Na GPW zapowiada się remisowe otwarcie

Włodzimierz Uniszewski
18-06-2008, 09:17

Goldman Sachs okazał się wczoraj obosieczną bronią dla Wall Street, najpierw dobrymi wynikami łagodząc wymowę kiepskich danych makroekonomicznych, a potem pogrążając sektor finansowy prognozą swoich analityków.

Wczorajszy zestaw raportów o stanie amerykańskiej gospodarki był ciężkostrawny dla byków, ale z drugiej strony zawarte w nich dane nie odbiegały aż tak bardzo od oczekiwań i raczej potwierdzały znane obawy, niż kreowały nowe. W końcu od dawna wiadomo, że rosnące ceny surowców w końcu muszą znaleźć odbicie w wyższych cenach producentów, sektor budowlany zbyt dużo nowych domów w najbliższym czasie nie postawi, a fabryki nie pękają od zamówień.

Rynek zapewne nie ugiąłby się pod samym tylko ciężarem tych wątpliwych rewelacji, gdyby nie zdradziecki cios zadany sektorowi finansowemu przez Goldman Sachs. Analitycy banku przewidują¸ że fala odpisów i strat związanych z kryzysem kredytowym wygaśnie dopiero w przyszłym roku, a banki będą musiały podwyższyć swoje kapitały o 65 mld. dolarów. Ostrzegli inwestorów szczególnie przed bankami regionalnymi które być może dopiero teraz odczują z pełną mocą skutki kryzysu w miarę pogłębiania się zapaści na lokalnych rynkach nieruchomości.

W reakcji na te hiobowe prognozy sektor finansowy zanurkował do poziomu najniższego od 12 lat, tracąc niemal 3 proc. Szczególnie ucierpiały właśnie banki regionalne. Indeks banków spadł o 4,2 proc. Sam Goldman Sachs też wylądował ostatecznie pod kreską mimo początkowej zwyżki po ogłoszeniu wyników. Traciły też firmy sektora przemysłowego po kiepskich danych o produkcji przemysłowej. Inwestorzy mogli mówić o szczęściu w nieszczęściu, gdyż tym razem ropa nie dała powodu do wyprzedaży akcji. Przez całą sesję zachowywała się spokojnie, kreśląc niewielką korektę, co pomagało notowaniom linii lotniczych. Nie pomógł jej nawet miliarder-inwestor Boone Pickens, który w Kongresie USA stwierdził, że cena 150 USD za baryłkę wydaje mu się jak najbardziej możliwa. Dobrze trzymały się średnie spółki – indeks S&P Midcap400 spadł o zaledwie 0,1 proc.

Wczorajszy spadek był niewątpliwie bolesny, ale jego powody i przebieg nie pozwalają na uznanie go za początkowy etap nowej spadkowej fali. Na razie wypada potraktować go jako kolejny odcinek konsolidacyjnego serialu. Nie zostało naruszone żadne istotne wsparcie, a nastroje dalekie były od paniki. Ten względny spokój przeniósł się także na dzisiejsze godziny poranne, gdyż amerykańskie kontrakty są notowane nad kreską. Przecena w Nowym Jorku nie wywarła też większego wrażenia w Azji, gdzie większość rynków wzrosła, a Dax zacznie dzień minimalną stratą lub bez zmiany.

W takich okolicznościach Wig20 znowu ma szansę otworzyć się w pobliżu poziomu 2700 pkt. i obronić go. Wczorajsza niska zmienność indeksów nie sugerowała powrotu popytu, z drugiej jednak strony rosnące obroty i wielokrotna przewaga wolumenu spółek rosnących (kilku blue chipów) dają do myślenia. Ożywienie obrotu może mieć związek z rychłym wygaśnięciem kontraktów, ale nie da się wykluczyć także bardziej fundamentalnych motywów. Dzisiaj z USA nie napłyną w czasie sesji żadne istotne dane makro, więc uwaga inwestorów będzie koncentrować się przede wszystkim na rynku eurodolara i ropy. Na razie surowiec zachowuje się spokojnie, przebywając tuż nad poziomem 133 USD. O godz. 16.30 pojawią się cotygodniowe dane o amerykańskich zapasach paliw, które tydzień temu wywołały gwałtowną wyprzedaż akcji. Wcześniej bo już o godz. 14.30 poznamy informacje o poziomie produkcji przemysłowej w Polsce i krajowym wskaźniku wzrostu cen na poziomie producentów.


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Na GPW zapowiada się remisowe otwarcie