Za to ich producenci pilnie strzegą wątków serialu, który akurat nagrywają — opowiada Honorata Grązka.

Minusów — na pierwszy rzut oka — niemało. A jednak Bombaj — ogromne, 10-milionowe i najbogatsze miasto Indii, położone nad brzegiem oceanu — urzeka. Właściwie od 1995 roku oficjalnie Mumbaj — nazwę zmieniono na cześć dawnego bóstwa. Ale i tak wszyscy używają starego miana.

To w Bombaju mieszczą się indyjskie siedziby zarządów niemal wszystkich znaczniejszych banków, instytucji finansowych, firm ubezpieczeniowych i brokerskich. Działa tu największa w kraju giełda i port.

Przystanek Mumbaj

Sprzeczność i eklektyzm uderza już z chwilą postawienia stopy na głównym dworcu kolejowym. Victoria Terminus, jedna z najpiękniejszych pobrytyjskich budowli, z całym przepychem wygląda tak, jakby żywcem przeniesiono ją z Londynu.

— Z wrażenia zapomnieliśmy nawet o trudach dwudniowej podróży indyjskim pociągiem z oddalonego o 1700 km Varanasi. Taka podróż to nie błahostka. Zanim w Indiach pojedzie się pociągiem, trzeba rozwiązać kilka zagadek — jak rozkład jazdy czy klasa i numer pociągu. Kompletny chaos informacji — mimo że podane po angielsku — nic z nich nie wynika. Trzy klasy pociągów, wśród których do zaakceptowania jest tylko pierwsza, jedyna z przedziałami i klimatyzacją. Szerokim łukiem omijać trzeba za to tzw. sleepery — wspólne wagony z wielką liczbą miejsc. Zatłoczone, śmierdzące, a na początek czeka cię walka o miejsce przy oknie — czyli okratowanym otworze w ścianie wagonu. Tam przynajmniej jest dostęp do powietrza — wspomina z uśmiechem Honorata Grązka.

Trzeba koniecznie znać nazwę i dokładny adres hotelu, w jakim chcesz się zatrzymać.

— Inaczej ,,sprytny” taksówkarz zawiezie cię tam, gdzie dostanie działkę za nowego turystę — śmieje się podróżniczka.

Hoteli o tej samej nazwie jest mnóstwo, a taksówkarze — mimo zapewnień — zazwyczaj nie wiedzą, gdzie jechać i po drodze pytają się kolegów po fachu. No i naciągają ceny — ale i tak opłata nie jest wysoka.

— Za niekrótką podróż z dworca zapłaciliśmy 70 rupii (około 7 zł) — mówi Honorata Grązka.

Najsłynniejszym hotelem tego miasta jest przesławny Taj Mahal. Wzniesiony w 1903 roku, przykryty czerwoną kopułą i wyposażony w turecką łaźnię: symbol miasta. Podobnie jak znajdująca się tuż obok monumentalna Brama Indii, witająca podróżników w porcie. Ów indyjski łuk triumfalny wzniesiono w 1927 roku, by upamiętnić wizytę Jerzego V i królowej Marii.

— Obok przepychu można jednak znaleźć tańsze hoteliki, jak ten nasz za 15 USD za dobę od osoby — z telewizorem, w.c. i klimatyzacją. Trzeba się tylko w takich miejscach przyzwyczaić do ogromnych jaszczurów, krążących po budynku i wyjadających insekty. Dzięki nim jednak noc można przespać spokojnie — wyjaśnia Honorata Grązka.

Szlakiem budowli i ulic

Zgodnie z przewodnikiem, najlepiej zacząć od Bramy Indii i podążać szlakiem po wiktoriańskich zabytkowych budowlach: Muzeum Księcia Walii, Mayo Road, gotyckim pałacu Sekretariat, gmachu uniwersytetu i biblioteki uniwersyteckiej czy wreszcie Wieży Radźabaj. Ale gdy tylko skręcisz z wytyczonego przewodnikiem szlaku w boczną uliczkę — ukazuje się prawdziwy Bombaj...

Brudne i odrapane, slumsowe budynki — najwyżej 2-3-piętrowe. Obwieszone ręcznie malowanymi reklamami filmów produkowanych w miejscowych wytwórniach — oper mydlanych z licznymi wątkami miłosnymi i prościutką fabułą na wzór brazylijskich odpowiedników.

W bocznych uliczkach — bieda biedą pogania. Dokładnie to, co się wcześniej o Indiach słyszało. Stale zaczepiają żebracy, handlarze narkotyków, a w najlepszym wypadku straganiarze, których obecność jest wpisana w krajobraz ulic. Umorusane dzieci z niższych kast albo ciężko pracują w porcie, albo próbują coś wyżebrać od turystów. Wśród chaotycznie piętrzących się, często rozpadających budynków widzi się porozstawiane zniszczone brezentowe namioty. To w nich całe życie mieszkają najbiedniejsi Hindusi.

Na tych bocznych szlakach Bombaju rzadko spotyka się ludzi w europejskich garniturach czy sukienkach. Królują karmazynowe lub pomarańczowe sari lub — po prostu — łachmany. Wszędzie tłok i niemiłosierny hałas. Względna cisza zapada w mieście nocą.

Zapach thali

Jak na miasto sprzeczności przystało, zaraz obok wiktoriańskiego Dworca Królowej Wiktorii mieści się McDonald. Ale po co tam wchodzić...

Z miejscowymi smakołykami trzeba być ostrożnym. Lepiej unikać potraw z ryb i owoców morza — mimo że jak na portowe miasto przystało — jest ich zatrzęsienie. Ale oprawianie i przygotowywanie zdobyczy morskich połowów odbywa się zaraz w porcie — i to w okropnych warunkach. Ale nie skorzystać z hinduskiej restauracji byłoby wielkim grzechem. Wybierać należy takie, w których widać ludzi ubierających się po europejsku — to najlepszy wyznacznik jakości potraw.

— Pyszne było thali. To tradycyjne danie podaje się na wielkiej tacy, na której znajduje się też od sześciu do ośmiu mniejszych miseczek z przeróżnymi warzywami i mięsami. Do tego ryż i ciabaty. Hindusi jedzą wiele kurcząt i mięsa bawolego. Bardzo popularna jest tam też chińszczyzna — mówi Honorata Grązka.

Wytchnieniem po hałaśliwym, kolorowym, egzotycznym i eklektycznym Bombaju może być wycieczka łodzią na Wyspę Słonia, która tak naprawdę powinna być nazwana Wyspą Małp. Są ich tam tysiące — oczywiście stroją małpie figle, szybko stając się główną atrakcją dla turystów.

Wyspa Słonia pierwotnie nazywała się jednak Gharapuri. Jej nowożytną nazwę wprowadzili Portugalczycy, kiedy odnaleźli na niej posąg rzeźbionego słonia (obecnie umieszczony w Muzeum dr. Bhau Daji Lad w Bombaju). Poza tym na wyspie znajduje się świątynia boga Śiwy, wykuta w bazaltowej skale — najprawdopodobniej w VI w. na zlecenie władców dynastii Kalaćuri.