Nie zgwałcili, co najwyżej wykorzystali

Jacek Zalewski
10-09-2007, 00:00

Pobocznym wątkiem rozgrywki o los Sejmu było starcie o ministrów Jarosława Kaczyńskiego, wobec których Platforma Obywatelska złożyła wnioski o wotum nieufności. Prawo i Sprawiedliwość zarzuciło owym wnioskom niekonstytucyjność — z powodu hurtowego wykorzystania art. 159 zamiast art. 158, nakazującego wotum nieufności wobec rządu z podaniem nazwiska nowego premiera. Po odwetowym wykorzystaniu przez prezydenta i premiera art. 161, czyli sprytnym odwołaniu ministrów objętych wnioskami PO — co automatycznie spowodowało ich bezprzedmiotowość — a następnie ponownym powoływaniu tych samych osób, zaskoczony Donald Tusk określił ruch braci Kaczyńskich jako „gwałt na konstytucji”.

Przyjmując tę terminologię z kodeksu karnego, wypada uznać, że gwałt się gwałtem odcisnął, ale tylko na duchu Konstytucji RP — dziesięć lat temu jej ojcom nie wystarczyło wyobraźni, by przewidzieć taką kreatywność, jaką popisały się PO i PiS. Bo konstytucyjne ciało, czyli litera prawa, nie zostało przez żadną ze stron zgwałcone, co najwyżej z polityczną lubieżnością wykorzystane — ale nie porzucone...

Zastanawia jedynie okoliczność, że nie wszyscy zwolnieni grupowo ministrowie powrócili już na stanowiska. Bracia Kaczyńscy stosują selekcję — od ręki przywrócili Annę Fotygę i Jerzego Polaczka, ze względu na obowiązki międzynarodowe, a np. Aleksander Szczygło występował w sobotę na promocji oficerskiej we Wrocławiu nie jako minister konstytucyjny. Było to niewątpliwie wstydem — ale nie dla wojska, lecz dla władców IV RP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Nie zgwałcili, co najwyżej wykorzystali