Wczoraj pisałem o nastrojach w przedsiębiorstwach. Dziś czas na konsumentów. Nastroje wśród nich są gorsze niż w dnie pandemii na wiosnę 2020 r. Widać wojna bardzo przestraszyła Polaków, znacząco pogorszyła postrzeganie perspektyw gospodarczych kraju i istotnie podniosła obawy przed inflacją. Jednocześnie jednak relatywnie niewiele zmieniły się plany zakupowe, co może sugerować, że na razie przełożenie nastrojów na popyt konsumpcyjny nie musi być gwałtowne.

Nastroje konsumentów, podobnie jak przedsiębiorstw, bada co miesiąc GUS. W marcu bieżący wskaźnik nastrojów konsumentów spadł do -39 pkt i tym samym znalazł się na najniższym poziomie w historii badań. Jest też niżej niż w marcu 2020 r., choć skala spadku z miesiąca na miesiąc jest mniejsza niż dwa lata temu. Wtedy pandemia była szokiem, który uderzył nagle, w warunkach stabilnie rozwijającej się gospodarki. Teraz wojna była wstrząsem już rozpatrywanym od paru miesięcy, a ponadto pojawiła się w momencie, gdy konsumenci już bardzo negatywnie reagowali na wysoką inflację.
Spadek nastrojów konsumentów jest potencjalnie ważnym zjawiskiem, ponieważ może sygnalizować nadchodzące osłabienie popytu konsumpcyjnego. Nastroje mają teoretycznie duże przełożenie na skłonność do kupowania dóbr dyskrecjonalnych, czyli takich, które nie należą do kategorii pierwszej potrzeby, ale jednocześnie plany dotyczące zakupów — jak widać na wykresie — nie tąpnęły tak mocno jak ogólne nastroje. Zapewne dlatego, że strach nie ma obecnie przyczyn finansowych — jego źródło leży zupełnie poza gospodarką. Na razie wojna nie ma ewidentnego przełożenia na sytuację gospodarstw domowych poza wzmocnieniem inflacji.
W tym roku oczekiwane jest dość wyraźne spowolnienie popytu konsumpcyjnego ze względu na fakt, że dochody gospodarstw domowych zostaną zredukowane przez inflację i rosnące stopy procentowe. Pewną poduszkę bezpieczeństwa stanowią zmiany podatkowe, które netto zostawią w kieszeniach gospodarstw domowych około 15 mld zł, czyli około 1 proc. w relacji do wielkości konsumpcji. Pozytywnym impulsem dla konsumpcji będzie ponadto napływ uchodźców.
Tutaj jednak pojawia się pewien paradoks. Im bardziej będziemy chronili konsumpcję przed hamowaniem, tym trudniej będzie zbić inflację. Jakieś spowolnienie popytu jest potrzebne, żeby umożliwić obniżenie dynamiki cen. Choć nie chcemy, by to spowolnienie przełożyło się na recesję. Między bardzo wysoką inflacją a recesją prowadzi bardzo wąska ścieżka, a ryzyko przechylenia w którąkolwiek ze stron jest wysokie.
