Na uczelniach państwowych nie ma problemów z łapówkarstwem
Jego Magnificencja Piotr Węgleński, rektor Uniwersytetu Warszawskiego, twierdzi, że prawie na żadnej wyższej państwowej uczelni, a już na pewno na UW, nie dochodzi do aktów korupcji. Profesorowie nie przyjmują także żadnych prezentów od studentów. Jeśli w jakiejś gazecie pojawi się informacja o tym, ile kosztuje ułatwienie „wejścia” na uczelnię, to rektor, broniąc dobrego imienia uczelni, wytacza proces.
„Puls Biznesu”: Słyszeliśmy, że Uniwersytet Warszawski planuje we wrześniu tego roku zakup 10 tys. komputerów dla studentów. Czy to prawda?
Piotr Węgleński: To jest jeszcze wstępny projekt. Plan wyjściowy był taki, żeby kupić naraz 10 tys. komputerów, i dzięki temu uzyskać duży rabat. Wyobrażam sobie, że komputer, który odpowiadałby nam kosztuje około 4 tys. zł. Jest to cena konfirguracji, która prawdopodobnie zadowalałaby większość studentów i pracowników. .. może z wyjątkiem informatyków. Gdyby udało się nam uzyskać ponad 50 proc. rabatu, to nie ja kupowałbym te komputery, tylko chciałbym żeby to zrobili studenci. Z tym, że ja dopłaciłbym wszystkim, powiedzmy, 30 proc. wartości. Myślę, że studenci poszliby na to, gdyby mogli dostać za mniej więcej 1 tys. zł komputer. Jednocześnie przy okazji kupiłbym hurtowo podstawowe oprogramowanie i ewentualnie załatwiłbym sprawę modemów i podłączenia do sieci.
„PB”: Wskazywałby Pan studentom jakąś konkretną firmę, w której mieliby kupić ten sprzęt?
P.W.: Tak, dlatego, że tutaj chodzi o wynegocjowanie jednego kontraktu. W tej chwili rozmawiamy z wieloma firmami i już wiem, że z jedną dużą, zachodnią nie dojdziemy do porozumienia. Okazało się, że dla niej 10 tys. komputerów to sprawa niewarta zainteresowania.
„PB”: Ale są przecież na rynku polscy producenci, którzy narzekają na spadek sprzedaży.
P.W.: Dlatego rozmawiamy teraz z firmami, które są zainteresowane tym kontraktem i myślę, że będzie można doprowadzić do jego finalizacji we wrześniu. Chyba że budżet kraju upadnie całkowicie i uczelnie wyższe znowu zostaną dotknięte cięciami finansowymi.
„PB”: Apropos sytuacji finansowej UW, jak sobie radzicie?
P.W.: Nie jest tragicznie. Bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że publiczne uczelnie wyższe w Polsce z małymi wyjątkami — to jest moje zdanie — jako instytucje państwowe nigdy nie miały takich perypetii, jak np. kopalnie czy kolej. Zawsze płaciliśmy podatki, odprowadzaliśmy składki ZUS-owskie, nie zwalnialiśmy pracowników. Jedynym wyjątkiem był chyba uniwersytet w Białymstoku, który musiał w którymś momencie wysłać pracowników na dwa tygodnie przymusowego urlopu. Duże uczelnie łatwiej amortyzują takie ciosy finansowe, jak cięcia budżetowe, bo sporo pieniędzy uzyskują tytułem czesnego za studia wieczorowe, zaoczne oraz inne rodzaje działalności, m.in. za prace badawcze, projektowe, wynalazcze, czy nawet za wynajem sal wykładowych i akademików w czasie wakacji. Oczywiście bez przesady, bo jeśli rok po roku budżet będzie obcinany, to dojdzie do jakichś drastycznych sytuacji.
„PB”: To znaczy?
P.W.: Na przykład ograniczymy rekrutację. Dotacja MEN na głowę studenta z każdym rokiem jest mniejsza. Co roku zwiększamy liczbę przyjmowanych studentów — nieznacznie, o kilka procent. Ciągle jeszcze utrzymujemy ponad połowę studentów, jako nie płacących. Z tej podstawowej formy studiów niepłatnych, dziennych korzysta u nas 51 proc. studentów i tego, zgodnie z zaleceniami Rady Głównej Szkolnictwa, nie będziemy zmieniać. Zresztą działamy zgodnie z uzasadnieniem i opinią Trybunału Konstytucyjnego — co do zgodności odpłatności za studia z artykułem 70 Konstytucji RP. My to rozumiemy.
„PB”: Rozumiecie, ale czy nie wolelibyście robić inaczej? Czy takie uzasadnienie nie ogranicza was trochę? To przecież nie jest zasada wolnorynkowa.
P.W.: Oczywiście, że nie jest. Mało tego, ona uderza w uczelnie publiczne, bo prywatne nie mają żadnych ograniczeń w pobieraniu czesnego. Ale myślę, że to jest jednak dość czysta sytuacja. To parlament decyduje o tym, ile pieniędzy przeznaczy na szkolnictwo wyższe, i dobrze. Tylko, że powinien zdecydować, ilu ludzi w Polsce powinno mieć wykształcenie wyższe. W zależności od możliwości budżetu państwa powinien określić, czy mniej czy więcej. Nie powinno się jednak robić tego, co w tej chwili.
„PB”: Czyli?
P.W.: Dotacje na szkolnictwo państwowe są niewielkie, a oczekuje się od nas coraz większej liczby wykształconych studentów. To powinno być bardzo wyraźnie powiedziane, że stać nas na tyle a tyle studentów szkół wyższych publicznych, a pozostali płacą. Wtedy, jeżeli budżet państwa jest bardzo biedny, powinniśmy mieć prawo pobierania czesnego niekoniecznie od 50, ale być może nawet od 75 proc. studentów. Oczywiście rektorzy szkół publicznych, chcieliby mieć jak najwyższe budżety i wszystkich kształcić za darmo.
„PB”: Czy, Pana zdaniem, to że uczelnie prywatne, które pobierają czesne od wszystkich studentów, a dostają dotacje od państwa, jest sprawiedliwe?
P.W.: Te dotacje są symboliczne. Mimo to wydaje się mi, że te szkoły nie powinny być dotowane. Natomiast nie wykluczam dotowania studentów. To znaczy, studenci powinni być dotowani bezpośrednio przez MEN po to, żeby móc opłacić czesne. Szkoły prywatne w Polsce to jeszcze jeden problem — ogromna większość z nich to uczelnie o bardzo niskim poziomie nauczania. Myślę, że mamy kilka, może kilkanaście dobrych uczelni niepublicznych, a jest ich w kraju prawie 200. Podobno kilkaset czeka na zatwierdzenie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Niedawno wprowadzona poprawka do ustawy o szkolnictwie wyższym stawia tym uczelniom wymóg posiadania akredytacji. To pomoże skutecznie regulować ministerstwu dość żywiołowy pęd do tworzenia prywatnych uczelni wyższych. Przecież organizacja niektórych z nich jest zupełnie groteskowa. Czasami aż śmiech bierze, jak się na to patrzy. Teraz można zapytać: ale kogo to obchodzi, przecież rynek to ureguluje?
„PB”: Właśnie.
P.W.: Wydaje mi się, że jest to troszeczkę obowiązkiem rządu, a w tym wypadku MEN-u, żeby przynajmniej podawać do publicznej wiadomości, co dana uczelnia jest warta, albo w ogóle nie dopuścić do tego, żeby powstała szkoła, która nie spełnia minimalnych wymogów jakościowych. Zresztą to dotyczy nie tylko prywatnych szkół, ale i publicznych. Przecież mają powstać w Polsce cztery nowe uniwersytety: w Zielonej Górze, Rzeszowie, Kielcach i Częstochowie. Ten ostatni przypadek, jest jakimś dziwnym tworem, który ma powstać z Wyższej Szkoły Pedagogicznej i Seminarium Duchownego. Podobno projekt stworzenia tej uczelni trafił do parlamentu z pominięciem Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. Promuje go jakiś klerykalno-polityczny układ. Uczelnia państwowa nie powinna powstawać w ten sposób. Podobno tylko uniwersytet z Zielonej Góry prawie spełnia minimalne wymogi stawiane przez Radę Główną, Rzeszów — nie, bo z projektu wycofała się Politechnika Rzeszowska, Kielce podobno też nie, a Częstochowa zupełnie nie. Wobec tego te szkoły nie powinny powstać.
„PB”: Panie Rektorze, a jakie jest pańskie zdanie o kadrze naukowej uczelni publicznych, która gdzieś na boku dorabia?
P.W.: To powinno być robione z umiarem. Jedna z poprawek do ustawy o szkolnictwie wyższym, która nie została zatwierdzona, dotyczyła pewnego ograniczenia w tej kwestii. Była tak sformułowana, że rektor uczelni państwowej nie powinien wydawać zgody na zatrudnienie poza uczelnią. Została oprotestowana przez posłów, ponieważ w naszym parlamencie działa silne lobby popierające szkoły niepubliczne. Obawiano się, że rektorzy szkół publicznych będą całkowicie zakazywać pracy poza uczelnią. Tymczasem konsensus był taki, że rektorzy szkół publicznych zgadzaliby się na jedno dodatkowe zatrudnienie.
„PB”: A Pan by się zgadzał?
P.W.: Tak.
„PB”: Tylko na jedno?
P.W.: Tak. Ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś taki odszedł do innej szkoły. Wydaje mi się, że to byłoby zdrowsze. Na pewno negocjowałbym z taką osobą jej płace. Bardzo dobrego pracownika chciałbym zatrzymać na uczelni i proponowałbym wyższe zarobki. Gdyby ich nie przyjął, to wolałbym, żeby odszedł, niż pracował w 2-3 miejscach równocześnie. Oczywiście nie chciałbym, żeby zatrudnił się u konkurencji.
„PB”: Kogo Pan uważa za konkurencję?
P.W.: Konkurencją dla mnie jest na przykład wyższa szkoła w Warszawie o podobnym profilu, jak jeden z wydziałów mojego uniwersytetu. Natomiast już uczelnie w Pułtusku czy Ciechanowie nie stanowią dla mnie konkurencji.
„PB”: Czyli traktuje Pan uczelnie prywatne jak konkurencję dla szkolnictwa publicznego?
P.W.: Tak.
„PB”: A dlaczego?
P.W.: Bo konkurują o studentów.
„PB”: Tych, którzy płacą?
P.W.: Uczelnie prywatne są płatne, więc konkurencji na polu studiów bezpłatnych nie ma. Ale zupełnie inaczej wygląda to na gruncie studiów płatnych. Cieszę się z tej konkurencji, nic złego w tym nie ma, ale protestowałem, kiedy grupa profesorów mojej uczelni chciała założyć prywatną szkołę w swojej specjalności przy UW. Powiedziałem im: Panowie, jeżeli chcecie i macie wolne moce przerobowe, ochotę, energię i czas, to przyjmijmy większą liczbę studentów na wasz wydział, niech płacą to czesne tutaj, a nie w prywatnej szkole. O to mi właśnie chodzi, kiedy mówię o problemach z konkurencją. Uważam też za niestosowne, kiedy nasi pracownicy wykładają w takiej szkole, jak np. szkoła im. Wańkowicza, która kojarzy się z jednym wielkim skandalem.
„PB”: No właśnie... skandale. Panie Profesorze, musimy teraz zadać trudne pytanie. Jak wygląda sytuacja związana z korupcją na Uniwersytecie Warszawskim?
P.W.: To niesłychanie rzadkie przypadki na wszystkich poważnych uczelniach publicznych. Cała procedura rekrutacji jest obecnie oparta na testach i pełnej anonimowości, dlatego myślę, że szalenie trudno jest kogoś przekupić. Bo chyba właśnie rekrutacja jest tym najbardziej newralgicznym punktem — tu waży się kwestia przyjęcia na studia płatne lub bezpłatne. Jeżeli czesne wynosi np. 6 tys. zł rocznie przez 5 lat, to daje sumę 30 tys. zł. Zatem to jest stawka, o którą się walczy. Na pewno na UW, ale sądzę, że i na innych uczelniach tego typu, też nigdy nie było problemu z łapówkarstwem.
„PB”: A biorą profesorowie prezenty?
P.W.: W jakiej postaci?
„PB”: Bombonierki, butelki drogiego alkoholu itp.
P.W.: Mnie osobiście się zdarzało, że mamusia studenta przychodziła podziękować za coś i zostawiała butelkę z jakimś alkoholem. Wówczas z wielkim krzykiem i zdziwieniem ją odprawiałem. Wiem, że takie próby są podejmowane, ale wydaje mi się, że jest to niezbyt dobrze przyjmowane przez kadrę naukową. Czasem, może gdzieś... ale to najczęściej robią ci rodzice studentów, którzy mają złe doświadczenia z załatwianiem spraw np. w służbie zdrowia. Myślę, że większym problemem w szkolnictwie wyższym są plagiaty w pisaniu prac magisterskich.
„PB”: Ale z drugiej strony zawsze w trakcie egzaminów wstępnych na uczelnie wyższe w mediach aż huczy od komentarzy dotyczących korumpowania komisji egzaminacyjnych. Porównuje się na przykład ceny wejścia na wydział prawa UW i UJ.
P.W.: Całkowicie wyssane z palca. W ubiegłym roku ukazała się podobna publikacja w „Rzeczpospolitej” — opisywano przykłady korupcji na wyższych uczelniach w Polsce. Jako przykład podano Wydział Prawa UW. Napisano tam, że ułatwienie wejścia na te studia kosztuje 3 tys. zł. Jest to nieprawdziwa informacja, bo gdyby nawet ci prawnicy chcieli brać pieniądze, to nie byłoby to 3 tys., ale zapewniam panów, dużo, dużo więcej. Sama wysokość podanej łapówki wykluczała prawdziwość informacji. Rozmawiałem wtedy z dziekanem Wydziału Prawa i powiedziałem: albo rozwiążę ten wydział, jeśli jest to prawda, albo uzyskacie od tego dziennika duże odszkodowanie! Wydział wytoczył proces „Rzeczpospolitej”, tyle że na wokandę sprawa wejdzie za jakieś 3 lata, a do tego czasu wszyscy o tym zapomną.
„PB”: To po co się w ogóle ukazują takie publikacje? Ktoś chce komuś zaszkodzić? Podobno w każdej plotce tkwi ziarno prawdy.
P.W.: Wydaje mi się, że wyszukiwanie nieuczciwości w szkolnictwie wyższym to zwykła pogoń za sensacją. Jest to charakterystyczna cecha polskich mediów, dla których nie ma sprawy, jeśli nie ma afery. Na przykład dla „Gazety Wyborczej” nie jest newsem to, że przyjeżdża do nas dalajlama z wykładem i 10 tys. studentów chce go wysłuchać. O tym się nie pisze. Natomiast, jeżeli pojawi się konflikt przy przebudowie starego budynku biblioteki UW, albo w stołówce podano nieświeże naleśniki, to momentalnie sprawa jest eksponowana. Podobnie jest z łapówkami. Nie uważam jednak, że nagłaśnianie pewnych spraw jest zawsze niewłaściwe. Kiedy prasa wytykała, że przy zapisach na zajęcia na wydziale prawa tworzą się gigantyczne kolejki i studenci się biją, to musieliśmy rozwiązać ten problem. Nawet jeżeli ta informacja była przesadzona, to dobrze, że prasa zajęła się tym, bo zmusiła nas do interwencji. Oczywiście nie chciałbym, żeby prasa uprawiała propagandę sukcesu. Mogłaby jednak odnotowywać powodzenia, nie tylko sytuacje krytyczne.
„PB”: W takim razie, skoro jesteście ciągle piętnowani przez media, to może się Pan teraz pochwalić.
P.W.: Mamy, może nie wszystkie, ale niektóre, rzeczywiście znakomite kierunki studiów. Zwłaszcza studia interdyscypilnarne — Międzywydziałowe Studia Humanistyczne czy Międzywydziałowe Studia Matematyczno-Przyrodnicze. Mamy też kilka świetnych kierunków podyplomowych, np. studia MBA, które organizujemy wspólnie z Uniwersytetem w Illinois. Ludzie płacą za nie niemało, bo 9 tys. USD rocznie. Drugą dziedziną, w której wydaje mi się, że UW cudem jakimś dobrze sobie radzi, jest program inwestycyjny. Powstał nie tylko nowy budynek wydziału prawa, w tym roku zostaną także skończone dwa nowe — wydziału ekonomii i zarządzania. Mam nadzieję, że jeszcze kilka inwestycji uda się nam zakończyć w ciągu najbliższych 2 lat — niekoniecznie za nasze pieniądze. Chcemy wybudować na Ochocie kompleks sportowy z halą i pływalnią, domy akademickie na Służewcu i na Powiślu. I trzecia rzecz, która wydaje mi się warta podkreślenia to fakt, że mimo tych wszystkich problemów, z którymi się borykamy, to jednak nadal z UW są związane autorytety z różnych dziedzin. Staramy się utrzymywać kadrę naukową na bardzo wysokim poziomie i chyba nam się to udaje. W tym roku uruchomiliśmy specjalne stypendia rektorskie dla mniej więcej 30 proc. kadry uniwersytetu. Wyróżnieni adiunkci otrzymują 500 zł miesięcznie przez cały rok, a profesorowie 1 tys. zł.