Najgorszy byłby stan niepewności

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2020-11-09 22:02

W 2016 r. zdobycie prezydentury USA przez Donalda Trumpa naturalnie zaskoczyło również rynki, ale tąpnięcie potrwało zaledwie godziny. Wtedy wybory odbyły się 8 listopada, przypominamy okładkę „PB” z 10 listopada, czyli dokładnie sprzed czterech lat. Zapisany poniżej tytułu „Trump? No problem” lejtmotyw wydania brzmiał „Wieści o powszechnej panice po zwycięstwie kontrowersyjnego republikanina okazały się mocno przesadzone”. Rozwój sytuacji potwierdził zasadność tamtej opinii. Obecnie jest znacznie spokojniej, powyborczy zgiełk głośny jest w warstwie polityczno-społecznej, ale nie w gospodarczej. Paradoksalnie rozłożenie w czasie ogłaszania wyroku społeczeństwa USA o usunięciu Donalda Trumpa z Białego Domu przebiegło znacznie łagodniej, niż gdyby nastąpiło to od razu po nocy wyborczej z 3 na 4 listopada. Notabene okoliczność, że kolejny prezydent USA będzie miał w Kongresie bratnią Izbę Reprezentantów oraz wraży politycznie Senat (czyli odwrotnie niż w kadencji kończącej się) została uznana przez rynki za okoliczność… stabilizującą i uspokajającą.

Wizerunek Donalda Trumpa z naszej okładki sprzed czterech lat pasuje do obecnej sytuacji. Powitalny gest ręką nie różni się przecież od pożegnalnego, ciut inny jest jedynie… wyraz twarzy. Na całym ziemskim globie tylko dwa ośrodki wierzą jeszcze w cud i zdobycie przez 45. prezydenta USA drugiej kadencji. Jednym jest on sam z najbliższą rodziną, bo głupstw o sfałszowanych i skradzionych wyborach nie śmie upowszechniać nawet wiceprezydent Michael Pence. Tym drugim zaś jest… Telewizja Polska, której ideologiczne zabetonowanie odstaje nawet od reakcji Andrzeja Dudy – prezydent przesłał w niedzielę do Josepha Bidena depeszę, chociaż nijaką.

Konstytucja USA za dzień wyborów prezydenta wcale nie uznaje pierwszego wtorku po 1 listopada. Prawnie nastąpi to dopiero 14 grudnia, czyli w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia. Wtedy w stolicach 50 stanów oraz federalnym Waszyngtonie elektorzy oddadzą głosy zgodnie ze zbiorowym werdyktem mieszkańców ich stanów i stołecznego dystryktu. 78-letni Joseph Biden zostanie 46. prezydentem na pewno, ale arytmetyczna kropka nad „i” jeszcze nie została postawiona. Wynik może brzmieć 306:232 lub 290:248, wszystko zależy od ostatecznego przydziału 16 mandatów ze stanu Georgia. Zwycięstwo Bidena przewidziałem na tych łamach już w czwartek 5 listopada, ale wtedy wyszedł mi – na podstawie cząstkowych wyników i zaliczenia nie tylko wspomnianej Georgii, lecz ludnej Pensylwanii na konto Donalda Trumpa – niesamowity rozkład głosów elektorskich 270:268. Byłaby to okoliczność fatalna, uwzględniając istnienie zjawiska pojedynczych elektorów wiarołomnych, głosujących niezgodnie z wynikami stanowymi. Przy tak śladowej różnicy wielka niepewność utrzymywałaby się aż do 14 grudnia. Na szczęście będzie już spokojnie.