Dla Microsoftu wygrał polski rynek. Teraz próbuje wygrać dla siebie sektor medyczny. Nie ukrywa, że za pieniądze z Microsoftu.
— Dzisiejsze lecznictwo jest o tyle fascynujące, że przypomina biznes komputerowy z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Wtedy powstawały Prokom Software, Computerland, Ster-Projekt. Jeśli firma z branży medycznej wypracuje sobie teraz dobrą markę, to w dłuższej perspektywie będzie takim gigantem jak wspomniani integratorzy — mówi Waldemar Sielski.
Niesamowita szansa
Waldemar Sielski w listopadzie 1992 r. został szefem polskiego oddziału Microsoftu. Co ciekawe, ówczesny pracownik Olivetti nie przyjął propozycji z przysłowiowym pocałowaniem ręki. I to nie tylko ze względu na stabilną pozycję, jaką wówczas zajmowało na rynku Olivetti i dobrą atmosferę w firmie. Wahał się również ze względu na... słabość Microsoftu.
— Ówczesny Microsoft nie był taki jak obecnie. Był po prostu jednym z dużych producentów oprogramowania. Niespełna rok wcześniej zaprezentował aplikację, która zrewolucjonizowała świat, czyli system operacyjny Windows 3.0. Do tamtej pory oferował głównie system operacyjny DOS, ale własne wersje tego systemu oferowały również inne inne firmy, m.in. IBM — wspomina Waldemar Sielski.
Po dłuższym namyśle stwierdził, że praca w Microsofcie jest jednak niesamowitą szansą. Jak się później okazało — nie do powtórzenia. W tym czasie zapadały decyzje strategiczne, które zapewniły Microsoftowi tak silną pozycję na rynku systemów operacyjnych i oprogramowania biurowego.
Na pożyczonym krześle
Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobił w nowej pracy, było pożyczenie mebli z firmy mającej siedzibę po sąsiedzku.
— Nasze biuro było organizowane przez regionalną centralę zlokalizowaną w Monachium. Zapadła więc decyzja, że pierwsze meble i samochód przyślą nam z Niemiec. Odprawa celna na początku lat 90. XX wieku nie wyglądała jednak tak jak obecnie. Zanim te meble do nas dotarły, po miesiącu czy dwóch, trzeba było sobie jakoś radzić — tłumaczy Waldemar Sielski.
Niedługo przyszła kolej na działalność ściśle biznesową. Firma założona przez Billa Gatesa i Paula Allena nie miała żadnych spolonizowanych produktów, a musiała konkurować nie tylko z innymi firmami zagranicznymi. Przynajmniej dwa-trzy polskie edytory tekstu można było wtedy traktować jako powszechnie używane.
Pierwszym spolonizowanym produktem Microsoftu była baza danych FoxPro. Jej polska wersja pojawiła się w styczniu 1993 roku. Niewielka w tym jednak zasługa będącego u progu wielkiej kariery koncernu z Redmond. Microsoft przejął po prostu firmę Fox Software, gdy ta kończyła już polonizację swojego produktu.
Na typowe dla Microsoftu produkty w polskich wersjach językowych nie trzeba było długo czekać. Polska wersja systemu Windows 3.1 trafiła do sprzedaży w marcu 1993 r. W dawne komunistyczne święto — 22 lipca — odbyła się premiera zlokalizowanego prostego pakietu biurowego Works 2.0. W listopadzie tego samego roku pojawiały się polskie wersje edytora tekstu Word 2.0 i arkusza kalkulacyjnego Excel 4.0 — pakiet biurowy Office w dzisiejszym rozumieniu jeszcze nie istniał.
Plan biznesowy
— Strategia była taka — otwieramy biuro i dla podkreślenia naszej obecności na rynku od razu wchodzimy z najpopularniejszymi produktami w polskiej wersji językowej. Aby zdobyć rynek, trzeba było zaoferować ludziom oprogramowanie, którego będą używali. Oprogramowanie w ich ojczystym języku — opowiada Waldemar Sielski.
Warto pamiętać, że choć w 2001 r. premiera pakietu biurowego MS Office w polskiej wersji językowej miała miejsce tego samego dnia co premiera wersji anglojęzycznej, to na początku lat 90. XX wieku, średnio polska wersja wychodziła z 4-6 miesięcznym opóźnieniem w stosunku do oryginału. Ale i to wystarczyło, by pozostawić w tyle inne zagraniczne firmy.
— Jest kilka przykładów dużych rynków, które Microsoft zdominował, bo potrzebę lokalizacji programów zrozumiał jako pierwszy. Jego konkurenci sprzed 15 lat praktycznie już nie istnieją. Ich niedobitki wyewoluowały zaś w zupełnie inne firmy niż te, którymi były wtedy — podkreśla Waldemar Sielski.
Z polskimi producentami aplikacji biurowych Microsoft poradził sobie szybciej niż z zagranicznymi. W okresie dynamicznego rozwoju pecetów nie nadążali oni za nowymi możliwościami komputerów.
— Trwał wyścig między hardware’em i software’em. Ktoś wypuszczał wydajniejszy komputer, to aby wykorzystać jego możliwości, ktoś inny oferował doskonalsze oprogramowanie. Microsoft był pod tym względem zdecydowanie szybszy od innych firm — uważa Waldemar Sielski.
Koncernowi z Redmond na pewno pomogły akcje promocyjne z początku lat 90. XX wieku. Wprowadzając polskie wersje edytora tekstu Word i arkusza kalkulacyjnego Excel, zaoferował uaktualnienie do tych produktów nawet tym, którzy nie mieli legalnych programów w innych językach. To o tyle istotne, że tzw. upgrade był dużo tańszy od wersji podstawowej, a przy jego zakupie żądano od klienta dowodu posiadania legalnej wersji poprzedniej.
— Gdy na pewien czas zrezygnowaliśmy z tego wymogu, popyt wzrósł do tego stopnia, że brakowało pudełek u dystrybutorów. To była naprawdę rewolucyjna oferta — twierdzi Waldemar Sielski.
Pożegnanie z firmą
Gdy odchodził z Microsoftu w 2000 r., firma była już potęgą — zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dlaczego zatem zrezygnował?
— Wielkie korporacje uważają, że ludzie powinni rotować na stanowiskach. Po ośmiu latach mogłem odejść do pracy za granicą, tak jak ostatnio odszedł mój następca, Tomasz Bochenek. Tyle że ja chciałem zostać w Polsce. Uważałem, że tu zrobię więcej fajnych rzeczy, niż trzymając się korporacji, którą naprawdę miło wspominam — wyjaśnia Waldemar Sielski.
W branży pozostał. Zasiada w radzie Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, radach nadzorczych Logotec Engineering, Ka-Na i giełdowej MCI Management.
— Szczególnie to ostatnie stanowisko daje mi wiele satysfakcji. MCI inwestuje w małe firmy nowoczesnych technologii, działające w ciekawych niszach klasycznej informatyki, internetu czy mobilności. Dzięki temu mam wgląd w to, co się dzieje na rynku — mówi Waldemar Sielski.
Wszystko dla Caroliny
W żadną z tych firm nie zainwestował jednak własnych pieniędzy. Jego prawdziwym konikiem stało się lecznictwo. Wraz z dwoma lekarzami jest współwłaścicielem spółki Sport Medica, prowadzącej ośrodek leczniczy pod marką Carolina Medical Center. Sam stworzył spółkę Multis, która ma zapewnić Carolinie wyposażony budynek szpitalny.
— Nie ukrywam, że inwestycje sfinansowałem z opcji na akcje Microsoftu. Nie zarobiłem w nim przeogromnych pieniędzy, ale miałem to szczęście, że dostałem dużo opcji na akcje. To był kapitał, którym rozporządzałem — mówi Waldemar Sielski.
Po przejęciu od dilerów Toyoty udziałów w Sport Medica przekształcił spółkę cywilną w akcyjną. Od tamtego czasu jest dochodowa. Kłopotów przysporzyła mu za to druga firma. Deweloper, któremu wykruszyli się inni kontrahenci kompleksu szpitalno-biurowo-mieszkalnego, nie wywiązał się ze zobowiązań wobec Multis. W wyniku ugody spółka przejęła cały obiekt. Część biurową chce sprzedać z przeznaczeniem na hotel, a za uzyskane w ten sposób środki wykończyć części szpitalną i usługową. Tyle że i tak pieniędzy będzie za mało.