Na wybory poczekamy

Bartosz Krzyżaniak
09-03-2006, 00:00

Kilka miesięcy, rok a może dłużej — ekonomiści typują, ile czasu pozostało układowi wyłonionemu w ostatnich wyborach.

PiS znów straszy wcześniejszymi wyborami, SLD rozważa złożenie wniosku o samorozwiązanie Sejmu, do którego PO nie chce przykładać ręki. Zamieszanie związane z możliwością przyspieszonego oddelegowania Polaków do urn trwa z małymi przerwami od kilku tygodni. Podobnie jak społeczeństwo, także rynki finansowe zdążyły się do takiej sytuacji przyzwyczaić, co nie znaczy, że nie pozostaje to dla nich obojętne, a analitycy nie kreślą możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji na scenie politycznej.

Panowie, tracimy czas

— Mamy do czynienia z niesamowitym paraliżem władzy. Na razie trwają kłótnie, na co jeszcze wydać pieniądze — ocenia Bartosz Pawłowski, ekonomista ING BSK.

Ekonomiści, choć zastrzegają, że sytuacja rozwija się bardzo dynamicznie, mają odmienne zdanie o trwałości obecnego układu rządzącego.

— Przetrwa kilka miesięcy, w czasie których wśród inwestorów panować będzie niepewność przekładająca się m.in. na osłabienie złotego względem euro, za które przyjdzie zapłacić ponad 4 zł — przewiduje Piotr Kalisz, ekonomista Banku Handlowego.

W połowie roku, na skutek konieczności podjęcia pracy nad budżetem, do którego swoje pięć groszy będą chcieli dołożyć paktowi partnerzy PiS, temperatura polityczna wzrośnie. Możliwe, że podniosą ją problemy z wdrożeniem ustawy o finansach publicznych, czego efektem może być dymisja Zyty Gilowskiej.

— Wybory parlamentarne odbędą się najpewniej w okolicy samorządowych, czyli jesienią. Po nich, nawet w przypadku podobnego podziału mandatów, PiS i PO łatwiej będzie usiąść do stołu negocjacyjnego, co dziś wydaje się mało prawdopodobne — uważa ekonomista BH.

Zdaniem ekonomisty ING, na wybory poczekamy dłużej, bo ponad rok. Przez ten czas będziemy świadkami sytuacji przypominającej dzisiejszą.

— Spodziewam się, że „rozmowy ostatniej szansy” między PiS i partnerami z paktu będą się powtarzały co dwa tygodnie — uważa Bartosz Pawłowski.

Jego zdaniem, najprawdopodobniejszy termin wyborów to wiosna przyszłego roku.

— Poprzedzi je kolejna awantura, której tym razem nie załagodzi podpisanie paktu — przewiduje ekonomista ING.

Przedterminowych wyborów nie zakłada (choć takiego scenariusza nie wyklucza) Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP.

— Z biegiem czasu partia rządząca może tracić poparcie społeczne, co zmniejszyłoby jej zainteresowanie wcześniejszymi wyborami. Najlepsza okazja do ich rozpisania minęła trzy tygodnie temu. Wtedy jednak prezydent się na to nie zdecydował — uważa ekonomista PKO BP.

Według niego obecny parlament przetrwa ustawowe cztery lata, co będzie oznaczało administrowanie krajem od głosowania do głosowania i szantażowanie wyborami przy ważniejszych projektach ustaw.

— To nie musi oznaczać kryzysu. Jednak na poważne reformy gospodarcze nie ma co liczyć — tłumaczy Łukasz Tarnawa.

Pomieszanie z poplątaniem

Polityczną zawieruchą martwią się przedsiębiorcy, którzy parlamentarzystów oceniają z perspektywy zmieniającego się prawa.

— A tu panuje chaos. Jak słyszymy o kolejnych wyborach, cierpnie nam skóra — przyznaje Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Jak tłumaczy, nie dość że już straciliśmy rok, bo prezydent Kwaśniewski nie zdecydował się na wiosenne wybory, to tracimy kolejny. Inna ekipa przygotowuje budżet, inna go realizuje, nie wiadomo, co będzie w tym roku.

— To kompletne pomieszanie z poplątaniem — dodaje szef ZRP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Krzyżaniak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Na wybory poczekamy