Od dawna koniunktura w polskim lotnictwie i portach lotniczych nie sprzyjała rozwojowi tak jak obecnie. Otwarcie nieba obaliło monopol na przewozy, przyciągnęło do Polski wiele nowych linii lotniczych, w tym tanich przewoźników, i w efekcie spowodowało znaczne obniżenie cen usług lotniczych.
Latanie stało się metodą poruszania dostępną dla przeciętnego Polaka, a dynamicznie zwiększający się ruch lotniczy spowodował, że porty lotnicze zabrały się za poważną rozbudowę. Okazało się, że blisko 40-milionowa Polska jest bardzo atrakcyjnym rynkiem dla lotnictwa rozkładowego. Tak atrakcyjnym, że nowe linie wkraczają lub zwiększają liczbę połączeń i to w najmniej sprzyjającym dla ruchu lotniczego okresie —jesienią i zimą.
Fakty mówią same za siebie. Jednak po swój kawałek tego smakowitego tortu, jakim jest polski rynek lotniczy, możemy się mocno spóźnić. Stworzenie licznego grona dobrze prosperujących polskich przewoźników lotniczych w krótkim czasie jest niemożliwe, ale wciąż dysponujemy poważnym, choć bagatelizowanym potencjałem lotnisk i portów. Regularny ruch obsługuje na razie 12 lotnisk, a to o wiele za mało, jak na tak duży kraj. Tymczasem reaktywacja małych lotnisk, choć kosztowna, jest też inwestycją w rozwój lokalnego biznesu i przedsiębiorczości, a ta zawsze się zwraca.
Niestety, co jakiś czas pojawiają się pomysły zaorania lokalnych lotnisk, jak było w Ornecie, lub pobudowania na ich miejscu kolejnych zachodnich hipermarketów, do czego doprowadzono w Legnicy. I to wszystko dzieje się w kraju, który nie ma spójnej sieci komunikacyjnej, a jego autostrady liczą zaledwie 500 km. Koszt budowy 1 km autostrady to w Polsce wydatek rzędu 5 mln EUR. Tyle wystarczyłoby na sfinansowanie poważnej części infrastruktury lotniskowej w małym porcie.