Niespodzianka na biurku

Radosław Omachel
opublikowano: 2003-10-03 00:00

Spółka Lech chciała sprzedać dług. Pośrednikiem miał zostać Raiffeisen Bank Polska. Tego, czy nim był, nie udało się jeszcze oficjalnie ustalić. Także prokuraturze. W grę wchodzi 20 mln zł.

Radomski Lech spółka z o.o. na co dzień zajmuje się obrotem surowcami mineralnymi i materiałami budowlanymi. W październiku 1997 r. kupił od lubelskiej elektrociepłowni dług Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych (MZBM). Nabył, ale nie zapłacił. Należność miał uregulować po korzystnej odsprzedaży.

Wierzytelność teoretycznie była bezpieczna, gdyż lubelscy rajcy — ze względów społecznych — ogrzewanie miasta traktowali priorytetowo. I majątek przedsiębiorstwa był ogromny (place, bloki, kamienice): po zwaloryzowaniu przekraczał 500 mln zł. A jednak MZBM upadł... Od zgłoszenia wniosku o upadłość przez MZBM do postanowienia sądu minęły aż 3 lata. Zdaniem prezesa spółki Lech, Stanisława Kosałkiewicza, w tym czasie z lubelskiego przedsiębiorstwa wyprowadzono prawie cały majątek — i Lech poniósł duże straty. Na długotrwały proces postępowania poskarżył się do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Czeka na termin rozprawy.

Dług MZBM w Lublinie — 8,2 mln zł — wraz ze spodziewanym odszkodowaniem od trybunału radomska firma wystawiła na sprzedaż. Zgłosił się szef moskiewskiej kancelarii prawnej Standard Consulting, twierdząc, że ma kupca, który wyłoży 3,5 mln USD. Do transakcji miało dojść z wykorzystaniem akredytywy typu „stand by l-si”, wymagalnej po upływie roku. Akredytywa to gwarancji, że sprzedawca otrzyma pieniądze. Udziela jej bank, który w razie nierzetelności kupującego reguluje należność.

Rachunek bankowy spółki Lech prowadził Raiffeisen Bank Polska. Radomska spółka zwróciła się doń z propozycją pośrednictwa w transakcji. Bank miał ją odkupić od Lecha, i od razu odsprzedać z zyskiem rosyjskiemu nabywcy. Potencjalny kupiec potwierdził bankowi zamiar nabycia długu. Rozpoczęły się przygotowania do podpisania umowy. Raiffeisen Bank dostał kserokopie dokumentów wierzytelności. Na ich podstawie warunki umowy opracowała stowarzyszona z Hunton & Williams kancelaria T. Kacymirow, J. Michalski, Z. Mrowiec i Wspólnicy.

5 grudnia bank wystąpił do Lecha o wydanie oryginalnych dokumentów wierzytelności, bo — jak poinformował — uzgodnił już treść umowy ze Standard Consulting. Dzień później Raiffeisen przyjął komplet papierów. Umowa miała zostać podpisana 8 lub 12 grudnia.

Według Stanisława Kosałkiewicza, zawarto ją 8 grudnia 2000 r. — w dawnej siedzibie Raiffeisen Banku w Warszawie przy ulicy Jana Pawła II. 12 grudnia do Polski przyleciał przedstawiciel Standard Consulting. Dzień później rozpoczęły się negocjacje moskiewskiej kancelarii z Raiffeisenem. Lech nie brał w nich udziału — dodaje Stanisław Kosałkiewicz. Bank utrzymuje zaś, że brał.

— Dowiedzieliśmy się, że 13 grudnia bank informował Rosjan, że jest już właścicielem wierzytelności — mówi Stanisław Kosałkiewicz.

Podpisano cztery egzemplarze porozumienia. Lecha reprezentował Stanisław Kosałkiewicz, a ze strony banku podpisy złożyli jego pełnomocnik Dariusz Zaręba i prokurent Mariusz Łukasiewicz. Wszystkie umowy i całość dokumentacji wierzytelności pozostały w banku. Przed wydaniem jej sprzedającemu — twierdzą władze Lecha — umowa miała zostać opatrzona datą, numerem i sprawdzona pod względem formalnym.

— To nie ma znaczenia, czy umowa była parafowana czy podpisana. Przed wydaniem dokumentów drugiej stronie i bez oświadczenia woli to tylko czynność techniczna, a nie prawna. Najważniejsze, że ona nie została zawarta, bo po prostu jedna ze stron nie dotrzymała warunków — mówi Mariusz Łukasiewicz, wtedy prokurent banku.

Zgodnie z zapisami dokumentu, cedent — czyli Lech — sprzedawał Raiffeisen Bankowi wierzytelność o wartości 8,2 mln zł oraz spodziewane odszkodowanie po wyroku Trybunału Praw Człowieka. Raiffeisen Bank godził się zapłacić za ten dług 3,32 mln USD (13,2 mln zł) w terminie 14 dni roboczych od daty podpisania umowy. Pieniądze za przejęty przez bank dług miały wpłynąć na konto radomskiej spółki.

Lech przyjął, że datą podpisania umowy był 31 grudnia 2000 r. Czekał na pieniądze.

— Bank, w terminie 14 dni roboczych od podpisania umowy, mógł się wycofać bez konsekwencji. Ale tego nie zrobił — mówi Stanisław Kosałkiewicz.

Zdaniem banku, warunkiem zrealizowania transakcji było przedstawienie przez Standard Consulting odpowiedniej akredytywy.

— W negocjacjach, które trwały do końca grudnia 2000 roku, szef Standard Consulting Vladimir Krylosov zapewniał, że gwarancją transakcji stanie się akredytywa wystawiona przez The Royal Bank of Canada — bank z ratingiem AA. Przystaliśmy na to. Na początku stycznia 2001 roku otrzymaliśmy dokumenty, z których wynikało, że wystawcą akredytywy jest instytucja finansowa o Wall Street Banking Corporation, zarejestrowana na Wyspach Cooka, a kanadyjski bank jest pośrednikiem. W takiej sytuacji sfinalizowanie transakcji byłoby z naszej strony dużą nieostrożnością — mówi Konrad Sitnik dyrektor Raiffeisen Bank Polska.

Rzecz w tym, że zapis dokładnie określający wystawcę akredytywy znalazł się tylko w umowie, którą miały podpisać Raiffeisen Bank Polska i Standard Consulting. W porozumieniu między Lechem a bankiem go nie było. Dlaczego takiego paragrafu nie wprowadziła do projektu kontraktu kancelaria prawna?

Bankowcy uznali, że nie było to potrzebne, gdyż Lech doskonale znał warunek sfinalizowania odsprzedaży wierzytelności przez bank. Lech zaś natomiast, wychodząc z założenia, że transakcja między Raiffeisenem a Standard Consulting go nie dotyczy, skoro podpisał już z bankiem umowę, zaczął dochodzić swoich praw.

— Wysyłaliśmy do banku pisma o zapłatę albo o wydanie dokumentów wierzytelności — mówi Stanisław Kosałkiewicz.

Raiffeisen Bank wielokrotnie odpowiadał, że z firmą Lech nie zawierał umowy na zakup wierzytelności. 6 listopada 2001 roku Mariusz Łukasiewicz, szef departamentu operacji kapitałowych pisał m.in.: „Powtórnie informujemy, że Raiffeisen Bank Polska nie zawarł ani nie zobowiązał się do zawarcia żadnej innej umowy z PPHiU Lech. Skierowane do banku pisma uznajemy za bezpodstawne. Prosimy traktować powyższe pismo jako ostateczne stanowisko banku w tej sprawie”. Bank przekonuje, że dokumentacja wierzytelności cały czas była do odebrania.

— Kilka razy zwracaliśmy się do Lecha, by zabrał wszystkie dokumenty — mówi Mariusz Łukasiewicz.

Lech z tej możliwości nie skorzystał. Wcześniej Raiffeisen Bank, na prośbę Lecha, dokonał wewnętrznego audytu. Ten wykazał, że w banku umowy z Lechem nie ma.

W listopadzie 2001 Lech zwrócił się w tej sprawie do prezesa Raiffeisena w Wiedniu — Waltera Rothensteinera, i do Wojciecha Kwaśniaka, szefa nadzoru w Głównym Inspektoracie Nadzoru Bankowego. Po tej interwencji GINB zwrócił się do banku o wyjaśnienia. Usłyszał, że przeprowadzony w firmie audyt wykazał, że bank umowy z Lechem nie zawierał. GINB uznał zatem, że skoro bank tak mówi, to widocznie umowy nie podpisywał. Urząd uznał poza tym, że nie ma kompetencji do występowania w tej sprawie w roli arbitra.

Pod koniec 2001 roku Lech ponownie zwrócił się do centrali Raiffeisena w Wiedniu. Tym razem przez pośrednika, który skontaktował się z sekretariatem prezesa Rothensteinera. Centrala Raiffeisen Banku nie zajęła stanowiska. Za to w odpowiedzi na kolejne pismo z Lecha prezes banku zapewnił, że roszczenia polskiej spółki są bezpodstawne.

Wymiana korespondencji trwała do grudnia 2001 roku. W rok po podpisaniu umowy prezes Lecha o postępowaniu banku zawiadomił Prokuraturę Okręgową w Warszawie. 18 lutego 2002 warszawska Prokuratura Rejonowa wszczęła dochodzenie przeciw Raiffeisen Bank Polska o przywłaszczenie praw majątkowych. 16 maja 2002 roku, wskutek postanowienia Prokuratury Rejonowej Warszawa Środmieście do banku weszła policja. Efekt nalotu? Zarekwirowanie papierów dotyczących sprawy, w tym kompletu dokumentów wierzytelności. 24 maja siedzibę Raiffeisena odwiedził prowadzący dochodzenie prokurator. Podczas tej wizyty w biurku Dariusza Zaręby odnaleziono egzemplarz umowy (podpisanej?, parafowanej?) półtora roku wcześniej ze spółką Lech!

— Umowa nigdzie nie była schowana. Leżała w segregatorze na biurku — mówi Mariusz Łukasiewicz.

Pozostałe — tłumaczy bank —kopie umowy jako nic już nie znaczące papiery „poszły do Schrödera” — czyli trafiły pod ostrza niszczarek. Dlaczego jedną kopię zachował dla siebie Dariusz Zaręba?

— Umowa po prostu została na jego biurku. Być może zapomniał... — mówi Mariusz Łukasiewicz.

Między podpisaniem dokumentu a jego odnalezieniem przez prokuraturę minęło prawie półtora roku, a bank w tym czasie zmienił siedzibę.

Mariusz Łukasiewicz podczas przesłuchania w prokuraturze zeznał, że nie wie, czy składał podpis pod umową. Za autentyczność podpisów na znalezionej w banku umowie nie chciał ręczyć również przesłuchiwany przez prokuraturę Maciej Sawicki, dyrektor departamentu audytu wewnętrznego Raiffeisen Bank. Na prośbę prokuratury podpisy Zaręby i Łukasiewicza zbadał biegły sądowy. Nie miał zastrzeżeń co do ich prawdziwości.

Po potwierdzeniu istnienia umowy w trudnej sytuacji znalazł się GINB. W liście do prokuratury Wojciech Kwaśniak tłumaczył, że wcześniej opierał się na opinii banku, a ten — na wyniku swego departamentu audytu. „Wyjaśnienia banku wskazują, że kontrola nie mogła ujawnić wspomnianego dokumentu, gdyż został on ukryty przez pracowników banku” — tłumaczył się Kwaśniak.

Efekty pracy prokuratury spowodowały, że władze banku na miesiąc zawiesiły Mariusza Łukasiewicza i Dariusza Zarębę w pełnieniu obowiązków.

— To rutynowe postępowanie — zawieszenie aż do wyjaśnienia sprawy — przypomina Konrad Sitnik.

Mariusz Łukasiewicz wrócił do pracy. Dariusz Zaręba już w banku nie pracuje.

— Rozstaliśmy się z nim z naszej inicjatywy, ale sprawa Lecha nie miała na to wpływu — dodaje Konrad Sitnik.

W dniu wejścia do banku policji prokuratura przesłuchiwała Mariusza Łukasiewicza. Z protokołu wynika, że prokurent banku przyznał, że tekst umowy podpisał prezes Lecha. „To miało być ułatwienie dla pana Kosałkiewicza, żeby nie musiał ponownie przyjeżdżać do Warszawy” — mówił na przesłuchaniu Mariusz Łukasiewicz.

Sam Łukasiewicz — jak wynika z protokołu — umowy nie podpisał, lecz tylko parafował i ponownie przytoczył argument, że umowa miała charakter warunkowy.

Innego zdania jest radca prawny reprezentujący Lecha.

„Umowa nie określa jakiegokolwiek warunku jej zawarcia. O jej bezwarunkowym charakterze przesądzają jasne, nie budzące wątpliwości sformułowania o definitywnej sprzedaży i kupnie wierzytelności oraz zapisy gwarantujące bankowi prawo odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni od jej zawarcia” — pisze radca prawny w przedstawionej przez Lecha opinii prawnej.

Zwraca uwagę, że parafowanie, na które powołują się bankowcy, nie jest znane jako „czynność szczególna” w polskim porządku prawnym. Konrad Sitnik nie uważa, że bank zachował się nieostrożnie, sygnując kontrakt z Lechem bez pewności, czy trzecia strona dotrzyma obietnic.

— Bez wątpienia to dla nas lekcja ostrożności. Z drugiej strony dobrze, że nie doszło do wypłacenia pieniędzy Lechowi, bo — jestem przekonany — drugiej części transakcji nie udałoby się dopiąć. — mówi Konrad Sitnik. I dodaje:

— Nie ma potrzeby zmieniać naszych procedur. Są właściwe. Historia z Lechem uczy nas jednak dmuchania na zimne. Do tej transakcji wynajęliśmy renomowaną kancelarię prawną. Może następnym razem wynajmiemy jeszcze jeden zespół prawników, by zaopiniował treść umów?

16 listopada 2002 r. Prokuratura Rejonowa w Warszawie umorzyła śledztwo w sprawie Raiffeisen Banku. „Nie znaleziono dowodów celowego ukrycia dokumentu. Choć doświadczenie życiowe wskazuje na takie właśnie twierdzenie, to nie może być ono podstawą do pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności karnej” — napisał w uzasadnieniu prowadzący sprawę prokurator.

Zdaniem prokuratury, Raiffeisen Bank nie przywłaszczył sobie praw do wierzytelności i nie podjął kroków do jej egzekwowania i zamierzał zwrócić dokumentację na żądanie spółki Lech. Zażalenie na to postanowienie wystosowane przez Lecha nie zostało uwzględnione.

O sprawie wie minister sprawiedliwości i posłowie. Stanisław Kosałkiewicz 5 grudnia 2002 r. napisał list do przewodniczącego Komisji Nadzoru Bankowego Leszka Balcerowicza. Opisał w nim sprawę swej firmy i rezultat pracy prokuratury.

Lech skierował sprawę do Sądu Okręgowego w Warszawie. Pozew dotyczy zapłaty 20 mln zł.

— Kwota wynika z przeliczenia na złote powiększonej o odsetki sumy, którą bank miał zapłacić spółce Lech — mówi Wiktor Wojewódzki z Mag Bis, prawniczej spółki reprezentującej Lecha.

W piśmie do banku prawnicy piszą: „Wydaje się nam (...), że tak szacowny bank nie będzie chciał doprowadzić do ujawnienia kulis transakcji i kompromitacji na polskim rynku bankowym. (...) Proponujemy rozpoczęcie negocjacji do 31 lipca 2003 r. (...). Po tym terminie nasza firma podejmie inne przewidziane prawem kroki, jak również odblokuje informacje dotyczące transakcji, o które zabiegają liczni dziennikarze”.