W telewizji pracuje Pani blisko 20 lat. Telewizja to dla Pani narkotyk?
Zaczynałam od telewizji edukacyjnej, przeszłam wszystkie etapy wtajemniczenia. I chociaż teraz jestem dyrektorem, to nie zarzuciłam dziennikarskich zadań. Od czasu do czasu prowadzę program „Między ziemią a niebem” i robię wywiady. Pewnie dla niektórych telewizja jest narkotykiem, pochłania w całości. Dla mnie nie. Praca nie zajmowała i dalej nie zajmuje pierwszego miejsca.
Co więc jest na pierwszym miejscu?
Najważniejsza jest dla mnie stabilizacja emocjonalna, uczuciowa. To, że mam normalną rodzinę: męża, od wielu lat tego samego, i dorosłą już córkę, która studiuje historię sztuki i italianistykę. Jestem domatorem, rzadko też bywam na przyjęciach czy wydarzeniach medialnych. Oczywiście w pewnych sytuacjach są potrzebne, być może zapadają tam ważne decyzje. Natomiast od 20 lat funkcjonuję w mediach bez problemów, nie załatwiając spraw na przyjęciach.
Kiedy koleżanki uśmiechają się do fotografów, Pani siedzi z mężem przy kominku…
Najczęściej wtedy gotuję albo czytam kryminał. Często z rodziną wyjeżdżamy do Juraty. Kiedy dopada mnie totalny kryzys lub zmęczenie, wystarczy 15 minut na plaży i wszystko przechodzi. Przez długie lata najbardziej odprężającym dla mnie zajęciem był spacer z psem. Zresztą bardzo dużo chodzę, rzadko korzystam z samochodu. Jeżeli mam trochę więcej czasu, włóczę się po mieście godzinami. Lubię też narzucić sobie jakiś dystans i dynamicznie go przejść. Uwielbiam chodzić po Warszawie, znam mnóstwo zakamarków. Kocham Warszawę.
Jaką jest Pani szefową?
Niektórzy twierdzą, że zbyt łagodną. Większość osób, które pracują w Jedynce, znam od wielu lat. Dlatego wiem, jakie błędy popełniali, wiem, na co ich stać, znam ich możliwości i próbuję je wykorzystywać. Staram się być konsekwentna i wiem, jak ta antena powinna wyglądać. Muszę czasami godzić sprzeczne interesy – wymagania widzów i reklamodawców. Bo telewizja publiczna musi zarabiać pieniądze. Staram się też grać w otwarte karty, na kolegiach wszystko sobie mówimy, bo strasznie nie lubię życia korytarzowego czy pretensji i domysłów, które wiszą w powietrzu.
Mówi Pani, że wie, jak powinna wyglądać Jedynka. Jaki ma Pani na nią pomysł? Nie sądzi Pani, że wymaga nie tylko personalnego, ale też wizerunkowego odświeżenia?
Ma pani dużo racji. Na pewno chciałabym, żeby Jedynka była ciekawa, budziła emocje i stała się bardziej nowoczesna. Zarówno w oprawie graficznej, realizacji, jak i reżyserii należy nadać całości walor świeżości. Brakuje tego.
Mam wrażenie, że dziś wszyscy chcą istnieć na małym ekranie. Odbiera Pani telefony z pytaniem o pracę?
Dużo osób, które chciałyby u nas rozpocząć pracę, przesyła mi e-maile. Staram się wszystkie przejrzeć, odsyłam je też do szefów redakcji. Jeśli pojawia się ktoś interesujący, to dostaje szansę. Dziś młodzi ludzie od razu chcą być gwiazdami. Ale my ich sprowadzamy na ziemię, tłumaczymy, że na to potrzeba pracy i doświadczenia. Zanim ktoś pojawi się na wizji, musi przejść szkolenia i dostać kartę ekranową.
Jak pogodzić robienie telewizji marzeń, konkurencyjnej w stosunku do komercyjnych stacji, z interesami reklamodawców i misją, jaką przecież ma pełnić telewizja publiczna?
Myślę, że umiemy godzić elementy, o których pani wspomniała. Dlatego w Jedynce jest redakcja programów katolickich czy dziecięcych. Wbrew temu, co się pisze i mówi, tylko my produkujemy premierowe tytuły dla dzieci. W tej ramówce wprowadziliśmy cztery nowe programy edukacyjne. Transmitujemy też najważniejsze wydarzenia w kraju – to są przedsięwzięcia bardzo kosztowne. Kiedy coś ważnego dzieje się w Polsce, ludzie włączają nas, a seriale „Ranczo”, „Ojciec Mateusz” czy „Dom nad rozlewiskiem” mają rekordową oglądalność.
Podobnie jak „Kawa czy herbata?”, czyli Pani dziecko.
Tak, przy tej produkcji byłam od początku. Rzeczywiście jesteśmy na szczycie, jeśli chodzi o udziały. Zresztą ten format właśnie u nas debiutował. Dopiero potem powstały telewizje śniadaniowe, jak „Pytanie na śniadanie” czy „Dzień dobry TVN”.
Ma Pani jakiś wymarzony format, który chciałaby wprowadzić do telewizji, żeby stała się bardziej nowoczesna?
Marzy mi się duży program kulturalno-rozrywkowy, ale jeszcze nie wiem, jak go zrobić. Dobre doświadczenia w robieniu takich programów mają Francuzi, nie mają jednak w repertuarze produkcji, w której młodzi twórcy np. spieraliby się ze starszym pokoleniem w kontekście jakiegoś wydarzenia kulturalno-obyczajowego. Na razie mamy w ramówce program „Lubię to”, który dopiero raczkuje. W sposób oryginalny i lekki traktuje wydarzenia kulturalne.
Kultura się sprzedaje?
Pewne tendencje wymagają zmiany w naszej mentalności. Ale telewizja ma dużą szansę, żeby to zrobić. Potrzeba jednak czasu i jasnych deklaracji, że mamy na to dofinansowanie. Wtedy nie trzeba się obawiać, że nowy program ma zaledwie 5 proc. udziałów, a powinien mieć 16. Żeby stworzyć coś dobrego, musimy mieć komfort czasu, że np. dajemy sobie trzy lata w tym samym paśmie. A tymczasem walczymy ze stacjami komercyjnymi, bijemy się o słupki i czasami zdejmujemy wartościową produkcję.
Iwona Schymalla
Prezenterka telewizyjna, dyrektor TVP1. Gospodyni (wspólnie z Robertem Tekielim) programu ewangelizacyjnego „Jarmark cudów” na antenie TVP3; prowadziła poranny magazyn „Kawa czy herbata?”, a także program religijno- -publicystyczny „Między ziemią a niebem”. Przygotowywała również swój autorski program „Profesjonaliści”.
