Na rynku budowlanym trwa walka o wielkość

Aleksander Paszyński
opublikowano: 2000-03-06 00:00

Aleksander Paszyński: Na rynku budowlanym trwa walka o wielkość

BLASKI I CIENIE: Transformacja systemu zburzyła poprzednią, odwróconą piramidę branży budowlanej — uważa Aleksander Paszyński. fot. Małgorzata Pstrągowska

Budowlany świat toczy o rynkowy prymat batalię, której odgłosy dochodzą do publicznej wiadomości tylko fragmentarycznie. Ukształtowały się dwa jakby niezależne fronty tej walki. Jednym jest przejmowanie polskich firm przez duże koncerny europejskie, natomiast drugim — opanowywanie, czasem agresywne, konkurencji przez silniejsze podmioty krajowe.

Z CZEGO WYNIKA ta konfliktogenna zachłanność? Pierwszym powodem jest chęć zdobycia dominującej pozycji na rynku. Drugi można zdefiniować jako próbę obrony przed inwestorami strategicznymi, głównie zagranicznymi. Istnieje jednak powód trzeci, wyczuwany bardziej intuicyjnie, wynikający z logiki transformacji krajowej branży budowlanej. Oto najlepsi na rynku uwierzyli, że stać ich na dużo więcej.

POLSKIE FIRMY, pracujące za granicą jako podwykonawcy nawet najbardziej doświadczonych koncernów budowlanych, uzyskują wysokie noty za sprawność i fachowość, przewyższając pod tym względem konkurentów z wielu krajów unijnych. Także inwestorzy zagraniczni w Polsce coraz częściej korzystają z miejscowego wykonawstwa — tańszego, a wcale nie gorszego. Te okoliczności wzmacniają ambicje szefów polskich firm oraz ich uzasadnione nadzieje na eksportową specjalizację.

BADANIA wykonane przez Instytut Nauk Ekonomicznych PAN dowiodły, że transformacja systemu zburzyła poprzednią, odwróconą piramidę branży budowlanej. Odwróconą, jako że jej podstawę wyznaczali najwięksi, zaś szczyt — najmniejsi. Wynikało to z logiki gospodarki centralnie sterowanej, w której potencjał budownictwa rzucany był na gigantyczne przedsięwzięcia inwestycyjne. W roku 1988 sto największych polskich firm budowlanych łącznie zatrudniało ponad 250 tys. pracowników, natomiast dziesięć lat później już tylko 65 tys. Ich udział w całkowitym zatrudnieniu zmniejszył się z 20 proc. do 8,7 proc. Pojawiła się natomiast duża liczba wyspecjalizowanych firm małych i średnich.

TO OCZYWISTE, iż pierwsza faza transformacji wymagała zburzenia systemu, nie przystającego do zadań stawianych przed budownictwem po roku 1989. Jednak zjawisko to ma także i cienie, dostrzegalne w miarę rozwoju gospodarki rządzącej się już innymi prawami. Okazało się, że obecna skala rozdrobnionego polskiego budownictwa i stopień jego specjalizacji pozwala mu jedynie na stawanie się podwykonawcą koncernów światowych oraz pełne prowadzenie inwestycji w kraju. Osiąganie samodzielności na rynkach zagranicznych przychodzi natomiast z trudem.

TO NIEPOKOI, tym bardziej że analizy ekonomiczne wskazują, iż pod względem efektywności duże polskie firmy nie ustępują wielkim koncernom światowym. Może właśnie dlatego, że nie są tak duże? Na przykład w przeliczeniu na pracownika nasze eksportowe przedsiębiorstwa osiągają przychód kilkakrotnie wyższy niż tak uznany lider wydajności, jakim jest francuski koncern Bouygues. Prawie cała pierwsza setka naszych największych firm góruje ponadto nad francuskim gigantem pod względem rentowności netto.

MOŻNA ZATEM przyjąć, iż efektywność wykorzystywania przez polskie firmy kapitału stanowi dobrą podstawę dla ich konkurencyjności. Podobnie zresztą, jak startowa pozycja na rynku krajowym — wszak na giełdzie spółki budowlane przeważają w grupie przemysłu i są najaktywniejsze w dążeniu do konsolidacji branży. Największe przejmują kolejne spółki, zaś mniejsze albo starają się budować własne grupy kapitałowe, albo wchodzą w skład grup tworzonych przez większych graczy. I to właśnie stanowi wspomniany, podskórny niejako powód zamieszania na budowlanym rynku.

Aleksander Paszyński jest prezesem Korporacji Przedsiębiorstw Budowlanych Uni-Bud, byłym ministrem budownictwa