Wizerunek Donalda Trumpa z naszej okładki sprzed czterech lat pasuje do obecnej sytuacji. Powitalny gest ręką nie różni się przecież od pożegnalnego, ciut inny jest jedynie… wyraz twarzy. Na całym ziemskim globie tylko dwa ośrodki wierzą jeszcze w cud i zdobycie przez 45. prezydenta USA drugiej kadencji. Jednym jest on sam z najbliższą rodziną, bo głupstw o sfałszowanych i skradzionych wyborach nie śmie upowszechniać nawet wiceprezydent Michael Pence. Tym drugim zaś jest… Telewizja Polska, której ideologiczne zabetonowanie odstaje nawet od reakcji Andrzeja Dudy – prezydent przesłał w niedzielę do Josepha Bidena depeszę, chociaż nijaką.
Konstytucja USA za dzień wyborów prezydenta wcale nie uznaje pierwszego wtorku po 1 listopada. Prawnie nastąpi to dopiero 14 grudnia, czyli w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia. Wtedy w stolicach 50 stanów oraz federalnym Waszyngtonie elektorzy oddadzą głosy zgodnie ze zbiorowym werdyktem mieszkańców ich stanów i stołecznego dystryktu. 78-letni Joseph Biden zostanie 46. prezydentem na pewno, ale arytmetyczna kropka nad „i” jeszcze nie została postawiona. Wynik może brzmieć 306:232 lub 290:248, wszystko zależy od ostatecznego przydziału 16 mandatów ze stanu Georgia. Zwycięstwo Bidena przewidziałem na tych łamach już w czwartek 5 listopada, ale wtedy wyszedł mi – na podstawie cząstkowych wyników i zaliczenia nie tylko wspomnianej Georgii, lecz ludnej Pensylwanii na konto Donalda Trumpa – niesamowity rozkład głosów elektorskich 270:268. Byłaby to okoliczność fatalna, uwzględniając istnienie zjawiska pojedynczych elektorów wiarołomnych, głosujących niezgodnie z wynikami stanowymi. Przy tak śladowej różnicy wielka niepewność utrzymywałaby się aż do 14 grudnia. Na szczęście będzie już spokojnie.