W niespełna trzy tygodnie po pożarze, w którym spłonęły magazyny firmy Ro-Mir, spółka pracuje już pełną parą.
Nikt nie może się spodziewać, że firma tworzona przez 14 lat spłonie w kilka godzin. Ale jeśli już tak się stanie, trudno oczekiwać, że mimo wielomilionowych strat zdecyduje się działać dalej, a w jej odbudowę zaangażują się pracownicy i klienci. A jednak Ro-Mirowi się udało.
Do pracy
— W dzień po pożarze zwołałem nadzwyczajne zebranie w miejscu, w którym jeszcze tliły się nasze hale. Przyjechali nawet pracownicy z oddziałów — ponad 100 osób. Zdecydowaliśmy, że pracujemy dalej. Pracownicy odetchnęli z ulgą — mówi Mirosław Golik, prezes firmy.
Założony w 1991 r. Ro-Mir z małej hurtowni papierosów stał się potężnym dystrybutorem chemii gospodarczej. Od początku działalności firma przyjęła strategię: inwestować w poszerzanie rynków zbytu i tworzenie miejsc pracy.
W 1998 r. Ro-Mir podpisał umowę z koncernem Reckit Benckiser Poland. Konsekwentnie rozbudowywał sieć klientów na południu Polski, otwierając biura w Nowym Sączu, Tarnowie, Kielcach i Rabce. Pięć lat temu wyrósł z magazynu o powierzchni 150 mkw. niczym nastolatek z piętrowego łóżka. Zakup hal zajmujących 1600 mkw. był jedną z większych inwestycji Ro-Miru.
— Właśnie te hale spłonęły 2 listopada. Prawdopodobną przyczyną pożaru było spięcie w instalacji elektrycznej w sąsiednim przedsiębiorstwie — mówi prezes Golik.
Dzięki akcji ratunkowej udało się uratować część towaru i taboru samochodowego, ale i tak straty szacuje się na blisko sześć milionów złotych.
— Z pewnością większość pokryje ubezpieczenie, ale zanim to się stanie, potrzebujemy pomocy naszych dostawców i odbiorców — przyznaje Mirosław Golik.
Sztab kryzysowy
Powrót do pracy wymagał nadzwyczajnych działań. Powołano sztab kryzysowy. Zebrania odbywały się na pogorzelisku.
— Najważniejsza była nowa hala, w której moglibyśmy pracować. Każdy dzień zastoju powiększał straty — wspomina Mirosław Golik.
Szybko nawiązali współpracę z Małopolską Agencją Rozwoju Regionalnego.
— Spotkaliśmy się z nimi we wtorek rano, a wieczorem dostaliśmy klucze do hali — dodaje prezes Golik.
Nie było niczego — telefonów, komputerów, biurek. Tym wszystkim podzielili się kontrahenci. Akcję pomocową z inicjatywy prezesa Jurajskiej Izby Gospodarczej Kazimierza Czekaja zorganizowało też Małopolskie Porozumienie Organizacji Przedsiębiorców. Koordynacją akcji zajęła się firma z Krakowa Dom Szkoleń i Doradztwa.
Pomocy!
— Aby stanąć na nogi, potrzebujemy tylko jednego: pracy i wielu zleceń — zapewnia Mirosław Golik.
W pierwszych dniach mieli problemy z dostarczeniem produktów na czas, ale teraz, dzięki własnemu transportowi, wszystko chodzi jak w zegarku.