Nadzieja Ukrainy ma kolor pomarańczowy

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-11-22 00:00

350 lat temu, dokładnie 18 stycznia 1654 roku, zebrana w Perejasławiu starszyzna kozacka zdecydowała o związaniu losów Ukrainy z Rosją. Dla uczczenia 300-lecia braterstwa obu narodów, towarzysz Nikita Chruszczow uszczęśliwił sowiecką Ukrainę włączeniem do niej 19 lutego 1954 roku zrusyfikowanego Krymu. Ów prezent sprzed pół wieku ma dla wyborów prezydenta niepodległej Ukrainy znaczenie zasadnicze, albowiem Rosjanie stanowią 62 proc. ludności półwyspu. Bez głosów Krymu — gdzie w obu turach górował premier Wiktor Janukowycz — zwycięstwo byłego premiera Wiktora Juszczenki byłoby oczywiste.

Niniejszy tekst musiałem, niestety, pisać bez znajomości choćby cząstkowych wyników po zamknięciu lokali wyborczych. Trzeba się było opierać tylko na ostatnich sondażach oraz na wieściach nadchodzących przez całą niedzielę z Ukrainy. Obstawiam oczywiście Juszczenkę, chociaż... W stosunku do pierwszej tury, nowym elementem stała się obawa jego sztabu o przeniesienie wyborczych matactw aparatu państwowego na wyższy szczebel. 31 października najwięcej oszustw zdarzyło się na poziomie komisji obwodowych, teraz najbardziej zagrożone ma być wprowadzanie ich protokołów do systemu elektronicznego oraz sumowanie.

Poglądy kandydata w pomarańczowych barwach są dobrze znane uczestnikom Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdroju. Wiktor Juszczenko otrzymał tam w roku 1999, jeszcze jako szef Narodowego Banku Ukrainy, tytuł Człowieka Roku Europy Środkowej i Wschodniej. Potem stale przyjeżdżał — jako premier i jako deputowany (tylko w tym roku nie był, ze względu na kampanię). Zawsze podkreślał obranie przez Ukrainę kursu na integrację europejską i wręcz oburzał się, jak można w ogóle pomyśleć o jednoczeniu Europy bez jego państwa! Geograficznie oczywiście ma rację, ale politycznie i gospodarczo — hm... Ukrainie obiektywnie jest dużo bliżej do Wspólnej Przestrzeni Ekonomicznej pod przewodem Rosji niż do abstrakcyjnej Unii Europejskiej. Tym bardziej, że Moskwa zaprasza Kijów szeroko otwartymi rękami od zaraz, natomiast Bruksela postawi setki warunków i wytyczy wieloletnią drogę przez mękę.

Bez względu na oficjalne wyniki (na których ogłoszenie władza dała sobie aż 15 dni!), jedno wiadomo na pewno — wybory prezydenckie w roku 2004 podniosły naród z kolan. Na Ukrainie nastąpiło zbiorowe przełamanie bariery strachu, co pozostaje nadal niewyobrażalne w Rosji, nie wspominając już o Białorusi. A przecież dopiero wtedy, gdy społeczeństwo poczuje wewnętrzną wolność, może zaistnieć wolnorynkowa gospodarka. Tak było w Polsce — pod koniec roku 1988, czyli w końcówce PRL, uchwalona została całkiem niezła ustawa o działalności gospodarczej, ale przecież bez przełomu z czerwca roku 1989 nigdy by ona nie „zaskoczyła”!

Pozostajemy z nadzieją, że polska droga zostanie powtórzona przez naszego wschodniego sąsiada. Uznanie przez WTO gospodarki ukraińskiej za rynkową będzie możliwe tylko pod warunkiem skruszenia się postradzieckiego betonu, wciąż — mimo 13 lat formalnej niepodległości — krępującego wolność i przedsiębiorczość. Warunkiem wstępnym i koniecznym jest uprawomocnienie się zwycięstwa wyborczego Wiktora Juszczenki, było nie było — kolegi z Krynicy.