Nie wyskoczę z pudełka czekoladek

Agnieszka Ostojska-Badziak
26-03-2004, 00:00

Nie idzie na łatwiznę, komercję czy tuzinkowość. Nie idzie — choć chodzi zawodowo. Wydreptał medale, wydrepcze i miejsce w biznesie. Tak postanowił.

Puls Biznesu: Ubezpieczył Pan nogi?

Robert Korzeniowski, mistrz olimpijski w chodzie: Cały się ubezpieczyłem. W trzech różnych firmach.

W których?

R.K.: Zanim stałem się „złotym klientem” Amplico AIG Life byłem już ubezpieczony w dwóch różnych firmach. Teraz inwestuję tylko w fundusze grupy AIG.

Reklamuje ją Pan. Dlaczego akurat tę firmę?

R.K.: Byłem ich klientem i wyboru dokonałem wcześniej. Nie o to chodzi, by brać, co jest, i patrzeć, ile dają. AIG wygrało, bo nikt mnie nie namawiał, bym zachwalał: „wpuść pan agenta i kup polisę”. Poza tym znałem story-boardy reklamy. Wiedziałem, że powiem o wiarygodności, o chodzie, o mnie... Nie godziłem się na prymitywną reklamę. Mogłem czekać bardzo długo. Bo raz zagrano nie tak i się zraziłem...

Kiedy?

R.K.: Stare dzieje... Poszło o montaż. W pierwotnej wersji miałem być kolegą Artura Partyki, który reklamował Danonki, a ja jedynie miałem puścić do niego oko. Artur nie zakwalifikował się na Igrzyska Olimpijskie w Sydney i po montażu wynikło coś innego... Bez mojej wiedzy. Protestowałem, ale byłem w dość niezręcznej sytuacji, bo oddział Danona — jarosławski San, przekształcony w LU — jeszcze mnie sponsorował. Załatwiliśmy to po dżentelmeńsku. Reklama nie odpowiadała memu wyobrażeniu o tym, jak mogę się pokazać... To wypadek przy pracy. Od tego czasu nie podpisałem kontraktu na „oddanie swojej twarzy”: niech ktoś nią zarządza. Nie!

Pełna kontrola...

R.K.: Twarz mam jedną. Dziś jestem sportowcem, ale z tą twarzą przyjdzie mi żyć jeszcze kilkadziesiąt lat. Nie chcę mieć sobie nic do zarzucenia.

Większość sportowców, aktorów decyduje tak: moje 5 minut wykorzystam maksymalnie.

R.K.: Gdybym tak postępował, zarabiałbym kilkakrotnie więcej. Nie będę gościem wyskakującym z pudełka czekoladek, a za chwilę reklamującym opony, zaraz potem zupkę i proszek do prania. Dramat!

To jakich sponsorów Pan wybiera?

R.K.: Ot, choćby CitroĎn — znakomity sponsor. Taka firma nie może pozwolić sobie, bym reklamował model C5 i jednocześnie pokazywał się na plakatach z zupką.

Może za tę zupkę dostałby Pan tyle pieniędzy, że kupiłby Pan sobie kilka CitroĎnów…

R.K.: Krótkowzroczne.

Zawsze Pan wie, dokąd idzie?

R.K.: Czasami przerażam partnerów... By móc zrealizować działania na wielu polach, muszę je precyzyjnie planować. Interesuje mnie i sport, i rozwój samego siebie, kreowanie wizerunku. I biznes. Mam plany nie związane ze startami. Absolutnie nie boję się 27 sierpnia, kiedy wystartuję w igrzyskach po raz ostatni i powiem: „do widzenia”. Bo mam inne wyzwania…

Czy promocja Krakowa do nich należy?

R.K.: Naturalnie, współpracuję z biurem promocji Krakowa. Organizujemy akcję „Na Rynek marsz”. Ale plany mam ambitniejsze. Puchar Europy — może już w 2007 r.! Zbliżają się też obchody 750-lecia Krakowa. Niedługo dotrą do nas tanie linie lotnicze. Miasto stanie się naprawdę otwarte. Roboty po pachy! Kraków to nie tylko filharmonia czy teatr. To miliony turystów, którzy mają inne potrzeby niż tylko te z górnej półki.

Fakt. Koncerty i przedstawienia nie podchodzą każdemu…

R.K.: No nie. Nie pretenduję, by się zajmować kulturą, bo nie jestem w tej dziedzinie fachowcem. Mogę dostarczyć ludziom igrzysk. A to dodaje miastu dynamizmu, młodości, uśmiechu... Na razie w Krakowie panuje nabożny nastrój kapliczkowo-piwniczny. A to tylko jedna z wielu twarzy miasta.

Idea „Na Rynek marsz” ma rozsławić dawną stolicę?

R.K.: Też. To jeden z pomysłów, jak budować wizerunek chodu i pozytywny wizerunek sponsorski wokół mojej osoby. A przede wszystkim idzie o eksponowanie walorów Krakowa. Początkowo „Na Rynek marsz” robiliśmy jak w manufakturze. Pomagał Andrzej Dylczyk, specjalista od happeningów, nasz przyjaciel. W naszym dwupokojowym mieszkanku mieściło się centrum dowodzenia: biuro zawodów, częściowo hotel; prywatne samochody służyły imprezie. Raz nawet zawodnikom robiłem jedzenie w domu...

Z poświęceniem…

R.K.: I pasją. Uczyliśmy się na błędach. Po każdym meetingu robiliśmy analizę: co było nie tak. Chód to nie tylko igrzyska, mistrzostwa świata, sędziowie machający kartonikami... Pewna pani powiedziała, że nie sądziła, że chodziarze robią taki wiatr, kiedy przechodzą obok ludzi... Jak stado zawodników przepędzi 16 km na godzinę, czyli 4,5 m/s, no to dopiero widzowie mają szansę to poczuć. Frajda.

To jeden z planów na życie po wielkim sporcie. A inne? Ponoć miał Pan sieć sklepów?

R.K.: Za dużo powiedziane — dokładnie dwa. Zaczęliśmy od lokalu w Géant w Krakowie. Potem daliśmy się namówić na biznes w Parku Wodnym. W planach była infrastruktura: hotele, zakłady usługowe, cuda wianki itd. Niestety większość pomysłów nie wypaliła. Park Wodny, jak stał, tak stoi. Sam, bez wspaniałego otoczenia. Zredukowaliśmy powierzchnię, potem zrezygnowaliśmy ze sklepu. Ani ja, ani żona nie mieliśmy ani chęci, ani czasu, by się troszczyć, ile strojów kąpielowych wisi na wieszaku. Ale nadal działamy w tej branży...

A jak ta praca teraz wygląda?

R.K.: Stworzyliśmy projekt firmy-marki „Walker”. Tzw. shop-in-shop: stoiska w sportowych sklepach. Inauguracyjna kolekcja popularna pozwoliła nam zawrzeć kontrakty z potencjalnymi sprzedawcami. Firma ma już też kolekcję wyczynową, by mogli się ubrać najbardziej wymagający sportowcy. Na tym mi najbardziej zależy. Długo starałem się znaleźć partnerów z odpowiednimi technologiami. Nie miałem pojęcia, jak trudny jest dostęp do materiałów: nici, tkanin. W końcu uruchomiliśmy program „Walker team”: 10 znanych zawodników jeszcze przed igrzyskami w Atenach będzie regularnie startować i trenować w tym sprzęcie.

Największą reklamę będzie Pan robił sam...

R.K.: No tak. Będę głównym „nośnikiem Walkera”. Mamy również projekt reklamy medialnej... Na razie wyposażyliśmy w nasz sprzęt osiem klubów.

Rozwój własnej marki to projekt „na później”?

R.K.: Pasja — na czas po sporcie. Nasz rynek nie ma marki, związanej z polskim sportowcem, a już zwłaszcza z lekkkoatletyką. Ale nie chciałbym być uzależniony przez resztę życia od „Walkera”.

Jak będzie wyglądało Pana życie za rok?

R.K.: Będę aktywny w sporcie, choć już jako organizator, trener, wykładowca. To będzie rok pożegnania ze sportem. „Walker”, mam nadzieję, stanie już mocno na nogach. Przejdę kursy menedżerskie, podszkolę angielski — i w drogę...

MBA?

R.K.: Najchętniej. Potrzeba mi usystematyzowania tego, co wiem. A wiem tyle, ile zdążyłem samodzielnie przeczytać czy też nauczyć się w współpracy z firmami.

Jakie cechy — wyćwiczone latami na stadionach — przydadzą się Panu w biznesie?

R.K.: Planowanie, dobór środków w realizacji, analiza porażek i sukcesów...

Jak z podręcznika marketingu...

R.K.: To się przekłada. Poza tym odporność na stres. Umiejętność formułowania celów etapowych. Sport i biznes — to przecież to samo. Ale w biznesie dużo łatwiej zaplanować: bo nie opiera się on w takim stopniu na kruchości własnego organizmu. Grypa, naderwane ścięgna, wypadek samochodowy są najczęściej taką niespodzianką jak atak na World Trade Center. Czynnik hazardu. No i dyscyplina — biznes nie znosi spóźnień: coś ma być na dany dzień i koniec. U sportowca też najwyższa forma musi wypaść dokładnie w czasie zawodów. Obserwuję menedżerów — wielu miało coś wspólnego ze sportem. Mnóstwo ludzi sukcesu było — lub nadal jest — aktywnych sportowo.

Zarządza Pan swoim wizerunkiem profesjonalnie. Rzadkość.

R.K.: Trzeba wytworzyć w sobie świadomość, że nie jest się wyłącznie wykonawcą pracy na bieżni. Po igrzyskach w Atlancie w 1996 r. nagle stwierdziłem: zdobyłem złoty medal i tak naprawdę nikogo to nie obchodzi. Zawsze chciałem coś tworzyć... I że trzeba się zastanowić, jaki jestem, co o sobie wiem, co myślę — i czy jest to do pokazania. A ja akurat wiele mogę zaprezentować publicznie. Mam naturalny dar kontaktu z ludźmi... Od żłobka tak było. Nigdy nie bałem się tłumu, nigdy nie pociły mi się ręce.

A czego musiał Pan się uczyć?

R.K.: Choćby jak organizować sobie kontakty z ludźmi. To problem sportowców. Gdy kończą się zawody, zwykle pokazuje się taki obrazek: przylot na lotnisko, tłum, mikrofony i kamery. Potem zostaje mnóstwo wizytówek, telefonów... Prośby, zaproszenia na odsłonięcia pomników, otwarcia sklepów itd. Trzeba się zastanowić, co odpowiada mej osobowości, co i komu chcę powiedzieć. Bo spotykać się z dziennikarzami tylko po to, by mówić? Nie ma sensu.

A niby co Pan chciał przekazać?

R.K.: Fair play: dowierzanie sobie i kierowania własną karierą. I truizm: sami jesteśmy kowalami swego losu — taka prawda. Można działać bez dopingu, ciemnych interesów — i wygrywać!

Co z tego Panu przyszło?

R.K.: Pojawiły się w końcu ciekawe propozycje budowy różnych programów: akcji dla młodzieży, wykorzystania wizerunku do reklam.

Trudno się Panu opędzić od wielbicieli?

R.K.: Niejednokrotnie ze stadionu uciekałem.

Chyba mało kto był Pana w stanie dogonić. W Polsce czy za granicą?

R.K.: W Polsce. Ale Halowe Mistrzostwa Polski w Spale nie są dobrze zorganizowane. Ot, spotkanie branżowe. Nie do pomyślenia na Zachodzie! Teraz byłem na mistrzostwach Irlandii. Tamtejsza federacja wynajmuje halę za 25 tys. funtów szterlingów za dzień, sprzedają bilety po 20 funtów. I hala jest pełna!

A tutaj bez biletów i pustki — aż się świeci...

R.K.: Mistrzostwa Polski! Można by je rozegrać w Maroku i podobnie by to wyglądało. Przykre.

Dlaczego tak się dzieje?

R.K.: Nie ma gdzie tego urządzić. Wszystko, co mamy, to hala w Spale.

Polski Związek Lekkiej Atletyki sprawia wrażenie skonfliktowanego, więc na pomoc stamtąd nie ma co liczyć...

R.K.: Prawda. Przykład na to, że istnieją różne poglądy, jak lekkoatletyka ma wyglądać. A właściwie: jaka jest rola zawodników, działaczy, gdzie się kończy i zaczyna sponsoring.

A Pański pogląd?

R.K.: Dyscyplina popularna, z możliwością pełnych stadionów. Ale mam wrażenie, że wiele osób ze związku zadowoliłoby się po prostu dobrą kadrą. Wąskie grupy i duże środki na ich finansowanie. A czy ktoś to będzie oglądał? Nikogo to nie obchodzi. Podziwiam lokalne oddziały związku: mają siłę i odwagę organizować meetingi — np. mistrzostwa Polski w Bielsku-Białej. Mimo tego, że związek nie pomaga — jeszcze narzuca ograniczenia... Albo dobór sponsorów. Jednym się pozwala istnieć na zawodach, innym — nie. Mój sponsor na przykład, Elite Cafe, choćby nie wiem ile pieniędzy chciał wydać na organizację mistrzostw Polski, nie jest akceptowany przez związek.

Ale sponosorować grupę, której jest Pan liderem — może?

R.K.: Może. Ale robi się wszystko, by nie było ani jednego baneru naszego sponsora. Przepisy interpretuje się według uznania.

A motywy?

R.K.: Chyba chęć presji na środowisko. Każda inicjatywa nie z centrali spotyka się z dezaprobatą. Dziś Elite Cafe sponsoruje 8 klubów, a robi się trudności, by na naszych koszulkach pojawiały się logotypy — zgodnie z przepisami. Ale w Polsce mamy nieliczną publiczność. Bez sensu więc mówić, że takie są wymogi światowe czy europejskie. Takie są wymogi u nas! Niemądre. Uniemożliwia się nawet indywidualny sponsoring. Przykład: prywatny wytwórca wędlin chce, by chłopak z sąsiedztwa trenował i na zawodach nosił koszulkę z jego logo. Nie ma szans! Musiałby sponsorować cały klub — według przepisów PZLA. To do pomyślenia, gdy pieniędzy w bród. Ale jest ich mało, więc nie znajduję argumentu, by zakazywać wspierania indywidualnego sponsoringu zawodników.

Kłody pod nogi.

R.K.: Taką prawidłowość powtarza się z zegarkiem w ręku: problemy w związku powstają w tempie jeden na trzy tygodnie. Jak rozwiążemy jeden, to równo po trzech tygodniach pojawia się następny. Siedzą, myślą i wynajdują — i raz na trzy tygodnie: eureka! W sporcie jestem 20. rok. Miałem i mam sponsorów, sam staram się pomagać klubom sportowym. Wspólnie z AIG Life i Wodą Jurajską sponsorujemy 8 klubów dziecięcych, a w każdym około 60 sportowców. Krakowskie firmy Can Pack i Koba wsparły nas w organizacji gwiazdkowego mitingu dla 240 młodych lekkoatletów w Spale. Jeżeli trzymalibyśmy się związku, to te dzieciaki nie miałyby za co trenować.

Czego brakuje polskiej lekkoatletyce...

R.K.: Tego, na czym opierają się zachodnie kluby. Zżycia. We Francji w US Tourcoing Lille Metropole, gdzie trenuję, jest taka tradycja: w klubie spotykają się wszyscy — i 10-latkowie, i 80-latkowie. Członkiem klubu zostaje się na całe życie. Trzy razy w tygodniu spotykamy się na treningach. Nieważne, że ja jestem mistrzem olimpijskim, a inni — mistrzami regionu. Mamy niepisany obowiązek bycia we wtorki, w czwartki i w niedzielę rano na stadionie. To czas, kiedy się integrujemy.

Kiedy zacznie Pan wprowadzać podobne zwyczaje w Polsce?

R.K.: Gdy się wycofam ze sportu. Za rok. Coś podobnego udaje mi się robić w klubach dziecięcych. Z maluchami przychodzą rodzice, a kiedy się kończą zawody, pieczemy kiełbaski, bawimy się. To buduje atmosferę. A jeżeli przechodzimy do biznesu, to powoduje, że do sponsorów dołączają lokalni przedsiębiorcy. Trenujące dzieci mają rodziców. I coraz więcej ludzi zaczyna w tę wspólnotę wchodzić. W naszym klubie we Francji można kupić mieszkanie, zmienić samochód itd. Tak to i u nas powinno wyglądać. Jeszcze nie za mocno mogę się do tego przyłożyć... W Krakowie spędzam około 50 dni w roku. W Polsce — góra 120.

Zostawi Pan Francję? Nie będą chcieli tam Pana zatrzymać?

R.K.: Coś tam wymyślą... Nie jestem w stanie tak po prostu odwrócić tej karty. Np. dziś dowiaduję się, że siostra wygrała mistrzostwa Francji, godnie mnie zastępowała w Clermont-Ferrand.

To cała rodzina chodzi?

R.K.: Cała. Córka chodzi, chociaż chętniej biega. Żona biegała na 400 m, potem przez płotki. Brat też chodził.

A dlaczego akurat chód sportowy?

R.K.: Bo akurat w Tarnobrzegu była sekcja lekkoatletyczna — i to mi szło najlepiej.

„Robert Korzeniowski” to ile osób?

R. K.: Pięć. Żona Agnieszka, magister ekonomii (zajmuje się stroną administracyjno-organizatorską, wszystko domyka), mój menedżer Antonio Agostinho, nasza sekretarka i wspaniały prawnik.

Jak Państwo sobie radzą jako rodzina?

R.K.: Mamy czerwone linie, których nie wolno przekraczać. Wszystko jest zaplanowane.

A córka, jak się w tym natłoku zdarzeń odnajduje?

R.K.: Nieźle. Lubi podróżować i sport — ale tylko, gdy sama bierze w tym udział. Angelika nie jest dzieckiem zestresowanym. Przeciwnie. Nie ma u niej postawy „córki mistrza olimpijskiego”. Próbowała ją sobie wyrobić, kiedy była młodsza. Ukróciliśmy to. Na szczęście poprzez tatę nie stara się już nikomu nic udowodnić czy czegoś załatwić. Nigdy! Przy konkursie plastycznym przed Sydney jej projekt kartki pocztowej dostał wyróżnienie i miał być drukowany jako pocztówka. Nic z żoną nie wiedzieliśmy — dopiero ktoś z Małopolskiego Komitetu Olimpijskiego nam pogratulował, bo wręczał jej nagrodę.

Mała też będzie chodzić?

R.K.: Chyba biegać. Ma lepsze do tego warunki. Bawi nas, co prawda, gdy mówi: „Będę mistrzynią”. Ale gdy staje do zawodów — zna swoje miejsce. Nie jest arogancka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska-Badziak

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Nie wyskoczę z pudełka czekoladek