Nadszedł czas dla spekulantów
W sytuacji niespodziewanych i zaskakujących wydarzeń światowe indeksy zachowują się jak wahadła. Tak było również w ostatnim tygodniu po wtorkowej katastrofie w Stanach Zjednoczonych.
Pierwsza reakcja na świecie była wyważona — cóż, katastrofy samolotów się zdarzają. Później było już tylko gorzej. Niewykluczone, że posiadacze krótkich pozycji zarobili w czasie kilkudziesięciu minut po katastrofie znaczne pieniądze.
Można podziwiać, za refleks tych, którzy szybko pootwierali krótkie pozycje, żeby wykorzystać nadchodzące spadki. Z całą pewnością podejmowane ryzyko było znacznie wyższe niż w normalnych warunkach rynkowych.
W międzyczasie mogą pojawić się domorośli guru, mówiący że spadki były do przewidzenia, potrzebny był tylko odpowiedni bodziec, który je wyzwoli. Cóż z takim poglądem można poważnie dyskutować, zadając przede wszystkim pytanie — jaka byłaby reakcja na identyczne wydarzenie w czasie hossy — gdy na rynkach było znacznie więcej graczy, reagujących o wiele bardziej emocjonalnie.
Skala spadków na wtorkowej sesji była tak duża, że wszyscy którzy posiadali otwarte długie pozycje z pewnością zdołali je pozamykać. W komentarzu sprzed tygodnia sugerowany był obszar obronny w strefie 1115-1130 pkt. Wystawiając odpowiednie zlecenia można było być pewnym ich realizacji na sesji wtorkowej. Ci, którzy z różnych powodów nie zdążyli, następnego dnia mogli mieć niewesołe miny.
Wszelkie rekomendacje publikowane w ostatnich dniach można śmiało potraktować jako ruletkę. Dopóki sytuacja się nie uspokoi możemy być świadkami gwałtownych wahań. Prawdopodobnie najlepszym wyjściem będzie pozostawanie z boku i obserwacja rynku. Inwestorzy ze znacznie większą skłonnością do ryzyka mogą oczywiście próbować przewidzieć kierunek zmian (zwłaszcza z dnia na dzień), wydaje się jednak, że potencjalny zysk nie jest wart ponoszonego ryzyka. W bieżącej sytuacji nawet składanie zleceń stop może nie być dobrym wyjściem. Prawdopodobieństwo pojawienia się z dnia na dzień luk jest bardzo wysokie.