W zamyśle Donalda Tuska i jego dworaków zmiana trybu wyboru przewodniczącego Platformy Obywatelskiej miała dwa cele. Po pierwsze — zagwarantowanie reelekcji dotychczasowego wodza w głosowaniu bezpośrednim, albowiem delegatom na kongres… nie można do końca ufać. Szokująca porażka pewniaka Waldemara Pawlaka straszy w sennych majakach szefów wszystkich partii. Po drugie zaś — odbudowanie wizerunkowej potęgi PO i odwrócenie sondażowego trendu spadkowego.



Pierwszy cel został osiągnięty, władca potwierdził swoją hegemonię. W proporcji głosów ważnych Donald Tusk pokonał Jarosława Gowina 80:20, czyli na pewno wyżej, niż wyszłoby z tajnego głosowania na kongresie. Plan umocnienia wizerunku samej PO skończył się natomiast blamażem. Diagram poniżej uczciwie rozlicza procentowo głosowanie, przyjmując za podstawę liczbę 42 648 — tyle pakietów wyborczych centrala PO rozesłała listami poleconymi do wszystkich zweryfikowanych, aktywnych, płacących składki członków. Część w ogóle… nie odebrała tych przesyłek! Listownie i elektronicznie wróciło jedynie 21 800 głosów, w tym aż 1658 nieważnych. Doszukiwanie się podobieństwa fatalnych proporcji z diagramu do równie złych wyników powszechnych głosowań w Polsce jest nadużyciem. Przecież do państwowego rejestru wyborców wpisywany jest automatycznie każdy po ukończeniu 18 lat. W wyborach wewnątrzpartyjnych elektoratem jest natomiast ściśle wyselekcjonowany aktyw, z założenia będący obywatelską śmietanką. W połowie jednak okazała się ona zjełczała.
Trudno uniknąć refleksji, że kto bojkotem wojuje — ten od bojkotu ginie. Ostatnio cała wierchuszka PO, wsparta przez odkopującego partyjne korzenie prezydenta, silnie propaguje nieuczestniczenie w referendum w sprawie wysadzenia ze stołecznego fotela Hanny Gronkiewicz-Waltz. Arytmetyczne uzasadnienie takiej taktyki, wynikające z przepisów o ważności referendum, jest oczywiste. Ale prawnie wszystkie powszechne głosowania w Polsce są równe — i wybory, i referenda, ogólnokrajowe i lokalne. Jest to zawsze oferta dla świadomego obywatela. Dlatego organy państwa bezwzględnie powinny trzymać jednolity front profrekwencyjny. Tak jak dziesięć lat temu przed akcesyjnym referendum unijnym.
Nie może być dwóch frekwencyjnych miarek, zależnych od czyichś doraźnych interesów. Każdy, kto wzywa do bojkotu jednego powszechnego głosowania, staje się frekwencyjnym psujem i traci moralne prawo do apelowania o jak największy udział w jakimś następnym głosowaniu.