Podstawą ubiegania się o ich organizowanie oczywiście jest posiadanie nowoczesnych stadionów, które np. w Polsce powstały na turniej EURO 2012. Niestety, Ligi Mistrzów (LM) nie dostaniemy nigdy, ponieważ UEFA finał lokalizuje na obiektach mających co najmniej 70 tys. miejsc (minimalny wyjątek od reguły to 67 tys. w Budapeszcie), tymczasem PGE Narodowy mieści nominalnie 58 tys., a realnie mniej. Oczywiście żaden nasz klub w finale LM również nie zagra, marzeniem mistrza Polski jest dostanie się choćby do fazy grupowej, czyli od bieżącego sezonu – dziwacznej tzw. ligowej. Awansowe szczęście trafia się nam średnio co dwie dekady (1996, 2016), czyli statystycznie najbliższa perspektywa dla zwycięzcy Ekstraklasy to dopiero 2036 r.
Zarówno piłkarsko, jak też organizacyjnie pozostają nam zatem ligi pocieszenia drugiej oraz trzeciej kategorii. Polska już dwa razy gościła finały Ligi Europy (LE): w 2015 r. na PGE Narodowym (Sevilla – Dnipro 3:2) oraz w 2021 r. na bursztynowej Polsat Arenie w Gdańsku (Villarreal – Manchester United 1:1, karne 11:10). W 2025 r. finał Ligi Konferencji (LK) UEFA, czyli najmłodszych rozgrywek trzeciej kategorii, odbędzie się we Wrocławiu. Od początku LK została ochrzczona mianem pucharu dla ubogich, co sportowo jest określeniem bardzo zasadnym, ale finansowo to właśnie dla ubogich całkiem tłusty kąsek. Najsłabsza liga oczywiście wchodzi do systemu transmisji telewizyjnych, objęta jest pakietami reklamowymi, sponsoringiem etc. Dość przypomnieć, że Lech Poznań za przebicie się aż do ćwierćfinału LK w sezonie 2022/23 zarobił łącznie brutto prawie 8,5 mln EUR, co w realiach naszej siermiężnej Ekstraklasy stanowiło kwotę ogromną.
W rozpoczętym sezonie 2024/25 sam awans do tzw. fazy ligowej LK (poprzednio – grupowej) wart jest ponad 3 mln EUR. Dlatego tak oczywiste są emocje ubogich, w tym polskich, towarzyszące eliminacjom. 15 sierpnia wieczorem Legia Warszawa i Wisła Kraków przebiły się dalej, natomiast Śląsk Wrocław odpadł, w dosyć kuriozalnych (sędziowsko) okolicznościach. Ciekawy jest przypadek Wisły, której przecież nie ma w Ekstraklasie, ale zakwalifikowała się do rozgrywek UEFA zdobywając Puchar Polski. Jako trzeci nasz zespół w LK może dojść Jagiellonia Białystok, czyli mistrz – próg LM okazał się oczywiście za wysoki, zapewne tak samo Jaga przepadnie w LE, natomiast na trzecioligowym europejskim poziomie może trochę pograć. Mamy zatem dwa lub trzy zespoły, które teoretycznie spróbują przebić się w trwającej edycji LK aż do… finału, rozgrywanego 28 maja 2025 r. we Wrocławiu. Europejski pucharowy finał w Polsce, nawet ten najniższej rangi, z polską drużyną, byłby obiektywnie sportowym hitem!
Na razie jednak klubowa piłka z najwyższej półki dociera do Polski na żywo tylko ścieżką organizacyjną. Wracam jeszcze na PGE Narodowy, który w środę, 14 sierpnia, przyjmował mecz UEFA innego rodzaju. Superpuchar, rozgrywany między triumfatorami LM i LE to spotkanie specyficzne, ponieważ zwycięzcy pochodzą z sezonu poprzedniego, natomiast realnie jest to prestiżowa inauguracja nowego. UEFA zresztą postanowiła w tym rozpoznawczym meczu piłkarzy nie przemęczać – otóż w razie remisu… nie ma dogrywki, lecz od razu strzelane są karne. W warszawskim spotkaniu Realu Madryt z Atalantą Bergamo piłkarski wypasiony Goliat był stuprocentowym faworytem i ze skromnym Dawidem oczywiście wygrał 2:0. Pierwsza połowa była nijaka i nudna, na szczęście w drugiej mecz się ożywił. Przede wszystkim obudził się madrycki krezus, a w nim – debiutujący w królewskich białych barwach Kylian Mbappé. Kapitan reprezentacji Francji strzelił gola ustalającego wynik na 2:0, co jego fanów wprowadziło w stan euforii.
Od otwarcia w 2012 r. jestem obecny na wszystkich meczach na PGE Narodowym, zatem podzielę się kilkoma obserwacjami. Przejmując na kilka dni stadion UEFA wprowadza własne standardy logistyczne i organizacyjne, od wielu lat ujednolicone przez centralę ze szwajcarskiego Nyon dla wszystkich dużych aren w Europie. Część z tych szczegółowych rozwiązań mogłaby zostać na stadionie już na stałe, choćby dodatkowe tabliczki informacyjne etc. Oczywiście niektóre inwestycje UEFA z definicji są jednorazowe, np. konieczne rozbudowanie na Superpuchar trybuny medialnej, kosztem miejsc dla zwykłych kibiców. Jeden wątek mnie jednak 14 sierpnia zdumiał. Przy PGE Narodowym istnieje, na dawnych błoniach, ogromny parking, który na polskich meczach czy na wielkich koncertach nabity jest kilkoma tysiącami samochodów. Tym razem UEFA dla własnego komfortu… zajęła cały ogrodzony parking, na którym hulał wiatr, albowiem parkowały tam tylko nieliczne wozy organizatorów oraz grupka autokarów kibiców z Bergamo. Pojazdy zwyczajnych kibiców z konieczności zalały prawobrzeżną Warszawę w okolicach stadionu. Tak absolutnie nie powinno być, interesy organizatorów całkowicie zaspokoiłoby wygrodzenie tylko pewnej części parkingu.
Krajowymi eventami porównywalnymi wobec Superpucharu UEFA na PGE Narodowym absolutnie nie są mecze reprezentacji, lecz finały Pucharu Polski. Sektory za bramkami analogicznie obsadzają równe liczebnie armie fanów obu drużyn, natomiast centralne części trybun to teoretycznie neutralna publiczność tzw. piknikowa. 14 sierpnia ogromną białą przewagę kibicowską na całym stadionie oczywiście miał Real, któż w Polsce w ogóle kojarzy Atalantę… Ogromna różnica w stosunku do krajowych finałów polegała na wzajemnym stosunku kibiców obu zespołów oraz generalnym szacunku dla widowiska. Nikt nawet nie śmiał pomyśleć o strzelaniu kibolskimi racami czy prymitywnym zadymianiu stadionu. Policja oczywiście była, ale jej aktywność nie różniła się od działalności cywilnych stewardów. Tymczasem podczas finałów Pucharu Polski często muszą występować policyjne oddziały zwarte w hełmach, zwłaszcza gdy trafi się para klubów, których kibice trzymają ostro nakierowane wzajemnie tzw. kosy. Fantastyczne było również podejście kibiców z Bergamo do samego udziału w meczu. Atalanta od założenia klubu w 1907 r. nigdy nie była mistrzem czy choćby wicemistrzem Włoch, dlatego tegoroczny triumf 3:0 w finale LE w Dublinie nad doskonałym Bayerem Leverkusen był jej wyśnionym sukcesem stulecia. Wynik starcia w Warszawie z legendarnym Realem był oczywistością, zatem doskonale zorganizowani fani Atalanty porażką 0:2 się nie przejęli i urządzili swoim piłkarzom fetę… po zakończeniu. To kontrast wobec finału Pucharu Polski, gdy sektor drużyny pokonanej pustoszeje w kilka minut. Po prostu – inna futbolowa cywilizacja.
Najbardziej ciemną stroną widowiska na PGE Narodowym był wtórny rynek biletów. UEFA oficjalnie rozprowadza je na swoje turnieje i finały w aplikacji mobilnej, liczba zgłoszeń zwykle przekracza pojemności stadionów i wtedy są losowane. Jednemu szczęśliwcowi przysługują na elitarną LM tylko dwa bilety, natomiast na finały LE i LK oraz na Superpuchar – aż cztery. To gruby błąd UEFA, ponieważ automatycznie tworzy się nadwyżka biletów, trafiająca na rynek wtórny z cenami lichwiarskimi. Ustalone przez UEFA pierwotne były całkiem przystępne, w zależności od sektora na PGE Narodowym – 130, 80 i 30 EUR. W obrocie wtórnym nawet te najtańsze oferowane były po 1000 zł i więcej, miejsca lepsze oraz pakiety VIP nawet po 5000-6000 zł. Na czarnorynkowych, chociaż oficjalnych portalach oraz w grupach facebooka taki poziom cen trzymany był jeszcze… 14 sierpnia. Pod stadionem nikt nie oferował publicznie sprzedaży, natomiast chęć kupna – owszem. Ciekawe, ile biletów jednak pozostało do końca w rękach koników. Spośród 56 400 miejsc kibicowskich UEFA sprzedała na swoim portalu 48 000 biletów ogólnodostępnych, zaś 8400 trafiło do partnerów, sponsorów i rozbudowanej familii centrali z Nyon. Policzona przez system i oficjalnie ogłoszona podczas meczu liczba widzów ze wszystkich kategorii (oczywiście bez służb, w tym np. masy stewardów) wyniosła 56 042 – czyli zmarnowało się teoretycznie 358. Notabene finał LE na PGE Narodowym w 2015 r. pomiędzy hiszpańską Sevillą a ukraińskim Dnipro zgromadził zaledwie 45 000 widzów, trybuny na gorszych miejscach świeciły łysiną, zaś bilety można było kupić po urzędowej cenie w systemie UEFA nawet w dniu meczu. No tak, ale wtedy nie grał kultowy Real oraz niejaki Kylian Mbappé…
