Polska GPW
Dziś od rana mieliśmy do czynienia z kontynuacją osłabienia na naszym rynku, widocznego wyraźnie już wczoraj pod koniec sesji. Wskaźnik największych spółek rozpoczął od spadku o prawie 0,9 proc., WIG zniżkował o niemal 0,5 proc. Lepiej radziły sobie indeksy małych i średnich firm, notując niewielkie, sięgające 0,2-0,3 proc. zwyżki. Co gorsza, sytuacja wcale nie chciała się poprawiać. W ciągu pierwszej godziny handlu skala spadków jeszcze nieco się zwiększyła, choć wielkiej wyprzedaży nie było widać. Działo się to przy dość mizernych obrotach.
Zaledwie kilka spółek wchodzących w skład WIG20 było rano na plusie.
Indeksowi najbardziej „szkodziła" wielka piątka. Papiery KGHM traciły 1,6 proc.,
walory PKN, PKO i Telekomunikacji Polskiej zniżkowały po około 1,2-1,3 proc. Co
najbardziej zaskakujące, akcje Pekao spadały o ponad 2,5 proc. po publikacji
dobrych i dużo lepszych niż się
spodziewano, wyników finansowych banku. W
ciągu dnia spadek sięgał 4-5 proc. Pod koniec sesji inwestorzy zmienili zdanie
na temat papierów KGHM, która zaczęły rosnąć i to pomimo spadających
zdecydowanie notowań miedzi. To zdecydowanie pomogło indeksowi największych firm
w ograniczeniu skali zniżki. Dziś trudno było odgadnąć intencje
inwestorów.
Według dość powszechnego mniemania dziś to właśnie spadek cen surowców popsuł
nastroje na giełdach. Jak widać nie wszystkim, dla niektórych taniejąca miedź
okazała się dobrym powodem do sprzedaży akcji Pekao, a dla innych do kupna
papierów KGHM, które ostatecznie zyskały 3 proc.
WIG20 stracił 1,22 proc., WIG spadł o 0,9 proc., mWIG40 zniżkował o 0,56 proc., a sWIG80 jedynie o 0,13 proc. Obroty wyniosły 1,38 mld zł.
Giełdy zagraniczne
Po dobrych danych wskazujących na zahamowanie negatywnych tendencji w amerykańskim przemyśle i sygnalizujących możliwość dodatniej dynamiki PKB, Wall Street nieco odważniej ruszyła w górę. Dow Jones zyskał 1,25 proc., a S&P500 wzrósł o 1,53 proc., wydostając się nieco powyżej poziomu 1000 punktów. Powinno to było natchnąć optymizmem pozostałe giełdy na świecie. Ale nie natchnęło.
W Azji co prawda przeważały wzrosty, ale ich skala była bardzo umiarkowana. Nikkei zwiększył swoją wartość o zaledwie 0,22 proc., na parkiecie w Hong Kongu zwyżka sięgała 0,2 proc., w Korei 0,9 proc. Tylko w Szanghaju indeks zwyżkował o 1,45 proc. Na Tajwanie i w Bombaju lekkie zniżki.
Główne giełdy europejskie zaczęły dzień na niewielkich minusach, podobnie
zresztą jak większość pozostałych parkietów. Nastroje nie były więc najlepsze i
wcale nie zapowiadało się na ich poprawę. Trudno też było wskazać przyczynę
słabego zachowania się rynków. Pewnie czekanie na korektę za oceanem, której
możliwość sugerowały
spadające kontrakty na amerykańskie indeksy. Ale żeby
się tak od rana na zapas zamartwiać, to chyba przesada. Jedynie londyński FTSE
nie bał się przejść na plus już po kilkunastu minutach handlu. Na giełdach
naszego regionu notowano rano symboliczne wzrosty. Warszawa i Bukareszt
konkurowały między sobą o miano najsłabszego rynku.
Bukareszt wyszedł
z tej konkurencji zupełnie przegrany. Gdy w Warszawie spadki się nasilały, tam
indeks zdołał wyjść nawet nad kreskę. Z niewiadomych powodów „gwiazdami" były
parkiety w Rydze, gdzie indeks zyskiwał ponad 6 proc., Sofia ze zwyżką o 2,7
proc. i Tallin, zyskujący ponad 2 proc. Około 16.30 DAX tracił 0,3 proc., a
CAC40 zniżkował o 0,5 proc. Londyński FTSE zyskiwał 0,28 proc.
Waluty
Po niedawnych „szaleństwach", na rynku walutowym mamy do czynienia z uspokojeniem się sytuacji. Główne waluty znalazły chwilowo równowagę na poziomie zbliżonym do 1,44 dolara za euro. Korekta na rynku akcji, której należy się wkrótce spodziewać, natychmiast pomoże amerykańskiej walucie. Na naszym rynku dziś przyszedł czas na lekkie przytemperowanie mocy złotego. Jego ostatnie wyczyny budzą uznanie, ale nie mogły nie spotkać się z korektą. Dolar drożał rano o dwa grosze w porównaniu do rekordowo niskiego poziomu poniedziałkowego i trzeba było płacić za niego 2,85 zł. Także euro podrożało o 2 grosze i kosztowało 4,1 zł. Frank wyceniany był na 2,68 zł, o grosz wyżej, niż wczoraj.
Stopniowe pogarszanie się nastrojów na giełdach pod koniec dnia lekko
umocniło dolara wobec euro, ale ruch nie był ani duży, ani gwałtowny. Złotemu
się oczywiście nie przysłużył i nasza waluta nadal nieznacznie się osłabiała.
Gdy po rozpoczęciu sesji na Wall Street okazało się, że skala przeceny akcji
jest minimalna, kurs euro ponownie podskoczył
do ponad 1,44 dolara.
Podsumowanie
Z jednej strony można mówić, że mamy za sobą całkiem ładny wzrost, trwający już prawie sześć miesięcy. Coraz częściej inwestorzy zadają sobie pytanie, czy nie zaprowadził nas za daleko i czy już nie czas na większą korektę. Trochę strach kupować akcje, w obawie, że zrobimy to zbyt późno i zbyt drogo. Ale z drugiej strony kupujący wciąż się znajdują. A wzrosty naszych indeksów wcale nie są specjalnie oszałamiające. Od początku roku do końca lipca nasz indeks największych spółek wzrósł o 20 proc., a choćby – nie szukając daleko – węgierski BUX zwyżkował w tym czasie o prawie 32 proc., a średni wzrost dla rynków wschodzących wyniósł prawie 43 proc. Może więc wcale nie ma czego się bać? Słabość rynku we wczorajszej końcówce sesji i dziś oraz reakcja na znacznie lepsze niż się spodziewano wyniki Pekao, każą jednak zachować dużą ostrożność.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance