Na przemytniczych ścieżkach

Monika Witkowska
30-05-2008, 00:00

Ile jeszcze kilometrów do bazy pod Mount Everestem? — pytamy znajomego Szerpę. — Kilometrów? Nie wiem… Tu się liczy inaczej. Siedem dni drogi — rzuca.

Z Katmandu Mount Everestu nie widać, ale mamy wrażenie, że jesteśmy „osaczeni” przez najwyższą z gór. Jej zdjęcie widzimy na co drugiej pocztówce, jeden z lokalnych trunków to Mount Everest whisky, a kiedy wieczorem w przytulnym Budda Bar pytamy kelnera, co poleca, bez namysłu odpowiada, że drinka Powiew Everestu.

 

 

Klejnot w lotosie

Do wyjścia w góry — dwa dni. Zwiedzamy miasto. Wrażenie robi kompleks Pashupatinath — do głównej świątyni niehinduistom nie wolno wejść, wolno za to rzucić okiem na kremacyjne obrzędy. Przy płonącym stosie, z którego wystają bose stopy, zebrała się liczna rodzina, obok — między tłumem pielgrzymów — wałęsają się święte krowy. Są też sadhu — święci mężowie odziani w pomarańczowe szaty. Pytamy o słynnego kolegę, który za drobną opłatą demonstrował siłę swego przyrodzenia — ponoć podnosił kilkunastokilogramowe ciężary. Okazuje się, że… wyjechał do Ameryki. No cóż, pewnie dla biznesu.

Dla kontrastu idziemy też do najważniejszych świątyń buddyjskich. Główna to Bodhnath — ogromna biała stupa, obwieszona kolorowymi chorągiewkami z wypisami na nich mantrami. Podobnie jak pobożni Nepalczycy i Tybetańczycy z okolicznych obozów uchodźców, także i my obchodzimy stupę dookoła — koniecznie zgodnie z ruchem wskazówek zegara, obracając dłonią ciąg młynków modlitewnych. Zewsząd dobiega dźwięczna, wpadająca w ucho i zakotwiczająca się w podświadomości śpiewna mantra: „Om mani padme hum…” (dosłownie: „Oddaj cześć klejnotowi w lotosie”).

 

 

Boso albo w klapkach

W końcu ruszamy w góry. Samolotem podlatujemy do Lukli, małej wioski, skąd bierze początek szlak do bazy pod Everestem. Samochodem nie da się tu wjechać — pozostają jaki, a raczej krzyżówki jaków z krowami. Albo własne nogi: z ostatniego przystanku autobusowego idzie się do Lukli około dwóch dni.

Na szlaku podziwiamy tragarzy — często niosą bagaż dużo większy od nich samych! Dźwiganie wielkich ładunków to nie tylko męski zawód — kobiety też się tym trudnią. Nieliczni tragarze mają na nogach górskie buty, na ogół pozostawione przez turystów. Wielu idzie w kaloszach, klapkach albo na bosaka. Każdy dzień przynosi inne krajobrazy. Początkowo wędrujemy zieloną doliną, w otoczeniu lasów, co rusz przechodząc po wiszących mostach nad głębokimi wąwozami. W miasteczku Namche Bazaar, stolicy Szerpów, robimy dzień przerwy — to ważne ze względu na aklimatyzację: nie wolno za szybko piąć się do góry. Pobyt w Namche to dobre miejsce do uzupełnienia brakującego ekwipunku. Wyżej już sklepów nie będzie, a tutaj jest wszystko — od termosów po śpiwory. Niesamowicie niskie ceny polarów i goreteksowych kurtek nie dziwią, gdy się okazuje, że przebiega tędy szlak przemytniczy z leżących za pobliską przełęczą Chin (dokładniej Tybetu).— Mister! Kup! North Face orginal! Ten dolars! — namawiają sprzedawcy.

Powyżej Namche lasów już nie ma. Pojawiają się szerokie, odsłonięte przestrzenie i hipnotycznie piękne szczyty. Ama Dablam, Lhotse, na którym zginął Kukuczka i — oczywiście — Everest… Szybko uczymy się rozpoznawać ich kształty.

W położonej na wysokości 3860 m n.p.m. wiosce Tengboche rozbijamy namioty przy buddyjskim klasztorze. Tuż obok mamy boisko do siatkówki — akurat trwa mecz drużyn mnichów. I nagle słychać buczenie — to wezwanie do modlitwy grane na muszli. Mnisi przerywają mecz i posłusznie idą na kilkugodzinne medytacje.

 

 

Uwaga! Szczeliny!

Pierwszym słowem, jakiego się po drodze uczymy, jest nepalskie pozdrowienie: „Namaste!”. Wioski leżą aż do wysokości prawie 5 tys. m n.p.m., więc cały czas mamy okazję podglądać lokalne życie. Ludzie są biedni, ale sympatyczni i gościnni. Dajemy im zarobić — kupujemy biżuterię z turkusów i korali, figurki Buddów. Kilka razy dziennie pijemy też Sherpa Tea — dość ostrą w smaku herbatę z mlekiem.

Nadchodzi moment, gdy u kilku osób z naszej ekipy pojawiają się objawy choroby wysokościowej: apatia, ból głowy, wymioty. Niektórzy rezygnują ze wspinaczki i wracają. Twardsi robią sobie dzień przerwy na dodatkową aklimatyzację. Pozostaję w gronie upartych — planujemy spacerek ze schroniska Gorak Shep na wysokości 5160 m n.p.m. na niedaleki szczyt Kala Pattar (5545 m). Wejście nie przysparza trudności technicznych, mimo to każdy krok sprawia problem. Nic dziwnego: na tej wysokości zawartość tlenu w powietrzu jest już dużo mniejsza niż na nizinach — organizm zaczyna się buntować.

Wystartowaliśmy w nocy, na Kala Pattar stajemy o wschodzie słońca. To jeden z najlepszych punktów widokowych na Everest. Góra Gór wydaje się tak blisko i jest jakaś… niższa od pozostałych (złudzenie!). W dole pod nami widzimy morenę lodowca Khumbu — tam właśnie, na wysokości 5300 m, znajduje się baza wypraw startujących na Everest. Dotarcie do niej okazuje się bardziej czasochłonne, niż zakładaliśmy. Brak oznaczeń, a żadnych ludzi — poza nami — nie ma. Gubimy drogę i pakujemy się w teren poprzecinany szczelinami. Mamy wybór: ryzykowny skrót albo powrót i żmudne omijanie szczelin. Przypominamy sobie powieszone w schronisku kartki o poszukiwaniach Anglika, który zaginął gdzieś w tych okolicach. No cóż, wolimy bezpieczniejszy wariant.

 

 

Ulga u maoistów

No i docieramy do bazy. To akurat nie sezon na wyprawy, więc nie ma żadnych namiotów. Za to sporo śmieci i dwa rozbite helikoptery. Robimy pamiątkowe zdjęcia, ale nie kryjemy rozczarowania pustką dookoła. Jakby na pocieszenie — wykorzystując, że mamy ze sobą sprzęt wspinaczkowy i stosowne zezwolenie — postanawiamy zdobyć pobliski sześciotysięcznik — Lobouche East (6119 m).

Jeden dzień regeneracji, obóz na 5300 m i do ataku! Startujemy w trzyosobowym składzie, w środku nocy. Ziąb jak diabli, w pozostawionej przed namiotem menażce zamarzła woda. Początkowo walczymy z kamieniami i skalną ścianą, a kiedy się rozwidnia — dochodzimy do granicy śniegu. Teraz już łatwiej — zakładamy raki, na wszelki wypadek łapiemy za czekany (w razie zsuwania się pomagają wyhamować), dla asekuracji wiążemy się liną. Całe szczęście, bo w pewnym momencie słyszę krzyk jednego z kolegów „lecę!”, a chwilę później lina się napina. Ale jaka to frajda stanąć na szczycie! Szkoda tylko, że niewiele widać — jesteśmy we mgle z chmur.

Droga w dół jest przyjemna, bo przez większą jej część zjeżdża się na linie. Wraz z nastaniem zmroku docieramy do namiotów. Zmęczeni i zmarznięci o myciu w potoku tego dnia już nie myślimy…

Czas wracać. Teraz nogi już same niosą — tlenu coraz więcej, no i plecaki lżejsze. Po czterech dniach jesteśmy w Lukli. Po drodze spotykamy Polaków — pytają o sympatyków Mao. Nie, na tej trasie ich nie spotkaliśmy, ale wcześniej widziałam ich stały, „oficjalny” posterunek w okolicach Annapurny (po kwietniowych wyborach partia maoistowska, będąca do niedawna główną siłą partyzancką, rządzi Nepalem). Nie robią turystom krzywdy, trzeba jednak zapłacić żądaną przez nich — niewielką — kwotę. Polacy, ze względu na komunistyczną przeszłość, mogą liczyć na zniżki! W zamian otrzymuje się potwierdzenie wpłaty z komunistyczną gwiazdą.

Rozmowę z rodakami przerywa warkot silnika. Samolot. Zapowiedź przybliżającej się cywilizacji. Uświadamiamy sobie, że po dwóch tygodniach bez samochodu, internetu, komórki, wcale się za nimi nie stęskniliśmy.

Warto wiedzieć

Przeloty do Katmandu prowadzą Austrian Airlines lub Lufthansa za około 3,7 tys. zł.

Taniej dolecieć do Delhi (za jakieś 2,5 tys. zł) i tam kupić bilet na kolejny lot: do stolicy Nepalu — np. indyjskimi liniami Air Sahara.

 

Wiza — na miejscu, za 30 dol. (ważna miesiąc) plus wypełniony formularz ze zdjęciem.

 

Szczepienia są niekonieczne, profilaktyka malaryczna na trekkingu w górach też nie jest potrzebna, warto jednak mieć podstawową apteczkę, a w niej m.in. aspirynę, ułatwiającą aklimatyzację (rozrzedza krew). Przed powrotem do Polski niepotrzebne już leki można zostawić w którymś z miejscowych ośrodków zdrowia — dla biednych mieszkańców górskich wiosek to nieoceniona pomoc.

Nic za darmo, czyli ile za co zapłacimy

Waluta: rupie nepalskie (NPR).

1 USD = 102 NPR, 100 NPR = 3,35 zł

— godzinny lot nad Himalajami 100-150 USD

— nocleg w chacie-schronisku na trekkingu ok. 150 NPR

— prysznic z ciepłą wodą ok. 100 NPR

— posiłek w górskiej restauracji ok. 150-200 NPR

W górach ceny są dużo wyższe niż „na dole”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Monika Witkowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / / Na przemytniczych ścieżkach