Piątek 25 października określany był jako data rozstrzygnięcia, czy na szczycie partnerstwa wschodniego w Wilnie (28-29 listopada) Unia Europejska podpisze gotową od dawna umowę stowarzyszeniową z Ukrainą. Unijne obyczaje przypominają jednak podwórkową odliczankę do trzech, gdy po dwójce zamiast ostatecznej już trójki zaczyna się odwlekanie: dwa i pół, dwa i trzy czwarte… Szczyt Rady Europejskiej zabrzmiał niczym stara płyta — enty raz potwierdził wolę podpisania i zarazem uzależnił to od spełnienia przez Ukrainę znanych warunków, wśród których numerem pierwszym jest wypuszczenie Julii Tymoszenko, przynajmniej na kurację do Niemiec.

Parlament Ukrainy ma dyskutować nad odpowiednią ustawą 5 listopada. Ale prezydent Wiktor Janukowycz może przeciągać realną decyzję do ostatnich godzin, aby szefowie unijnych państw i rządów byli niepewni nawet… wsiadając do samolotów do Wilna. Mimo planowanego parafowania umów z Gruzją i Mołdawią jest oczywiste, że brak układu z Ukrainą oznaczać będzie plajtę partnerstwa wschodniego. Z kolei dla jej władcy niewyobrażalna jest sytuacja, że ambitna była premier następnego dnia po przyjeździe do Niemiec utworzy tam emigracyjny ośrodek opozycji — a przecież tak się stanie…
Przed decyzją Kijowa odezwały się nożyce na Kremlu.
Prezydent Władimir Putin kolejny raz przypomniał, że Ukraina po uzyskaniu statusu stowarzyszonej z UE wypadnie z unii celnej z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, co przynajmniej na początku mocno uderzy w jej gospodarkę. Aż do szczytu w Wilnie władca Rosji będzie robił wszystko, by zapobiec trwałemu wymknięciu się Ukrainy ze strefy jego wpływów. Zdaje sobie sprawę, że gdyby udało się temat przeciągnąć poza 29 listopada, to spadnie on z unijnej agendy na lata.