Niedźwiedź - życie po Trójce

Rafał Kerger
opublikowano: 2008-11-10 00:00

Grupa Radiowa Agory, zatrudniając popularnego Niedźwiedzia w Złotych Przebojach, zyskała na wizerunku. Trójka, z której odszedł? Przeżyła.

Radio Pozyskanie Marka Niedźwieckiego to dla stacji Agory zysk. Głównie marketingowy

Grupa Radiowa Agory, zatrudniając popularnego Niedźwiedzia w Złotych Przebojach, zyskała na wizerunku. Trójka, z której odszedł? Przeżyła.

Jego przejście po 25 latach pracy w radiowej Trójce do Złotych Przebojów obrosło legendą. Najbardziej sensacyjny wątek? Marek Niedźwiecki padł ofiarą mobbingu politycznego. Zaczynał pracę w publicznej stacji w stanie wojennym. Nowe władze miały więc uznać za niestosowne uhonorowanie ćwierćwiecza "Listy przebojów programu III", bo dziennikarz był dla nich kolaborantem. Tyle że tej wersji ani Niedźwiecki, ani szefostwo rozgłośni nie potwierdzają.

Tak czy owak, mija jedenasty miesiąc, odkąd prowadzi autorskie audycje w stacji Agory. A tam twierdzą, że jego transfer był dla nich strzałem w dziesiątkę.

Muzyczny autorytet

W porównaniu z 2007 r. Złote Przeboje zyskały w miastach nadawania w kategorii zasięg dzienny. Choć tylko nieznacznie. Ale Adam Fijałkowski, dyrektor programowy i promocji grupy radiowej, a wcześniej wiceszef Trójki (to on i Andrzej Adamczyk, szef programowy Złotych Przebojów, ściągnęli Niedźwieckiego), jest podwójnie zadowolony.

— Zasięg to tylko jeden aspekt. Jeszcze więcej na transferze Marka zyskaliśmy wizerunkowo. Oparliśmy na jego muzycznym autorytecie kampanię reklamową, dzięki której dziś jesteśmy kojarzeni jako eksperci od najlepszej muzyki. Wyszło to w niedawnych badaniach fokusowych, które przeprowadziliśmy. Słuchacze co rusz powtarzali, że zatrudnienie Marka Niedźwieckiego było strzałem w dziesiątkę — chwali się Adam Fijałkowski.

Słowem: Niedźwiecki jest dla stacji ważniejszy niż Jacek Cygan i Zbigniew Hołdys, którzy wcześniej startowali ze swoimi audycjami w Złotych Przebojach (już ich nie ma).

Korzyści radia Agory z pozyskania dziennikarza zauważa także konkurencja.

— To był ciekawy i trafiony ruch. Szczególnie, że akurat wrócił czas osobowości w radiu — uważa Leszek Kozioł, prezes Eski.

Widzi jednak między audycjami Marka Niedźwieckiego a formatem muzycznym radia wyraźny zgrzyt.

— Mówiąc wprost: to się ma nijak do siebie — komentuje Leszek Kozioł.

Rysa a nie kataklizm

Czy w takim razie na odejściu Niedźwieckiego straciła publiczna Trójka? Badania tego jasno nie wykazują (obraz strat zaciemnia to, że stacja ta przeniosła listę przebojów z piątku na sobotę). Wojciech Mann jeszcze w ubiegłym roku diagnozował, że "Marek był tak zrośnięty z Trójką, jak adres Myśliwiecka 3/5/7". Musiała więc powstać rysa na wizerunku trzeciego programu publicznego radia. Szczególnie, że stacja miała dla trzydziesto- i czterdziestolatków wyjątkowe, niemal kultowe znaczenie, a Niedźwiecki — był niemal guru. Okazało się jednak, że rysa nie spowodowała kataklizmu. Co prawda Trójka wciąż ma problem z wizerunkiem (choć już nie próbuje, jak kiedyś, być radiem dla wszystkich), ale Piotr Baron, który przejął po Niedźwieckim prowadzenie "Listy przebojów", radzi sobie całkiem dobrze. Dla niektórych może to być dowód, że po prostu "Lista" stała się przez lata marką sama w sobie. Ale nie zmienia to faktu, że odejście Niedźwieckiego ani jego koronnemu programowi, ani stacji nie zaszkodziło aż tak bardzo, jak to wieszczyli pesymiści.

Pytanie zresztą, czy Trójka w ogóle mogła zatrzymać słynnego radiowca? Mniej więcej rok przed odejściem Niedźwiecki też złożył wypowiedzenie. Miał iść do Radia PiN. Adam Fijałkowski (wtedy w Trójce) do dziś wspomina nieprzespaną noc, gdy zastanawiał się, co powie mediom. Udało się jednak odwieść Niedźwieckiego od zamiaru zmiany miejsca pracy.

Ze Złotymi Przebojami latem 2007 r. było już inaczej. Miał w tej rozgłośni przyjaciół. Został jej najlepiej opłacanym dziennikarzem. Ale przede wszystkim mógł robić to, co najbardziej lubi: listę w piątek i audycję w sobotnie przedpołudnie ("Złote, słodsze, najsłodsze"), której w ostatnich miesiącach w Trójce nie miał. A do tego ponoć dostał od Agory zapewnienie, że jeśli z czasem zażyczy sobie prowadzić audycje z ukochanych polskich gór, to będzie mógł to robić.

— Bo dla niego nie pieniądze są najważniejsze. Mógłby być bardzo drogi — najdroższy — ale są w branży lepiej opłacani dziennikarze. On to wszystko robi, bo kocha radio — twierdzi Emil Marat, dyrektor programowy Radia PiN, który kiedyś też z Niedźwieckim negocjował.