Nicnierobienie to jest metoda

Małgorzata Ziębińska
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Kiedy dla mojego rocznika nadeszła nieuchronnie pora matury, nauczyciele ogłosili strajk i część pisemna egzaminu nie odbyła się w terminie. Pamiętam wielkie poruszenie mediów, rodziców i oczywiście nas samych. I co?

Ano zadawałam sobie wtedy pytanie, dlaczego ktokolwiek decyduje się być nauczycielem, skoro od lat wiadomo, jakich zarobków może się spodziewać w tym zawodzie? Mój niekoniecznie wówczas dojrzały umysł skłaniał się ku refleksji, że ludzie pracę wybierają celowo i dobrowolnie, więc do kogo mogą mieć pretensje nauczyciele, jeśli nie do siebie...

Minęły lata. Piszę ten felieton jako psychoterapeutka, której podstawowe zajęcie to praca w służbie zdrowia. Nie jest to mój jedyny zawód. Skończyłam najpierw studia prawnicze, a później — kolejne. Nigdy nie pracowałam jako prawnik, po obronie drugiej pracy magisterskiej i niezbędnych stażach nadal uczę się zawodu, który wybrałam. A wybrałam świadomie i dobrowolnie — co do tego, że tak być powinno, ani krzty nie mam wątpliwości, choć już dzisiaj wiem, że to nie zawsze jest tożsame z optymalnym komfortem finansowym.

Niekiedy, jeśli mamy odrobinę szczęścia, w porę dostrzegamy, jaka zawodowa aktywność byłaby najbardziej ekscytująca i pasjonująca. Bywa, że to silny wewnętrzny głos: pójść w tym kierunku, a wtedy o reszcie — choćby wynagrodzeniu, poziomie życia, możliwościach — myśli się mniej jakby. Szczególnie często tego typu szlachetna niefrasobliwość przytrafia się tym, którzy wybierają zajęcie związane z pomocą innym. Przykład? Przyznaję, że do myśli, jakoby moi nauczyciele sami sobie ten los „przygotowali”, teraz — sama w podobnej roli — uśmiecham się nostalgicznie, dostrzegając przewrotność.

Lekarze rozpoczęli strajk— i nie jest to pierwsza próba zmiany sytuacji podjęta przez to środowisko. Zarobki, warunki pracy, wymagania, konieczność dodatkowych zajęć nie są dla nikogo tajemnicą. Do niedawna podobnie mało zarabiali wszyscy zatrudnieni w sferze budżetowej, ale wielu udało się z czasem coś zyskać. W niezmiennej sytuacji pozostali lekarze i nauczyciele.

Pamiętam akcje strajkowe z czasów, kiedy nie byłam jeszcze pracownikiem służby zdrowia; rozbudzane nadzieje i ich gaśnięcie, gdy dochodziło do „realizacji obiecanych zmian”. Dzisiaj praca w tym systemie to moja codzienność, więc mocno trzymam kciuki za powodzenie lekarskiej akcji. Staram się jednak — w takim stopniu, jak to możliwe — patrzeć na sprawę z dystansu: kolejne porażki, niemożność uzyskania czegokolwiek realnie poprawiającego sytuację, wszystko wokół się zmienia, a lekarze, i wraz z nimi wszyscy pracownicy służby zdrowia, są lekceważeni z uporem godnym lepszej sprawy. No i jeszcze nauczyciele...

Rozwiązanie tej „zagadki” jest banalne. Otóż, skoro nie ma konieczności, by robić cokolwiek, można nie robić nic. Innymi słowy: po co podejmować wysiłek zmian, skoro i bez tego lekarze będą leczyć, a nauczyciele — uczyć. Od czasu do czasu się wzburzą, zorganizują strajk, lecz przecież w końcu się opamiętają i wrócą do roboty. Wrócą, bo można się sprzeciwiać, walczyć różnymi środkami, ale kiedy lekarz, pielęgniarka, psychoterapeuta stanie przed pacjentem potrzebującym pomocy czy nauczyciel przed grupą dzieci, które także go potrzebują — odwrócić się po prostu nie są w stanie.

Pójście w walce na całość — to prawdopodobnie przerosłoby każdego w takiej sytuacji, bo dotykamy tu kwestii odpowiedzialności za drugiego człowieka — nierozłącznie związanej z tymi zawodami. I zawiązuje się węzeł gordyjski, z którym przychodzi się zmagać, a który pozwala innym na nicnierobienie. Jak długo można stawać przed dylematem: ja, moja rodzina, moja przyszłość, moje życie czy ludzie, wobec których kiedyś świadomie się zobowiązałam?

Brak społecznego poparcia to dodatkowa trudność. Zewsząd słychać o złych, niekompetentnych lekarzach, uzależniających wykonanie pracy od łapówki; to samo dotyczy pielęgniarek. Problem w tym, że takie korzyści majątkowe są nielegalne, ścigają je odpowiednie instytucje. Takie argumenty to nadużycie wobec uczciwych... Jakby uznać, że patologia jest normą. Jesteśmy po to, by pomagać, wspierać, uczyć i — jak dotychczas — nic nam w tym dziele nie sprzyja.

Moi nauczyciele wiele lat temu pewnie też stanęli wobec podobnych decyzji i — co znamienne — nawet my wtedy wiedzieliśmy bez cienia wątpliwości, że nie pozwolą, abyśmy — nie zdając egzaminu maturalnego — nie mieli możliwości rozpoczęcia studiów. Wiedzieliśmy, że oni nam tego nie zrobią. I nie zrobili.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Ziębińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu