Najpierw menedżer, później samorządowiec

Marta Bellon
opublikowano: 2010-10-25 00:00

Droga od biznesu do samorządu wcale nie jest daleka. Miasto jest jak firma, mieszkaniec jak akcjonariusz.

Doświadczenie w biznesie pomaga rządzić miastem

Droga od biznesu do samorządu wcale nie jest daleka. Miasto jest jak firma, mieszkaniec jak akcjonariusz.

W zbliżających się wyborach samorządowych obok polityków startują również kandydaci, którzy zdecydowali się zamienić stanowisko prezesa czy dyrektora na fotel burmistrza lub prezydenta. Smak władzy i ambicja — to one pchają byłych przedsiębiorców do samorządu. Mówią, że warto, bo praca w magistracie stawia podobne wyzwania jak działalność biznesowa.

Wygodniej niż w biznesie

Ryszard Ścigała, prezydent Tarnowa, przyznaje, że do samorządu przeniósł się z przyczyn politycznych.

— Podziękowano mi za pracę w zakładach azotowych, choć była niezwykle skuteczna. Zamarzyła mi się prezydentura. Ta skuteczność, którą dostrzegli wyborcy, pozwoliła mi wygrać ze wszystkimi konkurentami — podkreśla prezydent Ścigała.

Według niego, biznesowa przeszłość pozwala spojrzeć na pracę w samorządzie z szerszej perspektywy.

— W samym Tarnowie jest 7800 ludzi bezpośrednio zależnych od prezydenta — nauczycieli, pracowników służb, ludzi kultury. Tym bardziej trzeba być dobrym menedżerem — zaznacza prezydent Ścigała.

Karierę zaczynał w Zakładach Azotowych w Tarnowie-Mościcach.

— Przeszedłem tam wszystkie szczeble aż do prezesa. Zostałem nim, kiedy firma była w głębokim kryzysie. W latach 2001-06 udało mi się wyprowadzić ją z zapaści — mówi Ryszard Ścigała.

Doświadczenia zdobyte w biznesie pomagają mu w zarządzaniu miastem.

— To dobry background. Są oczywiście przeszkody, które nie występują w biznesie, takie jak instytucjonalne domniemanie nieuczciwości, które powoduje na przykład, że samorząd mniej optymalnie wydaje pieniądze. Ale w samorządzie funkcjonuje się też wygodniej niż w biznesie, bo że nie może on zbankrutować — musi utrzymać ustawowy poziom wskaźników długu — mówi Ryszard Ścigała.

Nie dla kasy

Zdaniem Tadeusza Ferenca, prezydenta Rzeszowa, do samorządu na pewno nie idą ci, którzy liczą na sowite zarobki.

— Jako samorządowiec zarabiałem dużo mniej niż jako prezes spółdzielni, którym wcześniej byłem. Podjąłem decyzję o kandydowaniu, ponieważ interesował mnie rozwój miasta, w którym mieszkałem z małymi przerwami przez całe życie — mówi Tadeusz Ferenc.

Pierwsze doświadczenia zawodowe prezydent Ferenc zdobywał w zakładach WSK Świdnik. W tegorocznym konkursie Gmina Fair Play otrzymał tytuł "Samorządowego menedżera roku". Przekonuje, że wyzwania, z jakimi trzeba się zmierzyć w przedsiębiorstwie, są podobne do tych, które stawia praca w magistracie.

— A zarządzanie miastem daje ogromną satysfakcję — zaznacza prezydent Rzeszowa.

Nie wszystkim jednak praca w samorządzie wydaje się od razu tak kusząca jak kierowanie przedsiębiorstwem. Kiedy po 20 latach pracy w firmie budowlanej Wojciech Lubawski, dzisiejszy prezydent Kielc dostał propozycję zostania wojewodą świętokrzyskim, przyjął ją sceptycznie.

— Na początku bardzo się opierałem, nie była to dla mnie propozycja atrakcyjna pod względem finansowym, lecz raczej ambicjonalnym. Mężczyznę pcha do władzy — przyznaje prezydent Lubawski.

Myśl o powrocie do biznesu pojawiła się po trzech latach pracy w urzędzie wojewódzkim.

— Ale wtedy moi współpracownicy i znajomi namówili mnie do startu w wyborach prezydenckich. Jestem prezydentem już osiem lat. Nazywają mnie "wielkim budowniczym". Moje 20-letnie doświadczenie w biznesie budowlanym pozwala realizować inwestycje bez większych problemów — mówi prezydent Lubawski.

Jak akcjonariusze

Włodarze miast zgodnie przyznają, że biznesowa przeszłość przydaje się w działalności samorządowej.

— Weźmy chociażby negocjacje, które ciągle trzeba prowadzić zarówno w biznesie, jak i w samorządzie — na przykład negocjując różne warunki zagospodarowania miasta — mówi Adam Fudali, prezydent Rybnika.

Według niego, wójt, burmistrz czy prezydent musi być przede wszystkim skutecznym menedżerem, a nie tylko sprawnym administratorem.

— To podstawowy warunek. Umiejętności menedżerskie w 90 proc. przydają się bardziej niż sama umiejętność administrowania — uważa prezydent Fudali.

Mieszkaniec = akcjonariusz

Według Piotra Wielgomasa, prezesa firmy Bigram, zajmującej się doradztwem personalnym, doświadczenie w biznesie poprzedzające pracę w samorządzie, jest bardzo wskazane.

— Samorządy to organizmy gospodarcze. W mieście akcjonariuszami w pewnym sensie są mieszkańcy. Trzeba myśleć o ich korzyściach bezpośrednich i pośrednich, a to jest trudna sztuka — przyznaje Piotr Wielgomas.

Zwraca uwagę, że samorządowcy to przede wszystkim menedżerowie, a dopiero później — politycy.

— Można sobie wyobrazić, że miasto to duża firma i to bardzo skomplikowana. Ci, którzy nią zarządzają, muszą umieć stworzyć odpowiednią strategię, wprowadzić ją, zainicjować zmiany, które są konieczne niemal w każdej miejscowości. To bardzo duża praca menedżerska. Prezydent czy burmistrz powinien umieć dobrać odpowiednich ludzi, a ten dobór jest przecież znacznie ograniczony ze względu na niskie płace. Poza tym samorządowcy funkcjonują w środowisku ograniczonym wieloma przepisami — są menedżerami, którzy mogą podejmować ryzyko tylko do pewnego stopnia — tłumaczy prezes Wielgomas.