Nieustraszeni pogromcy żmij

Karolina Guzińska
opublikowano: 01-12-2006, 00:00

Kocie kły i pazury uwolniły wyspę od plagi jadowitych węży. Legenda z czasów Bizancjum głosi, że tę niezwykłą odsiecz sprowadziła święta Helena.

Są wszędzie. Kręcą się przy restauracjach i monastyrach, wylegują się na hotelowych leżakach, okupują murki i trawniki, wygrzewając się w słońcu. Cypryjskie koty. Zaskakują kondycją, bo większość to zwierzęta odkarmione i zadbane. Nie boją się ludzi, gdyż nikt ich tu nie dręczy.

— Cypryjczycy dobrze znają historię wyspy. Dlatego traktują koty wyjątkowo — twierdzi przewodniczka wycieczek Ewa Ioannou.

Zabójcza susza

W IV wieku Cypr dotkliwie ucierpiał przez trwającą 36 lat suszę. Nękani szarańczą i chorobami ludzie masowo marli, rodziły się za to jadowite węże i żmije. Taką wyspę zastała święta Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego, gdy zawitała tu w drodze z Jerozolimy.

— Żeby pomóc tubylcom, sprowadziła statkiem setkę kotów z Egiptu. Umieszczono je w klasztorze św. Mikołaja na półwyspie Akrotiri, nazwanym później kocim (Kapo Gata). Codziennie rano mnisi wypuszczali zwierzęta, by rozprawiały się z wężami. W tych bojach koty odnosiły liczne rany — na dźwięk wieczornego gongu wracały bez oka, ucha, ogona, a wiele porażonych zabójczym jadem nie wracało wcale — opowiada Ewa Ioannou.

Zbudowany w 325 r. monastyr — zwany klasztorem św. Mikołaja od Kotów (Agios Nicolaos tis Gatas) — wciąż daje im schronienie.

— Kiedy Cypryjczycy znajdą chorego czy potrąconego przez samochód kota, zwykle odwożą go do klasztoru św. Mikołaja. Zwierzętami opiekują się mniszki, które z czasem zastąpiły mnichów w tym klasztorze. Oczywiście koty nie jedzą już żmij, ale Whiskas — dodaje Ewa Ioannou.

Koci monastyr to jeden z czterech klasztorów ufundowanych na wyspie przez bogobojną cesarzową. W najwspanialszym — monastyrze Stavrouni (40 km od Larnaki) — późniejsza święta ukryła relikwie krzyża Chrystusa, po które wyprawiła się do Palestyny. Założony przez nią klasztor zwiedzają wyłącznie mężczyźni. Kobietom wzbroniono wstępu, bo tutejsi mnisi są niezwykle pobożni. Składają śluby równie surowe, jak bracia z góry Atos w Grecji.

— Stavrouni znaczy Góra Krzyża. Helena przywiozła ze sobą święty krzyż, powrozy i gwoździe, którymi przybito Jezusa do drzewa. Tych relikwii długo szukała, ze specjalną ekipą, na Golgocie. Znajdowała wiele krzyży, jak to w miejscu straceń. Każdy poddawała testowi: jeśli nie uzdrowił chorego, wiadomo było, że to nie ten. W końcu natrafiła na krzyż czyniący cuda. Zostawiła go na Cyprze, zgodnie ze wskazówką ze snu. Ujrzała w nim błysk na górze, gdzie potem stanął klasztor — wyjaśnia Ewa Ioannou.

Ekolog na warcie

Na wyspie wyśniono całe mnóstwo proroczych snów. W jednym z nich Umm Haram, ciotka proroka Mahometa, ujrzała własną śmierć. Godząc się z przeznaczeniem, ruszyła na jej spotkanie. 3 km na zachód od Larnaki spadła z osła, uderzyła głową o kamień i zmarła. Działo się to w 649 r. podczas pierwszego najazdu Arabów na wyspę. W 1816 r. w miejscu pochówku Umm Haram stanął meczet Hala Sultana Tekesi — czwarte miejsce muzułmańskich pielgrzymek po świątyniach w Mekce i w Medynie oraz po meczecie w Jerozolimie.

— To jedyny meczet, jaki zbudowano na wyspie. Pozostałe przerobiono z kościołów chrześcijańskich — dodaje Ewa Ioannou.

Spokojne okolice meczetu, wzniesionego przy brzegu płytkiego słonego jeziora, upodobały sobie tysiące ptaków migrujących. Chętnie przylatują tu m.in. różowe flamingi, by brodzić w wodzie w poszukiwaniu krewetek. Zwierzęta równie ciekawe, choć trudniejsze do podpatrzenia, to — ogromnie już rzadkie — muflony. Rudobrązowi, krótkowłosi przodkowie owiec domowych żyją pod ścisłą ochroną. Ciekawostką pozostaje także żółw zielony, spotykany tylko w Parku Narodowym Akamas. Gniazdowiska tego ginącego gatunku objęto rezerwatem. Małym żółwikom zagraża sztuczne światło, gdy po wykluciu się z jaj zagrzebanych w piasku pełzną do morza. Kierują się światłem odbitym w wodzie, a latarnie, neony itp. wabią je w stronę lądu, gdzie maluchy padają z odwodnienia.

— Ekolodzy cypryjscy wprowadzili zakaz wstępu na plażę w zatoce Lara od początku czerwca do drugiej połowy sierpnia. Ochotnicy dzień i noc trzymają wtedy straż — przypomina Ewa Ioannou.

Wymarły za to sępy. Ostatnia para skrzydlatych padlinożerców mieszka w brytyjskiej bazie wojskowej, dokarmiana przez żołnierzy (dwie suwerenne bazy to pamiątka brytyjskiej kolonizacji lat 1878-1960).

— Niezdatne do pracy, wysłużone osły cypryjscy wieśniacy prowadzali w góry i zrzucali w przepaść. Padłem żywiły się sępy. W końcu dwie Angielki założyły azyl dla leciwych kłapouchów i innych zwierząt nieopodal Vouni w górach Troodos — opowiada Ewa Ioannou.

Rajska roślinność

W kraju 33 razy mniejszym od Polski rośnie ponad 2 tys. gatunków roślin ze wszystkich kontynentów, m.in. afrykańska opuncja czy europejskie sosny i świerki. Wyspę upodobał sobie również krzew zasłużony dla początków anestezjologii — oleander, wykorzystywany przez starożytnych lekarzy do znieczulania pacjentów. To niebezpieczna roślina, Cypryjczycy używają jej liści jako trutki na myszy. Łatwo więc było, zamiast uśpić, wysłać chorego do Hadesu.

— Zachowała się też roślinność raju, w którym żyli Adam i Ewa, czyli flora okresu przedlodowcowego: m.in. figowce i drzewa chlebowe, zwane czarnym złotem Cypru. Uprawiano je dla strąków, przerabianych na klisze fotograficzne i taśmę filmową. To już przeszłość. Stare młyny chlebowe zmieniły się w turystyczne atrakcje, a ze słodkich strąków o miodowym zapachu wytwarza się tylko lekarstwa i syrop — przekonuje Ewa Ioannou.

Carob sirup to jedna z lokalnych specjalności. Cypryjczycy polewają nim chleb, biały ser, dodają do mleka. A że owoce drzewa chlebowego zawierają łatwo przyswajalne żelazo, traktują je także jako lek: codziennie rano łyżeczka. Z przełamanego strąka drzewa chlebowego wysypują się karaty: pestki. Ponieważ każda waży tyle samo, niegdyś odmierzano nimi ciężar złota — stąd się wzięły karaty jubilerskie.

W krajobrazie wyspy dominują jednak majestatyczne drzewa oliwne. Jesienią, podczas zbiorów oliwek, powszechny na wsiach widok to ludzie na drabinach, przeczesujący korony drzew specjalnymi grabkami. Strącają grad owoców na rozłożone na ziemi płachty i pokrzykują przyjaźnie na turystów, zapraszając ich do pomocy w żniwach. Goście są chętnie widziani także w tłoczniach oliwy. Obserwując proces produkcji, pogryzają cienko krojony, grillowany chleb polany oliwą zmieszaną z sokiem cytryny i solą — smakuje wybornie.

Jedna z dostępnych do zwiedzania tłocznia Erotokritos leży w pobliżu kompleksu agroturystycznego Tochni nieopodal Limassol. Pracuje sezonowo, od października do marca. Wielkie maszyny mielą wszystko, łącznie z pestkami — do uzyskania litra oliwy potrzeba 4 kg oliwek, a odpadki ludzie kupują na opał. Właściciel — Erotokritos Sparsis — przerabia oliwki własne i klientów, którzy odbierają od niego oliwę, płacąc za usługę, lub zostawiają jej część w rozliczeniu.

W Tochni odbywają się także pokazy warzenia koziego sera halloumi. Cypryjczycy kroją go w plasterki i jedzą od razu lub najpierw grillują. Wkładają też ser do gorącej wody, żeby stał się ciepły, rozciągliwy, przyjemnie trzeszczący w zębach. Najlepszy kupi się od wiejskich gospodyń, takich jak Lulla Euthimiou, właścicielka 200 kóz. Codziennie doi je i wyrabia ser. Tradycyjne serowarstwo to ciężka, ręczna praca. Aby powstała 200-gramowa kostka, potrzeba aż dwóch litrów mleka. Serki włożone do zalewy soli z miętą niedługo czekają na klientów. Przed domem Lulli ustawiają się kolejki — największy koneser halloumi przypływa co tydzień z Grecji. U siebie go nie dostanie, to Cypryjczycy zastrzegli nazwę i patenty. Dobrze na tym wyszli, bo wyspecjalizowane w ekoturystyce wsie pozostają atrakcją wyspy.

Także w paśmie Troodos — najwyższy szczyt to Chionistra (1952 m n.p.m.) zwana Olimpem — kryją się nie tylko bizantyjskie klasztory przylepione do górskich zboczy, ale też malownicze wioski przycupnięte na tarasowych stokach. Jedne, jak Foini, słyną z garncarstwa i wyrobu słodyczy, inne, choćby Kalopanagiotis, z odpustów, ale są też typowe wsie winne.

W uroczym Omodos z myślą o zwiedzających odnowiono nawet linos — nieczynną już tłocznię soku z winogron. Niegdyś zwożono tu winogrona z całej okolicy. Sok z owoców, gniecionych ogromną drewnianą prasą, ściekał do zbiorników, z których rozlewano go do dzbanów. Z tego, co zostało, robiono zivanię, tradycyjny spirytus gronowy. W smaku o niebo przewyższa go jednak słodka commandaria, najsłynniejsze cypryjskie wino. Do spróbowania — praktycznie wszędzie, ale jedną z lepszych dostanie się w winiarni Socratesa Socratou (jakieś 17 zł butelka, o połowę taniej niż sklepie).

Warto ją odwiedzić nie tylko dla degustacji win. Staruszek Socrates urządził w drewniano-kamiennym domu swych przodków prywatne muzeum. Stoi tu niemowlęca kołyska z początku wieku, którą, jak zapewnia gospodarz, jego dziadkowie systematycznie zapełniali raz do roku. Zobaczy się też rodzinne fotografie, archaiczne zabawki, naczynia i meble, koronki, a nawet suknie ślubne prababki, babki i matki Socratesa. Cóż, Cypryjska prowincja wciąż żyje tak, jakby stanął czas. Omodos też zachowało tradycyjne wartości i rzemiosło. Wszędzie zobaczy się odziane w czerń i zawzięcie szydełkujące staruszki. Dzieła ich rąk — poszewki, obrusy, chusteczki czy maleńkie parasolki — wylewają się na ulice ze sklepików, szczelnie wypełniających brukowane zaułki. Żeby dotrzeć do klasztoru Timiou Stavrou (św. Krzyża) — daru świętej Heleny — trzeba przejść wąskimi uliczkami, lawirując wśród trzepoczących na wietrze koronek. Najcenniejszy skarb świątyni, drzazgę z krzyża Chrystusa, ukryto w relikwiarzu wkomponowanym w zachwycający złoty ikonostas. Druga relikwia — czaszka prawosławnego świętego Filipa — budzi nieco mniej zachwytu. W klasztorze kłębią się rozmodleni wierni i oczarowani bizantyjskim przepychem turyści — tylko mnichów jakoś nie widać.

— Ostatni opuścili klasztor w 1917 r. Przenieśli się w ustronne miejsce, bo w Omodos nie mieli już spokoju — wyjaśnia Ewa Ioannou.

Tysiące lat historii

Dzieje wina commandaria opowiada nie tylko cypryjska wieś, ale również zabytki. Trunek, wyrabiany setki lat przed przybyciem krzyżowców na wyspę, im właśnie zawdzięcza swą nazwę. Joannici zainteresowali się winem, gdy tylko przypłynęli na Cypr z Ziemi Świętej. Uprawiali winorośl i produkowali trunek we włościach otrzymanych od rządzącej wówczas wyspą francuskiej dynastii de Lusignan (1192-1489). Nadzorujący te prace wielcy mistrzowie rezydowali w komandorii zakonu na zamku Kolossi (13 km od Limassol). Warownia, wzniesiona w XII w., prezentuje dziś zwiedzającym styl XV-wieczny: efekt przebudowy po zniszczeniach dokonanych przez Genueńczyków i muzułmanów. Obronny charakter zamku podkreśla zwodzony most i masywna wieża, z której roztacza się piękny widok na gaje cytrusowe i winnice. Najwięcej zabytków kryją jednak miasta: Pafos, Limassol, Lefkozja (Nikozja), Larnaka, Agia Napa. Ale perły architektoniczne to już temat na kolejną opowieść o Cyprze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy