Czteroletni plan prywatyzacyjny ma w czwartek trafić pod obrady Komitetu Rady Ministrów. Czas najwyższy, bo ów plan zapowiadany jest już od kilku miesięcy i — jak każda wielokrotnie powtarzana obietnica — zaczął się już trochę dewaluować. Doniesienia na temat owego pakietu nie szokują — wygląda na to, że rząd chce wprawdzie sprywatyzować maksymalnie dużo, jednak na tyle mało, by nie rozsierdzić zanadto najzagorzalszych przeciwników przekształceń własnościowych. Tym zapewne można tłumaczyć brak na prywatyzacyjnej liście KGHM.
Problem leży nie tylko w nieśmiałości prywatyzacyjnych planów, ale również w coraz bardziej widocznym braku determinacji rządu. Oczywiście, realizacja opracowanego w resorcie skarbu planu prywatyzacyjnego będzie zdecydowanym krokiem naprzód, jeśli chodzi o przekształcenia własnościowe, w porównaniu z kilkoma poprzednimi rządami (jeśli wyjąć okres rządów Jacka Sochy w resorcie skarbu). Nie zmienia to tego, że rząd Donalda Tuska w sprawie prywatyzacji dobrze wypada jedynie na dość bladym tle.
Zamiast próbować przekonać do prywatyzacji parlamentarną większość i opinię publiczną (nikt nie mówi, że to łatwe) rząd najwyraźniej chce przeprowadzić przekształcenia własnościowe troszeczkę chyłkiem — sprzedawane będą mniejsze, niebudzące kontrowersji firmy. Niewykluczone, że okaże się to skuteczną strategią. Jest jednak ryzyko, że o odważniejszych prywatyzacjach (koleje, sektor paliwowy) będziemy mogli zapomnieć. Trudno bowiem o społeczne przyzwolenie, skoro się o nie nie zabiega.