Nie ma zgody na bylejakość

opublikowano: 22-02-2018, 22:00

Marzę, by duży biznes miał przekonanie, że mamy wspólną korzyść — mówi Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie. I zachęca do inwestowania w ambitne, intrygujące przedsięwzięcia artystyczne.

W 2017 r. Opera na Zamku obchodziła 60-lecie sceny artystycznej. To był pewnie wyjątkowy rok. Jak pan go ocenia?

Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie
Wyświetl galerię [1/5]

Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie

Pod względem artystycznym był to rok absolutnie wyjątkowy. Nie tylko chcieliśmy podczas naszego 60-lecia zaznaczyć mocno swoją obecność, ale i pokazać pełnię możliwości naszego teatru po przebudowie. Zaczęliśmy więc jak Alfred Hitchcock — od trzęsienia ziemi, wystawiając musical „Crazy for You” z muzyką George’a Gershwina, który pokazał możliwości Opery na Zamku nie tylko pod względem artystycznym, ale również technologicznym. A potem, jak meteor, spadł na nas deszcz nagród za 2016 rok — XI Teatralne Nagrody Muzyczne im. Jana Kiepury — najważniejsze w Polsce w dziedzinie muzyki klasycznej — dla pierwszej w kraju inscenizacji opery „Dokręcanie śruby” Benjamina Brittena: za najlepszy spektakl, najlepszą reżyserię, najlepszą scenografię. To dowód na to, że warto podejmować wyzwania formalnie trudniejsze i z punktu widzenia frekwencji wymagające początkowo większej determinacji. W sierpniu kolejny projekt — „Pajace” Ruggera Leoncavalla w reżyserii Michała Znanieckiego w niezwykłej scenerii Teatru Letniego, spektakl, na który przyszła kilkutysięczna publiczność. Na to przedstawienie dostaliśmy unijne pieniądze, zapewne bez nich nie udałoby się przygotować czegoś tak gigantycznego, w wielu przestrzeniach miasta.

A biznesowo był to równie udany rok?

Też był znakomity, bo przy nieco mniejszej liczbie wydarzeń artystycznych niż w 2016 r. sprzedaliśmy więcej biletów. Okazało się również, że przy bardzo zróżnicowanym stylistycznie repertuarze mamy niezwykle wierną publiczność. Gdybyśmy mieli większy budżet, moglibyśmy okrasić ubiegły rok większą liczbą premier. Ale liczba — większa czy mniejsza — nie określa jakości tego, co teatr robi. W Operze na Zamku nie ma zgody na bylejakość. Jeśli miałbym zaproponować trzy kiepskie premiery, to wybieram jedną, ale perfekcyjną. To, co jest na scenie, musi być niezwykle zajmujące dla widza.

Rozpoczął się polski rok jubileuszowy. Jak Opera na Zamku zamierza się włączyć w obchody stulecia niepodległości?

Chcemy 11 listopada być radośni razem z naszą publicznością i zrobić to, co robi się w operze: grać i śpiewać. Zaśpiewamy pieśni patriotyczne, te, które znamy, lubimy, które są w naszej świadomości przez całe życie. Publiczność sama wytypowała melodie, ustaliliśmy kanon, drukujemy śpiewnik i w towarzystwie zawodowego chóru i chóru amatorów przy Operze na Zamku i orkiestry będziemy głośno śpiewali na 700 głosów. Ponadto wraz z Teatrem Vorpommern z Greifswaldu zaproponujemy jesienią słynne monumentalne „Requiem wojenne” Benjamina Brittena, dzieło dedykowane ofiarom wojen, które odegramy m.in. w największej katedrze w Berlinie.

Teatr Wielki — Opera Narodowa digitalizuje spektakle, streaming jest bezpłatny. Czy Opera na Zamku ma swój patent na przebiciesię do świadomości widzów nie tylko w Szczecinie, ale też w Polsce i Europie?

Żyjemy w świecie, który przechodzi informatyczną rewolucję i nie możemy być na to obojętni. Nie wykorzystując tych możliwości, tracimy okazję, by w kulturalnych, szczególnie jednorazowych wydarzeniach uczestniczyły dziesiątki czy setki tysięcy widzów. Chciałbym właśnie w taki sposób transmitować wspomniany koncert w Berlinie. Wierzę, że spełnimy wszelkie warunki i nam się to uda. Mam jednak wątpliwości, czy w streamingu powinien być pokazywany spektakl repertuarowy. To ogromna różnica — jak między oglądaniem filmu w kinie i na ekranie komputera. Wydarzenie sceniczne w streamingu jest trochę „płaskie”, nawet jeśli jest perfekcyjnie pokazane przez kilkanaście kamer, nigdy nie jest tym samym, co przeżywane na widowni. Ostatnio byłem w Multikinie na „Tosce”: głośne rozmowy, słabe dialogi, słabe tłumaczenie i nieodłączny popcorn… Ale każdy sposób jest dobry, by dotrzeć do widza, zatem postaramy się dostosować do potrzeb współczesnego świata.

Jakie mają państwo sposoby na przyciągnięcie do opery młodej widowni?

Mówi się, że młodego widza trzeba do opery przekonać, przygotowując różne projekty edukacyjne, uczyć przedszkolaków, później uczniów, studentów, wypełniając lukę w edukacji muzycznej. W Operze na Zamku są warsztaty dla dzieci: OPERAnek, „Cztery pory roku”, zwiedzanie kulis, spektakle szkolne, OPERAcja Student. Ale ilu widzów jesteśmy w stanie w ten sposób ukształtować? Takie projekty trzeba realizować, ale to za mało. Moim zdaniem repertuar powinien być ponadpokoleniowy, by na spektaklach mogła być i młodzież gimnazjalna, i „stowarzyszenie siwego włosa”. Żeby oni się na spektaklu równie dobrze czuli, żeby starsi nie odnosili wrażenia, że robi się spektakl tylko dla nich, jakby byli w skansenie, a młodzi nie patrzyli na scenę jak na opis wojen punickich. To jest trudne. Trzeba stawiać na dobre tytuły, ale i na jak najlepsze inscenizacje. Wtedy się uda mieć widownię w każdym wieku. Pamiętam nasze koncerty, na przykład Patricii Petibon, jednej z najwybitniejszych sopranistek koloraturowych świata, czy barytona Artura Rucińskiego, solisty nowojorskiej Metropolitan Opera, mediolańskiej La Scali i londyńskiej Covent Garden. Rozpiętość wieku publiczności była od 10 do 100 lat.

Wspomniał pan o współpracy z teatrem Vorpommern. Czy prowadzą państwo także inne przedsięwzięcia z niemieckimi instytucjami artystycznymi?

Oczywiście. Z Teatrem Vorpommern z Pomorza Przedniego-Meklemburgii, który ma trzy sceny, a niedługo będzie miał pięć, współpracujemy blisko od wielu lat. Prowadzimy także wspólne projekty z teatrem w Schwedt w Brandenburgii. Ta kooperacja ma wiele wymiarów — od organizacyjnych przez inwestycyjne po artystyczne. Zdobywamy wspólnie spore pieniądze z różnych programów unijnych, np. na dwujęzyczne programy albo na wyświetlacze, na spektakle wystawiane u sąsiada. Jesienią otrzymaliśmy aż 2,81 mln euro na projekt „Polsko-niemiecka sieć teatralna (theater-pom.net)”, którego jesteśmy partnerem. Chodzi o to, by zwiększyć atrakcyjność naszej wspólnej oferty, przyciągnąć turystów. Granica, która jest między naszymi państwami, powoli zanika. A do tego się lubimy. Wszyscy mamy stosunkowo niewielkie zespoły artystyczne i to pozwala osiągać synergiczny efekt przy tytułach, które są nieosiągalne dla nas — dyrektorów tych instytucji. Zapewne nigdy byśmy nie mogli wystawić Wagnera, gdyby nie nasza kooperacja z przyjaciółmi z Niemiec, opera „Przygody lisiczki chytruski” Leoša Janáčka też jeszcze długo by nie zagościła na naszej scenie. Gdyby nie kooperacja, trudno byłoby zrealizować wiele przedsięwzięć. Właściwie trochę jesteśmy na siebie skazani, jeśli nie chcemy, by pewien kanon był poza naszym zasięgiem. Do tego ta kooperacja to ciągła konfrontacja z innymi pomysłami, innym podejściem, inną perspektywą. Wymiana myśli jest ogromną wartością.

Jak Opera na Zamku poszukuje sponsorów?

Przypominam sobie, jak kilka lat temu pozyskaliśmy pewnego sponsora i ówczesny prezes tej firmy powiedział, że zrezygnował z bycia 250. partnerem Borussii Dortmund na rzecz wsparcia Opery na Zamku. To pokazuje pewną ścieżkę postępowania. Dziś kultura ma właściwie jednego mecenasa. Tym mecenasem jest domena publiczna: samorządowe pieniądze, miejskie czy ministerialne — to jest zawsze nasz wspólny grosz. Mamy takie uwarunkowania podatkowe, jakie mamy, i pewnie długo się one nie zmienią. Kooperacja ze światem biznesu, przekonywanie, że warto postawić na działania w sferze kultury, jest budowaniem pewnej wspólnej przestrzeni. Jestem zdecydowanym zwolennikiem tezy Richarda Floridy [amerykański naukowiec, ekonomista, twórca pojęcia klasa kreatywna — red.], mówiącej, że tylko rozwój przemysłów kreatywnych jest w stanie wpłynąć na taką zmianę miejsca, w którym to wszystko się rozgrywa, że zaczyna się ono dynamicznie rozwijać.

W książce „Narodziny klasy kreatywnej” Florida przekonuje, że miejsca, które zaniechały finansowania przez biznes przedsięwzięć kreatywnych, wśród których kultura jest jednym z bardziej dominujących elementów, przestały się rozwijać. Ich niegdysiejsza pozycja dawno zaginęła. Z punktu widzenia biznesu inwestowanie w to, co się dzieje, jest koniecznością. A oczywiście my, dysponując często skromnymi funduszami, nie powinniśmy tej hojnej ręki prywatnego biznesu odtrącać. Kooperacja ze sponsorami nie jest jak wisienka na torcie, lecz ogromnym wkładem w to, by na przykład w takim mieście jak Szczecin prezentować kulturę na najwyższym światowym poziomie. A wtedy i sponsorzy mają poczucie, że nie żyją w miejscu, do którego po prostu trochę się przyzwyczaili. Współpraca zaczyna wpływać na ich przychody, na ich zyski. To jest samonakręcająca się maszyna.

Działalność poza Warszawą ułatwia czy utrudnia pozyskanie mecenasów?

Funkcjonowanie w Szczecinie oczywiście nie ułatwia pozyskiwania dodatkowych pieniędzy, bo centrale wszystkich dużych firm znajdują się poza naszym miastem. I to wymaga od nas kolędowania. Ale to jest tylko czysto techniczna przeszkoda, która dla mnie nie jest aż tak bardzo dokuczliwa.

Czego oczekujecie od biznesowych partnerów, a na co oni mogą liczyć?

Wiem jedno — „przyklejenie” się do takiego znaku jak Opera na Zamku jest gwarancją wzajemnych korzyści. Ale ilość pieniędzy na rynku na takie działania jest zbyt mała w stosunku do skali i natężenia projektów wielu kulturalnych instytucji. Dlatego, gdy prowadzę rozmowy na temat wsparcia takiego czy innego działania operowego, zawsze mam świadomość, że potencjalny sponsor ma w czym wybierać. Może poprzeć mnie albo inne instytucje, choć mam argumenty za tym, że to, co w Operze na Zamku robimy od kilku lat, jest powodem do satysfakcji. Marzę, by duży biznes miał przekonanie, że mamy wspólną korzyść. Cieszy mnie też to, że są partnerzy, którzy od lat są z nami i że ta grupa się powiększa. Mamy wszyscy poczucie, że stół, przy którym wszyscy siadamy, jest coraz większy, coraz bardziej obfity i coraz bardziej intrygujący pod względem smakowym. Bo lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.

Dlatego zachęcam wszystkich, którzy myślą podobnie i szukają inspiracji, do inwestowania w ambitne, intrygujące przedsięwzięciakulturalne. Nie te, które potrafią się same sfinansować w sensie rynkowym, ale te, które wymagają wsparcia, bo inaczej nie będą mogły być w ogóle zrealizowane. Kiedy więc rozpoczynamy przygotowania do festiwalu operowego nad morzem i przekonuję moich partnerów z lokalnych samorządów, dlaczego warto w to wydarzenie zainwestować, to myślę właśnie w ten sposób: że ono nie odbędzie się bez wsparcia. Ten dodatkowy grosz publiczny i prywatny jest potrzebny, by zaserwować widzom, w większości turystom, coś więcej niż tradycyjną ofertę wakacyjną, do której się przyzwyczaili. To tak jak w filmie „Amator” Krzysztofa Kieślowskiego — ludzie mają prawo mieć trochę większe ambicje niż galaretka po niedzielnej mszy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Nie ma zgody na bylejakość